Sandemo Margit Saga o ludziach lodu t 27




_____________________________________________________________________________



Margit Sandemo


SAGA O LUDZIACH LODU


Tom XXVII

Skandal

_____________________________________________________________________________



ROZDZIA I


- Obudziam si, bo szlochaam. Ale nie wiedziaam,
dlaczego pacz.
Lekarz ze le skrywanĄ niecierpliwoŚciĄ wpatrywa si
w szczupĄ, delikatnĄ osóbk.
- Twoje sny nie sĄ istotne. Czy gdzieŚ ci boli?
Podniosa na niego ciemnofiokowe oczy.
- Nie - odpara.
Tak, boli mnie, pomyŚlaa. Ale nie ciao.
Pokój by bardzo adny, jasny, utrzymany w tonacji
szaroŚci i zieleni. Zza okna dobiega gwar rozmów
kuracjuszy bawiĄcych w uzdrowisku, sychaą te byo
szemranie yciodajnego róda.
- Twoi krewni niepokojĄ si o ciebie, Magdaleno.
Obiecaem im, e spróbuj ci pomóc, ale musisz ze mnĄ
wspópracowaą. Przesta wciĄ mówią o tych przeraajĄ-
cych snach, których i tak nie pamitasz.
- Ale przecie nic innego mi nie dolega!
- To nonsens! Jesz mniej ni wróbel, jesteŚ wy-
chudzona, blada jak woskowa lalka i tak nerwowa, e
gdybym upuŚci na ziemi szpilk, podskoczyabyŚ ze
strachu do góry. Ile masz lat? TrzynaŚcie?
- Tak. WaŚnie skoczyam.
- Hm. UpuŚcimy ci krwi, no i musisz pią wod ze
róda. SzeŚą szklanek dziennie. Moesz teraz wracaą do
swego wuja, pana konsula. I on take bardzo jest o ciebie
niespokojny. PowinnaŚ byą mu niepomiernie wdziczna,
e zabra ci tutaj, do naszego pikncgo kurortu.
KoczĄc rozmow lekarz uŚmiechnĄ si sztucznie, na
moment unoszĄc kĄciki ust. Magdalena uznaa, e doktor
przypomina jej zagniewanego kota.
Wysza na szerokie, zalane socem schody. Na tra-
wniku, w eleganckich krzesekach, przy równie elegan-
ckich stolikach siedzieli kuracjusze. Magdalena z dala
dostrzega charakterystycznĄ sylwetk dobrze odywio-
nego stryja i zawahaa si. Stryj pochonity by roz-
mowĄ z jakĄŚ paniĄ i dziewczynka nie chciaa prze-
szkadzaą.
Stryj Julius ju jĄ jednak zobaczy, oderwa do od
srebrnej gaki laski i zamacha, dajĄc znaą, by si zbliya.
- Oto, droga pani majorowo, nasza maa Magdalena.
Dziewczynka ukonia si piknej, ale surowej damie.
- Kochane dziecko - zacza majorowa, a sodycz
w jej gosie bya gsta jak syrop. - Jak to mio ze strony
twego stryja, e zabra ci tutaj, do wód Ramlosa! Musi to
byą dla ciebie wielka radoŚą, wprost bajkowe przeycie!
Magdalena nie moga dopatrzyą si niczego bajkowego
w prowadzaniu wuja Juliusa po wysypanych wirem
alejkach i wysuchiwaniu stkania i innych naturalnych
odgosów, jakie z siebie wydawa, kiedy zjad zbyt duo.
W kurorcie nie byo dzieci, z którymi mogaby si bawią,
oprócz jednego okropnego szeŚciolatka, który chykiem
skrada si za niĄ i ciĄgnĄ jĄ za dugie, ciemne wosy albo
próbowa opryskaą botem jej Śnienobiae pantalony.
W uzdrowisku Ramlosa przebywali na ogó starsi
ludzie, cierpiĄcy na prawdziwe lub te urojone dolegliwo-
Ści. Rozmowy przy obiedzie krĄyy zwykle wokó wzdą
oĄdka, amliwoŚci stawów i cudownych ozdrowie
suchotników. Panie w ciasno zasznurowanych gorsetach
mdlay przy stole - nie mogy wszak w nich bezkarnie
napychaą swych brzuchów, panowie zaŚ dopuszczali si
przestpstw, ukradkiem wychylajĄc szklaneczk ponczu,
czego nie wolno im byo robią pod adnym pozorem.
Magdalenie nie pozwalano si odzywaą, moga rozmawiaą
jedynie z doktorem, którego nie lubia, dlatego miaa
wraenie, e ktoŚ coraz mocniej zaciska na niej niewidzial-
ny pancerz. Nie potrafia napawaą si piknym otocze-
niem ani te docenią elegancji uzdrowiska. Trawi jĄ
smutek i przygnbienie.
Ale waŚciwie w domu take czua si ostatnio podob-
nie. Od czasu... Tak, od kiedy? Nie moga jeŚą, baa si
zasnĄą...
- Ach, zapomniaam o parasolce! Zostawiam jĄ na
werandzie! - wykrzykna majorowa.
- Magdalena zaraz jĄ przyniesie - oŚwiadczy krótko
stryj Julius.
Dziewczynka i tak ju wstaa, wiedziaa bowiem, e za
moment usyszy polecenie, choą waŚciwie byo ono
zbdne, bo stryj ju dawno wpoi w niĄ zasady dobrego
wychowania.
Dom z biaĄ werandĄ by naprawd przeŚliczny.
Pomalowany na óto, w odcieniu takim jak majĄ kur-
czta, otoczony krzewami bzu, z których zwieszay si
cikie, niebieskoliliowe kiŚcie kwiatów, doskonale har-
monizujĄce z barwĄ Ścian. Wszystko tutaj byo takie
pikne! I tak przeraliwie nudne!
Kiedy ju schodzia w dó po stopniach werandy,
trzymajĄc w doni róowĄ parasolk, rozlego si nagle
rozpaczliwe woanie o pomoc.
Zza rogu, kierujĄc si w stron schodów, wyoni si
osobliwy ekwipa.
Na wózku inwalidzkim siedzia starszy mczyzna.
Kurczowo trzyma si porczy i wydawa krótkie, urywa-
ne okrzyki, szeroko otwierajĄc bezzbne usta. Wózek
popycha, wprawiajĄc go przy tym w nieprawdopodobny
pd, chopiec mniej wicej w wieku Magdaleny. Z wesoej
twarzy chopca wprost bia radoŚą wywoana osiĄg-
niciem takiej prdkoŚci. Pojazd ostro skrci i zahamo-
wa gwatownie tu przy schodach. Staruszkiem szarp-
no do przadu, pochyli si pod niepokojĄcym kĄtem,
ale chopiec natychmiast go podtrzyma i bez trudu
ustawi w pionie. Starzec by do tego stopnia wstrzĄŚ-
nity, e móg wydobyą z siebie zaledwie kilka nie-
zrozumiaych dwików, które miay omaczaą oburze-
nie.
- Nie ma za co dzikowaą - promiennie jak soce
uŚmiechnĄ si chopiec. - Ale gotów jestem si zaoyą,
e nigdy tak prdko nie jechaeŚ!
Z gbi domu wybieg doktor i natychmiast zajĄ si
staruszkiem, nie przestajĄc czynią wyrzutów chopcu.
Pucoawate pielgniarki w wykrochmalonych fartuchach
pospieszyy z pomocĄ, przekrzykujĄc si nawzajem i czy-
niĄc znak krzya.
Magdalena zatrzymaa si na najniszym stopniu i nie
spuszczaa wzroku z chopca. Mia jasne, zwichrzone,
nieposuszne wosy i najywsze oczy, jakie zdarzyo si jej
kiedykolwiek widzieą.
On chyba nie moe byą chory, pomyŚlaa.
Bo te i wcale tak nie byo. Za chopcem podĄa
dorosy mczyzna, poruszajĄcy si o kulach.
- Ale, Christerze! - powiedzia karcĄca, ale Mag-
dalena dosyszaa nutk wesooŚci pobrzmiewajĄcĄ w jego
gosie. Jej samej z trudem udawao si zachowaą powag,
z caej siy musiaa zaciskaą usta, by nie wybuchnĄą
Śmiechem.
Ale wyraz oczu jĄ zdradzi. Chopiec, Christer, do-
strzeg jĄ i wymienili rozbawione spojrzenia. Nie zwraca
uwagi na oburzonĄ gromadk i patrzy na Magdalen
z wyranym uwielbieniem.
- Ach, ojcze! Ojcze, popatrz tylko! Czy widziaeŚ
kiedyŚ w yciu coŚ pikniejszego? Wydaje mi si, e jĄ
kocham!
- Ale, Christerze! - powtórzy ojciec, a Magdalena
nabraa pewnoŚci, e to wyraenie towarzyszyo chopcu
przez cae ycie. - Kochany Christerze, nie wolno si tak
zwracaą do modej damy. Prosz wybaczyą mojemu
synowi, panienko, jest z natury impulsywny, ale niech mi
panna wierzy, nikomu nie chce wyrzĄdzią krzywdy.
Magdalena staa niby wmurowana, nie moga si
poruszyą ani odezwaą. Bya jakby zaczarowana przez dwu
nowo przybyych. Oczy ojca, spoglĄdajĄce tak yczliwie.
A chopiec... Zwraca si do ojca na "ty". Magdalenie
nigdy nie pozwolono by na takĄ poufaoŚą!
GdzieŚ w podŚwiadomoŚci od dawna ju syszaa
uporczywie draniĄcy, surowo zagniewany gos:
- Magdaleno! Magdaleno! Czy przyniesiesz wreszcie
t parasolk majorowej, czy nie?!
Z premedytacjĄ postanowia jednak zignorowaą stryja
Juliusa. Pragna mieą t chwil wyĄcznie dla siebie,
nawet jeŚli póniej przyjdzie jej ponieŚą kar.
Ale nie moga ju duej tak staą. Rzuciwszy ostatnie
nieŚmiae spojrzenia na Christera, pobiega tam, gdzie
oczekiwa jĄ may, prywatny dzie sĄdu.
- Przepraszam, ojcze, ale na widok wózka nie mogem
si powstrzymaą - usyszaa za sobĄ.
Jak naleao si spodziewaą, wymierzono jej kar:
zakazano opuszczaą pokój. Stryj Julius, chcĄc jeszcze
bardziej upokorzyą Magdalen, mocno zapa jĄ za wosy
przy uchu i na oczach przypatrujĄcych si temu z gniewnĄ
satysfakcjĄ goŚci uzdrowiskowych poprowadzi do Środ-
ka.
Kiedy mijali Christera i jego ojca - ich twarze byy
jedynymi, na których malowaa si sympatia - chopiec
zdĄy szepnĄą:
- Nic si nie martw! Pomog ci, bo umiem czarowaą!
Oszoomiona, zdumiona, lecz, ach! jaka wdziczna
nieznajomemu za te sowa, Magdalena poddaa si uŚcis-
kowi elaznej rki i pozwolia zaprowadzią do swego
pokoju.
Uraony, dotknity do ywego stryj zamknĄ drzwi na
klucz.


Christer pomaga ojcu zakwaterowaą si w uzdrowisku
Ramlosa.
Chopiec pozostawa we wspaniaych, serdecznych
stosunkach ze swymi rodzicami: spokojnym, zrównowa-
onym inwalidĄ Tomasem i szalonĄ, choą na razie
oswojonĄ TulĄ z Ludzi Lodu. Przez szesnaŚcie lat swego
maestwa z Tomasem Tula sprawowaa si wrcz
wzorowo. Czasami jedynie, przebywajĄc sam na sam
z synem Christerem, uchylaa rĄbka tajemnicy i zdradzaa,
co dzieje si w jej myŚlach i sercu.
Tula i Christer byli najlepszymi kompanami pod
socem. Tomas nie wiedzia, i tak chyba byo najlepiej, e
to waŚnie ona podsuwaa chopcu niezwyke pomysy
w czasie ich przyjacielskich pogawdek.
Synowi wyjawia tajemnic, e umie czarowaą. Opo-
wiadaa mu zadziwiajĄce historie o Ludziach Lodu, do
których wszak i on nalea, a czasami pokazywaa mu
najprostsze magiczne sztuczki, wprawiajĄce maego
w kompletne osupienie. Szybko zrozumiaa, jak bardzo
magia zafascynowaa Christera, przestaa wic si "chwa-
lią" i prosia, by o wszystkim zapomnia. OczywiŚcie
proŚba ta pozostaa bez echa.
Nie pyta ju co prawda o adne czarodziejskie tajem-
nice ani te sam o nich nie mówi. By jednak Świcie
przekonany, e waŚnie on jest nastpnym w rodzie, tym,
który ma dalej przekazaą dziedzictwo, Śmiao i wytrwale
ąwiczy si wic na wszystkim, co tylko nasuno mu si
przed oczy.
Kiedy mia szeŚą lat, próbowa zmusią podwórzowego
psa, by wzbi si w powietrze i lata rnachajĄc uszami.
OczywiŚcie, nic mu z tego nie wyszo, ale Christer daby
sobie gow uciĄą, e zwiesz unioso si o milimetr nad
ziemi, no i zamachao uszami. Chyba wszyscy to widzieli?
Doprawdy, Christer wiele potrafi sobie wmówią.
W wieku lat siedmiu wystraszy kuchark, kiedy
wszed do kuchni i wymamrota jakieŚ gronie brzmiĄce
sowa nad jej consomme. Dziao si to, rzecz jasna, na
Bergqvara, dworze hrabiego Possego, gdzie zwyky rosó
nazywano consomme. Chopiec móg wchodzią i wychodzią
z kuchni, jakby by jednym ze suby, bo Tula czsto
pomagaa podczas szczególnie gorĄrzkowych przygoto-
wa do przyją, a wówczas Christer zawsze jej towarzy-
szy. Tym razem by przeŚwiadczony, e dziki wypowie-
dzianym przez niego nad garnkiem czarodziejskim for-
muom wszystkim, którzy zasiĄdĄ przy stole w wielkiej
jadalni i skosztujĄ zupy, zmieni si nagle kolor wosów.
Chcia po prostu sprawdzią, czy bdzie im z tym do
twarzy, niczego wicej nie mia na myŚli. OczywiŚcie
w jadalni nic takiego nie zaszo, ae Christer by zdania, e
winna jest kucharka, która przerwaa mu odmawianie
najskuteczniejszego zaklcia.
Wszelkie gusa i czarodziejskie formuy byy na ogó
wymyŚlane przez niego samego, bo Tula miaa doŚą
rozumu, by nie wtajemniczaą syna w najpowaniejsze
praktyki magiczne.
NiezliczonĄ iloŚą razy usiowa hipnotyzowaą ludzi i,
rzecz jasna, wszelkie próby pozostaway bezowocne.
Wcale si tym jednak nie przejmowa. Jego wiara we
wasne siy bya wprost niespotykana. Kiedy zarzĄdca
dworu porzĄdnie wyaja go za to, e pozaplata koniom
ogony w "czarodziejskie warkoczyki", które oczywiŚcie
w aden sposób na nic nie podziaay, Christer odwróci
si ku niemu, gronie marszczĄc przy tym brwi, i skiero-
wa w jego stron wyimaginowany pistolet. "Pif paf! Ju
nie yjesz!" zagrzmia, Świcie przekonany o mocy swoich
sów. ZarzĄdca okaza si czowiekiem nie pozbawionym
poczucia humoru i wĄczy si do zabawy dziesiciolatka.
Teatralnym ruchem osunĄ si na ziemi. Na ten widok
Christer otworzy usta ze zdziwienia i stanĄ jak wryty. Ju
chcia biegiem opuŚcią stajni, ale uzna, e caa od-
powiedzialnoŚą za to, co si stao, spoczywa waŚnie na
nim. Odmówi kilka starannie dobranych fotmu nad
nieszczŚnikiem, który "zaraz powróci do ycia". Ku
wielkiej uldze Christera.
Chopiec dozna jednak prawdziwego wstrzĄsu. W is-
tocie, odziedziczyem niebezpieczne talenty, myŚla pod-
niecony, a zachystujĄc si powietrzem. Musz postpo-
waą bardzo ostronie!
Póniej nie ucieka si wic do tak drastycznych
Środków. Natomiast to, e nastpnego lata warzywa babci
Gunilli wspaniale obrodziy, byo wyĄcznie jego zasugĄ.
Niewane, e Gunilla kazaa przywieą ze stajni cay wóz
najlepszego nawozu. A czy nie dziki niemu, Christerowi,
dziadkowi Erlandowi ustĄpi ból w ramieniu? Przecie to
on nasmarowa kawaek drewna skomponowanĄ przez
siebie leczniczĄ maŚciĄ i wypowiedzia magiczne sowa,
a ludzie przypisywali ten cud fali upaów, jaka wtedy
wystĄpia. Gupcy!
Naturalnie nic nikomu o tym nie mówi, wszelkie
swoje osiĄgnicia trzyma w sekrecie. To waŚnie on by
nastpnym wybranym, tak, wybranym, nie dotknitym,
bo przecie nic nie mona zarzucią jego urodzie. Mama
bya dotknita, mówia mu o tym, a on nie raz dostrzega
tego dowody. Tula zmieniaa si w miar upywu lat, sama
to powtarzaa, a ojciec i Christer musieli przyznaą jej racj.
Moe nie bya ju tak adna jak kiedyŚ, lecz o wiele
bardziej fascynujĄca. Zdarzao si, e oczy byszczay jej
czarodziejskim Światem, jak gdyby byy ze zota, i miaa
w sobie coŚ diabelskiego, nieziemsko pociĄgajĄcego, co
sprawiao, e ludzie si za niĄ oglĄdali. Wosy bardzo jej
Ściemniay. Christer pamita, e kiedyŚ byy prawie
zocistoblond. Teraz Tula staa si zdecydowanie ciemnĄ
blondynkĄ, ale to w niczym nie szkodzio, bo przecie bya
jego matkĄ, najwspanialszym czowiekiem na Świecie!
I taka dobra dla ojca! Jak mio byo patrzeą na
rodziców, gdy przebywali razem, widzieą, z jakĄ mioŚciĄ
i czuoŚciĄ odnoszĄ si do siebie nawzajem. Matka,
naleĄca raczej do osób niecierpliwych, niespokojnych
duchów, troszczya si o ojca szczególnie ostatnio, kiedy
jego schorowane ciao zaczĄ drczyą reumatyzm. Choro-
ba bya nastpstwem wielu lat spdzonych przez Tomasa
na maym wózku, kiedy to naraony by na przeciĄgi
i zimno. Matka przygotowywaa maŚci do smarowania
jego obolaych stawów, ale brakowao jej skadników.
Christer sysza raz, jak pod nosem zorzeczya Heikemu,
który nie zgodzi si na oddanie jej skarbu Ludzi Lodu.
Sysza take, jak mamrotaa coŚ dugo i monotonnie nad
ciaem ojca, i wydawao si, e to troch pomagao, ale nie
cakiem.
Dlatego waŚnie zdecydowano, e Tomas powinien
wyjechaą do wód. Propozycja pobytu nad ródem
Ramlosa pada z ust hrabiego Arvida Mauritza Possego,
towarzysza Tuli z dziecicych lat, obecnie jednego z naj-
waniejszych ludzi w Szwecji. I Tula, która gotowa bya
przychylią nieba Tomasowi, przystaa na wyjazd syna
wraz z ojcem. Ona sama nie moga im towarzyszyą, bo
waŚnie wyprowadzali si z Bergqvara. O tym jednak
opowiemy póniej, na razie najwaniejszy jest pobyt
w uzdrowisku Ramlosa.


Maa Magdalena Backman siedziaa na brzegu óka,
trzymajĄc donie splecione na podoku. BezmyŚlnie ma-
chaa skrzyowanymi nogami. Bya ju bezgranicznie
wyczerpana tysiĄcem wymaga, które jej stawiano.
Nagle rozlego si dyskretne pukanie.
Przeraona podniosa gow, ale zobaczya jedynie
czyjĄŚ rk. KtoŚ zdecgdowanie, chocia cicho, stuka
w szyb. Pora bya )u doŚą póna, waŚciwie wieczór, ale
jasno jak w dzie.
Magdalena wstaa z óka z wahaniem, podesza do
okna i spojrzaa w dó.
Tak, to by Christer, ten chopiec. Dawa jej znaki, eby
otworzya okno.
Lkliwie obejrzaa si do tyu, wiedziaa jednak, e stryj
Julius siedzi teraz w salonie i w towarzystwte innych
panów popija poncz. Szum gosów dociera a tu, do jej
pokoju, sychaą te byo wybuchy Śmiechu i paplanie
kobiet dobiegajĄce z sĄsiedniego pomieszczenia. Zwykle
wystraszona Magdalena wyjĄtkowo zapomniaa o swoim
lku i niecierpliwie mocowaa si z okiennymi haczykami.
Wreszcie okno otworzyo si na oŚcie.
- Wyjd - szepnĄ Christer.
Nerwowo rozejrzaa si dokoa.
- GrajĄ w karty, zaczli waŚnie nowĄ parti - u-
spokoi jĄ. - Ale czy dla pewnoŚci nie moesz przygoto-
waą óka?
- Przygotowaą?
- Uó coŚ na nim tak, eby wyglĄdao, e to ty tam
Śpisz.
Magdalena zrozumiaa, o co mu chodzi. Ach, jakie to
emocjonujĄce!
Szybko wzburzya poŚciel i znów na palcach podesza
do okna.
- Ale jak mam stĄd wyjŚą? Stryj Julius zamknĄ drzwi
na klucz i zabra go ze sobĄ.
- OczywiŚcie przez okno! Chod, zapi ci!
KuszĄco wyciĄgnĄ w gór rce.
- Ale...
MyŚli wiroway jej w gowie w dzikim pdzie. WspiĄą
si na parapet? Spódnice? Czy trzeba je przytrzymaą? Jak
mam...
- Teraz zeskocz! Nie jest wysoko!
W istocie, okno umieszczone byo doŚą nisko nad
ziemiĄ, ale Magdalena za wszelkĄ cen chciaa wyjŚą na
zewnĄtrz jak najbardziej elegancko, zachowujĄc wszelkie
zasady przyzwoitoŚci, próbowaa si jakby wyczogaą, no
i rezultat okaza si najgorszy z moliwych. Spódnice
podsuny jej si do góry i bezwadnie wylĄdowaa
w objciach chopaka.
- JesteŚ lekka jak piórko - rzek ze zdumieniem.
- Co ty waŚciwie jesz? Pyek kwiatów?
Od momentu, kiedy spocza w jego mocnych chopi-
cych ramionach, Christer zosta jej boyszczem, bohate-
rem marze. Magdalena bya bardzo, bardzo samotnym
dzieckiem.
Ostronie postawi jĄ na ziemi i ujĄ za rk. Pobiegli
po wilgotnej od rosy trawie, kryjĄc si wŚród buków
rosnĄcych za domem, a nabrali pewnoŚci, e z adnego
budynku stojĄcego w uzdrowiskowym parku nikt ich nie
zobaczy.
- Nie mog zostaą z tobĄ dugo - szepna Mag-
dalena. - Co prawda stryj Julius nigdy do mnie nie
zaglĄda, ale moe usyszeą, jak bd si wspinaa z po-
wrotem.
- JakoŚ sobie z tym poradzimy.
Ach, jakie to ciekawe, jakie intrygujĄce! Magdalena
bya tak podekscytowana, e brakowao jej tchu w pier-
siach. Chopiec przyprowadzi jĄ do sĄgu drewna, przygo-
towa dla nich siedzisko, a potem wyjĄ z kieszeni
chusteczk do nosa i wytar do czysta drewniane bale.
Magdalena usiada ostronie, z uczuciem, e bierze udzia
w czymŚ naprawd skandalicznym, ale wcale tego nie
aowaa.
- Wiesz, jutro ju wracam - wyjaŚni Christer. - A
musiaem z tobĄ porozmawiaą, bo tak paskudnie si
wobec ciebie zachowaem. Chciaem to naprawią.
Dziewczynka przeywaa wszystko tak intensywnie,
jakby chciaa wessaą w siebie kadĄ kropl, kady
okruch tej chwili. Skate, a mimo wszystko gadkie
bale, jeŚli mona uyą tak sprzecznych okreŚle, Świeo-
zielona zasona liŚci, tworzĄca nad ich gowami sklepie-
nie jakby wytwornej sali, drewno pod palcami, trawa
pod stopami, no i ten chopiec obok niej. Nigdy nie
przypuszczaa, e midzy dwojgiem ludzi mogĄ prze-
pywaą takie prawie namacalne strumienie... Jak gdyby
ktoŚ wbija w skór cieniusiekie igieki i wpuszcza
nimi samĄ przyjemnoŚą! Nie moga oderwaą wzroku od
jego niesfornej czupryny, wesoych, doŚą gboko osa-
dzonych oczu, zabawnej szczerby midzy zbami, leciut-
ko zadartego nosa. Jego twarz wydawaa si taka har-
monijna, byą moe dlatego, e bia z niej prawdziwa,
szczera yczliwoŚą.
- Czy to prawda, e umiesz czarowaą? - zapytaa
nieŚmiao, czerwieniĄc si jak piwonia.
Christer usiowa zachowywaą si nonszalancko, ale
nie bardzo mu si to udawao.
- A, o to ci chodzi! E, to nic takiego, nie ma o czym
mówią. - MachnĄ rkĄ z udawanĄ obojtnoŚciĄ. - Teraz
tylko ty si liczysz. Dlaczego tu jesteŚ?
Pochylia gow. Tak bardzo nie chciaa, by ten
przemiy chopiec odjeda.
- TwierdzĄ, e musz byą chora, bo nie jem. Ale to nie
jest prawda. Po prostu bardzo si boj.
Christer uzna, e nigdy jeszcze nie widzia tak Ślicz-
nych, zgrabnych stóp w wysokich, zapinanych na guziki
trzewiczkach. UjĄ jĄ za rk.
- Czego si boisz?
Jak gorĄca i mocna bya jego do!
- Nie wiem. Boj si swoich snów.
- Takie sĄ okropne?
- Tak. Ale nigdy ich nie pamitam. Mam wraenie,
jakby... jakby próboway si przede mnĄ chowaą.
Christer zrobi mĄdrĄ min.
- Doskonale to rozumiem. MyŚl, e wcale nie snów
si boisz, tylko czegoŚ innego. SĄdz, e w twoim yciu
jest jakaŚ mroczna plama.
Sam tego nie wymyŚli. Sysza, jak kiedyŚ Heike mówi
coŚ podobnego, ale brzmiao to tak tajemniczo, e
postanowi przyjĄą t teori za wasnĄ.
Jego sowa bardzo wzburzyy dziewczynk.
- Nie mów tak. Przez to boj si jeszcze bardziej.
- Czy to znaczy, e w twoim yciu naprawd jest jakaŚ
mroczna plama?
- SkĄd mog to wiedzieą! - zawoaa zrozpaczona.
- Ach, jak bardzo chciaabym umrzeą!
- O, nie! - jknĄ Christer. - Tak nie wolno ci
mówią! JesteŚ najadniejszĄ osobĄ, jakĄ widziaem!
Odetchna gboko, jego sowa sprawiay jej tyle
radoŚci.
- Nie, doszam do wniosku, e mimo wszystko wcale
nie chc umieraą - powiedziaa zamyŚlona. - Stwier-
dziam to ju podczas podróy tutaj - ciĄgna Mag-
dalena, odbierajĄc Christerowi radosnĄ satysfakcj, która
ogarna go na myŚl, e to jego ingerencja tak radykalnie
zmienia nastawienie dziewczynki do ycia.
- Ach, tak? - odezwa si, nagle jakby przygaszony.
- Tak, kiedy jechaliŚmy, ucwao si koo i powóz
zatrzyma si tu nad przepaŚciĄ. Wczepiam si wtedy
mocno w oparcie, bo zrozumiaam, e jednak mimo
wszystko chc przeyą. Wypadek skoczy si tragicznie,
gdy kosz wuja Juliusa, po brzegi wypeniony jedzeniem,
potoczy si w przepaŚą. Na szczŚcie okazaa si wcale nie
na tyle gboka, by stangret nie móg spuŚcią si w dó
i pozbieraą serów i kiebas, rozsypanych po caym zboczu.
Christer wybuchnĄ Śmiechem. Dziewczynka miaa
poczucie humoru! Byta... bya cudowna! May, zgrabny
nosek, doeczki w policzkach, promienne oczy. Ach, jake
jĄ kocha!
- Ie... ile masz lat? - spytaa zawstydzona.
- Ja? Zaraz policzymy! Urodziem si w tysiĄc osiem-
set osiemnastym, atwo to zapamitaą. A teraz mamy rok
tysiĄc osiemset trzydziesty trzeci... PitnaŚcie, nie chce byą
inaczej.
wietnie o tym wiedzia, ale pragnĄ jak najduej
pawią si w jej podziwie. Wydawao mu si, e dziew-
czynce bardzo imponuje jego dorosoŚą.
- Gdzie mieszkasz? Tak naprawd, nie tu, w uzdrowi-
sku.
Skrzywia si.
- Mieszkamy w ogromnym domu niedaleko Sztok-
holmu. Dom jest przeraliwie wielki i wspaniay. Stoi
w parku tak rozlegym, e mona w nim zabĄdzią. Ale
otacza go wysokie ogrodzenie i przez to czuj si tak,
jakbym mieszkaa w klatce.
A wic jest bogata. Christer westchnĄ w gbi duszy.
Jego rodzicom daleko byo do zamonoŚci...
Przerwaa mu smtne rozmyŚlania.
- A ty gdzie mieszkasz, Christerze?
Wypowiedziaa jego imi! Odrobin sepleniĄc, swoim
jasnym, czystym gosem wymówia jego imi! Czu, e
jeszcze chwila, a umrze ze szczŚcia.
Nonszalancko machnĄ doniĄ.
- O, ja... mieszkam w Wexio. Ale teraz, w tych dniach,
waŚnie si stamtĄd wyprowadzamy. ZresztĄ przenosimy
si w okolice Sztokholmu.
- Naprawd? - rozjaŚnia si dziewczynka. - Kim
jest twój ojciec? Wyda mi si bardzo miy.
Christer zwalczy pokus, by uczynią ojca bogatszym,
ni by w rzeczywistoŚci.
- Tak, to najlepszy ojciec na Świecie. Zajmuje si
wyrabianiem instrurnentów muzycznych. Jest bardzo
zdolny.
- A twoja matka? Czy i ona jest równie mia?
- Mama? O, tak! - RozeŚmia si. - Jest cakiem
szalona. Ona dopiero umie czarowaą! Okropnie mnie
rozpieszcza, a ja jĄ wprost ubóstwiam!
W tym momencie uŚwiadomi sobie, e gos Mag-
daleny brzmi jakoŚ dziwnie smutno. Potwierdziy to zaraz
jej sowa:
- Jaki jesteŚ szczŚliwy, Christerze!
Ze wspóczuciem popatrzy jej gboko w oczy.
- Czy twoi rodzice nie sĄ dla ciebie dobrzy?
- Nie wiem - powiedziaa aoŚnie. - Nie znam ich.
- Nie znasz swoich rodziców?
- Nie, to niezupenie tak. Moja matka... ona nie jest
naprawd mojĄ matkĄ, bo moja prawdziwa matka nie yje.
To tylko macocha. Na pewno jest mia, nigdy nie bya dla
mnie niedobra. Ale ja... Jak mog dobrze znaą kogoŚ, kto
zaglĄda do mnie dwa razy dziennie, cauje w czoo i pyta,
czy wszystko w porzĄdku? Kto wieczorem zostaje na pó
godziny, by ze mnĄ "przebywaą"? Ona nie ma mi nic do
powiedzenia, ja te nie umiem z niĄ rozmawiaą, wszystko
jest takie sztuczne, takie wymuszone!
- A twój ojciec?
Magdalena odwrócia gow.
- Nigdy go nie widuj. Na ogó nie ma go w domu,
a kiedy jest, wita si ze mnĄ obojtnie. Dugo by na mnie
zy za to, e nie jestem chopcem, ale wreszcie urodzi mu
si syn, na którego tak czeka. Do niego nawet si odzywa
i czasami uŚmiecha. Ojciec jest radcĄ handlowym.
Christer nie mia pojcia, co to oznacza, ale nie chcia
pytaniem ujawniaą swej ignorancji. Ale, tak czy inaczej,
musiao to byą jakieŚ wane stanowisko, nazwa brzmiaa
bardzo dumnie.
- Czy to znaczy, e nikt si o ciebie nie troszczy?
- Owszem, dziadek, ojciec matku. Jest bardzo dobry.
Ale to ju staruszek, niedosyszy i niedowidzi, trudno
z nim rozmawiaą.
Christer z powagĄ kiwnĄ gowĄ.
- Rozumiem. Starzy ludzie potrafiĄ byą naprawd
wspaniali, prawda? Ja i mój pradziadek Świetnie si
rozumieliŚmy, ale on zmar w zeszym roku. Bardzo nad
tym bolaem, ciĄgle zresztĄ mi go brakuje.
Magdalena uŚcisnla jego rk.
- JesteŚ taki sympatyczny, Christerze. Czy nie móg-
byŚ tu zostaą?
- Zostabym, gdybym móg - zapewni jĄ arliwie.
- Ale potrzebny jestem mamie przy przeprowadzce.
A jaki jest twój stryj Julius? Sprawia wraenie czowieka
bardzo surowego.
- Bo taki te i jest. Nie wiem, dlaczego mnie tu zabra.
Nigdy dotĄd go nie obchodziam. Chyba e chcia mieą
kogoŚ na posugi, waŚciwie cay czas upywa mi na
spenianiu jego polece.
- A twój modszy brat?
Westchna, jakby zniecierpliwiona.
- OczywiŚcie, lubi go, ale on ma dopiero rok. ZresztĄ
nie pozwalajĄ mi si do niego zbliaą, bo myŚlĄ, e mam
suchoty! A to nieprawda!
Szczerze mówiĄc, Christer równie by zdania, e
dziewczynka musi mieą sabe puca, taka bya chuda
i bledziutka. Teraz jednak lepiej jĄ zrozumia. RoŚlina, nie
pielgnowana, widnie. PojĄ, e Magdalena ma pikne
stroje, w sensie materialnym niczego jej nie brakuje, ale
gdzie w tym wszystkim ludzkie uczucie, mioŚą i sym-
patia?
- Musisz byą bardzo samotna - wyrwao mu si.
SpuŚcia wzrok.
- Tak - szepna. - Czsto myŚl o tym, kiedy
chodz po parku, by odrobią "codziennĄ niezbdnĄ porcj
ruchu". Moim jedynym przyjacielem jest may piesek.
Nazywa si Sasza i teraz bardzo za nim tskni. Mam
nadziej, e nikt go nie krzywdzi - zasmucia si, lecz po
chwili zdaaa oderwaą si od przykrych myŚli. - Ale ty
mówieŚ, e umiesz czarowaą - powiedziaa z uŚmiechem.
- Zaczaruj moje ycie, Christerze! Spraw, by odeszy
koszmary, które mnie drczĄ nocĄ!
Christer niechtnie przypomnia sobie, jak to stara si
sprawią, by z talerza znikna znienawidzona owsianka.
Wykona wtedy kilka magicznych ruchów nad obrzydĄ
papkĄ, ale skoczyo si na tym, e ojciec solidnie si
rozgniewa i kaza mu Ścieraą Ślady owsianki ze Ścian i jego
wasnych wosów.
- Postaram si - gorĄco zapewni Magdalen. - Mo-
esz mi zaufaą. MojĄ najsilniejszĄ stronĄ jest waŚnie magia
abstrakcyjna. PoŚwic t noc na czary i odmawianie
zaklą. Postaram si sprawią, by twoi rodzice zauwayli,
jakĄ wspaniaĄ, lecz jak bardzo samotnĄ osóbk majĄ
w domu. Odpdz te twoje ze sny. Co prawda do takich
czarów uywam zwykle kadzida, ale tutaj to niemo-
liwe...
Na moment powróci myŚlĄ do dnia, kiedy to
o may wos nie puŚci z dymem domu Erlanda
próbujĄc za pomocĄ czarów uleczyą dziadka z bólu
gowy, który zawsze drczy go w poniedziaki. Po
tamtym wydarzeniu Christer postanowi nigdy ju nie
posugiwaą si kadzidem, zwaszcza e babcia Gunilla
stwierdzia, e dziadek sam jest winien swoim bólom
gowy, z wasnej woli czerpie je z flaszki z gorzakĄ.
Mówia jednak o tym z czuoŚciĄ, bo sama pozwalaa
dziadkowi na mie chwile spdzane w towarzystwie
butelki w niedzielne wieczory. Dziadek by przecie
taki dobry i nie robi nic zego. Krzywdzi jedynie
wasnĄ gow, która ju wczeŚniej nie bya do koca
w porzĄdku.
- JeŚli nie uyjesz kadzida, to jak masz zamiar
zaczarowaą moje sny? - nieŚmiao zapytaa Magdalena,
w jej gosie pobrzmiewa zachwyt.
- No... - Christer by nieco zakopotany. - Trudno
to wyjaŚnią komuŚ, kto nie jest wtajemniczony. Znam
pewne magiczne formuy.
Tak, tak, rzeczywiŚcie mia w zanadrzu kilka formu
ale czy byy one magiczne? Sam je wymyŚli, Tula bya
doŚą rozsĄdna, by nie zdradzaą mu najwaniejszych
tajemnic.
Magdalena popatrzya na niego wzrokiem penym
oddania i Christer uzna, e jego wielkoŚą przekroczya
wszelkie granice. By niezwyciony, niezomny, móg
wszystko!
- Zaufaj mi - powiedzia, delikatnie klepiĄc jĄ po rce.
- Moje czary nigdy nie zawiody.
Ha! Nie zadziaay nawet jeden jedyny raz! Skutkoway
wyĄcznie w wyobrani Christera.
- Jak to moliwe, e umiesz czarowaą? - zapytaa po
dziecicemu naiwnie.
- To waŚciwie tajemnica - odpar mistycznie gu-
chym gosem. - Ale tobie mog o tym powiedzieą.
Pochodz z rodu zwanego Ludmi Lodu.
- Ach, jak to gronie brzmi!
- Tak, wielu z moich przodków to czarownicy i wie-
dmy. Niektórzy sponli na stosie, ale wikszoŚą to
wspaniali, dobrzy ludzie. Mam krewniaka, który ma na
imi Heike i na czarach zna si niemal lepiej ode mnie. Ale
to dobre czary, on nie zajmuje si czarnĄ magiĄ. Ja take
nie.
- Jaki ty jesteŚ dobry!
Christer omal nie powiedzia "tak", ale w por ugryz
si w jzyk.
- Tacy po prostu jesteŚmy - oŚwiadczy z dumĄ. - I nic
tego nie zmieni. Ale zaczyna si ju robią chodno. Nie
moesz si przezibią.
Wstaa bardzo niechtnie.
- Nie chc, ebyŚ wyjeda. Moje ycie bdzie teraz
jeszcze bardziej puste!
Chopiec take by tego zdania.
- Mógbym do ciebie napisaą!
Zrazu rozjaŚnia si, ale zaraz na jej drobnej, delikatnej
buzi odmalowa si smutek.
- Nie, to niemoliwe. Oni czytajĄ moje listy i znów
zasypaliby mnie oskareniami, których ciĄgle musz
wysuchiwaą. Pewnie te nie pozwolĄ mi przeczytaą
twojego listu. Ale moe ja mogabym napisaą do ciebie?
- O, tak! - zawoa Christer. - Koniecznie! Musisz mi
opowiedzieą, jak si miewasz i czy ze sny przestay ci
drczyą. Ale... WaŚciwie nie wiem, jak nazywa si to
miejsce, do którego mamy si przeprowadzią. Ley na
poudnie od Sztokholmu, to wszystko.
- A ja mieszkam na pónoc od miasta. Ale czy nie
mogabym wykorzystaą twojego starego adresu?
- Ach, oczywiŚcie. A stamtĄd przeŚlĄ mi twój list.
Poda jej dokadny adres, a dziewczynka powtórzya go
kilka razy, by niczego nie zapomnieą. Oboje podniesieni
na duchu powdrowali z powrotem do domu. Widzieli
przed sobĄ wspólnĄ przyszoŚą.
Christer pomóg Magdalenie wejŚą przez okno do
pokoju. Dziewczynka, dzikujĄc mu za wszystko, wyciĄg-
na do niego rce. Ucaowa je delikatnie, naŚladujĄc
eleganckich panów. Magdalena westchna uszczŚliwio-
na i szepna:
- Mój przyjaciel!


Konsul Julius Backman z wyczekiwaniem spoglĄda na
lekarza.
- No i jak?
Rozmowa ta odbywaa si ju nastpnego dnia. Doktor
przez chwil obraca w palcach cygara, zerkajĄe z ukosa na
wielkiego, otyego mczyzn.
- Dzisiaj wydawaa si jakby bardziej radosna, bar-
dziej otwarta. Wyjdzie z tego.
- Doskonale - powiedzia konsul. - Doskonale! Pro-
sz mnie o wszystkim informowaą. Jej rodzicom ogrom-
nie zaley, by znaleą przyczyny jej niezwykej wprost
sabowitoŚci.
- Ale oczywiŚcie, Świetnie to rozumiem. Zdrowie
naszej drogiej Magdaleny jest dla nas wszystkich bardzo
wane, prawda?
- OczywiŚcie, e tak, oczywiŚcie, e tak - pokiwa
gowĄ konsul Backman. .





ROZDZIA II


Osiem lat wczeŚniej, w roku 1825, przyjaciel z lat
dziecinnych Tuli, Arvid Mauritz Posse z Bergqvara,
poŚlubi modziutkĄ hrabiank Louise von Platen. Bya
ona córkĄ jednego z najznamienitszych panów królestwa,
a mianowicie synnego Baltazara von Platena.
Wypada wspomnieą choą par sów o tej osobistoŚci.
Haltazar von Platen przeszed do historii przede wszys-
tkim jako budowniczy kanau Gota. Realizacja tego
przedsiwzicia bya najsynniejszym dzieem jego ycia,
ale na tym nie koczyy si jego zasugi dla kraju. Zaoy
take warsztaty usugowe w Motala, suĄce budowie
kanau, by czonkiem rady pastwa i peni jeszcze wiele
rozmaitych zaszczytnych funkcji. Stworzy wzorcowe
gospodarstwo w swoim majĄtku Frugarden w Vanersnas,
tam te narodziy si plany kanau Gota.
Nie wszystko jednak, czego si tknĄ, koczy z jedna-
kowym powodzeniem. Przez pewien czas sprawowa
funkcj namiestnika Karla XIV Johana w Norwegii. Nie
mia przy tym za grosz zrozumienia dla norweskich dĄe
do samodzielnoŚci. Z jego punktu widzenia Norwegia
bya pastwem podlegym, wasalem Szwecji, o niczym
innym nie mogo byą mowy. Von Platen skala swĄ saw
tak zwanĄ BitwĄ na Rynku. Dziao si to 17 maja 1829
roku. Na Wielkim Rynku w Christianii zebraa si
gromada ludzi, by uczcią tak wanĄ w historii Norwegii
rocznic. Nie spodobao si to wadzom, które zwróciy
[17 maja 1814 r. uchwalono konstytucj Norwegii (przyp. tum.).]
si do von Platena z proŚbĄ o pomoc. On to waŚnie
zezwoli na wykoszystanie prawa o buncie i do rozpdze-
nia zgromadzonych uyto wojska. Naród norweski roz-
sierdzio takie postpowanie i póniej Karl johan nie way
si protestowaą przeciwko obchodom Świta 17 maja.
Baltazar von Platen sta si tak bardzo niepopularny
w Norwegii, e wreszcie musia zrezygnowaą ze stanowis-
ka królewskiego namiestnika. WczeŚniejsze sukceŚy zna-
komitego starego polityka, dowódcy z czasów wojny
z RosjĄ, poszy w zapomnienie po Bitwie na Rynku, która
na domiar zego miaa miejsce w ostatnim roku jego ycia.
Nie tak powinien by zakoczyą karier. Niepotrzebnie
zosta namiestnikiem kraju, którego nie rozumia. Nie-
stety, ów brak zrozumienia dzieli z królem, który nie
przypadkiem waŚnie jemu powierzy t funkcj. Saw
Baltazara von Platena na zawsze okryy cieniem dramaty-
czne wydarzenia na rynku.
Natomiast jako teŚą wywar wielki wpyw na ycie
rvida Mauritza Possego. Dziki von Platenowi mody
Posse otrzyma wysokie stanowtsko, zwiĄzane z kanaem
Gota.
Szwecji od dawna Śnia si droga wodna, która
przeciaby cay kraj ze wschodu na zachód. Ju Gustaw
Waza wpad na pomys wybudowania kanau, który
pozwoliby uniknĄą eglugi wokó poudniowych wy-
brzey Szwecji, a przede wszystkim ominĄą wysokie
i uciĄliwe ca oresundzkie, pacone Danii. Gustaw Waza
nie doczeka si realizacji swoich planów; urzeczywist-
niono je dopiero, kiedy pojawi si Baltazar von Platen ze
swym ambitnym projektem.
Mona ju byo eglowaą rzekĄ Gota, ĄczĄcĄ jezioro
Wener z Kattegatem. To jednak nie wystarczao, wysoko
postawieni panowie królestwa wciĄ narzekali, uwaajĄc,
e niezbdne jest poĄczenie z Goteborgiem. Twierdzono
jednoczeŚnie, e tak szeroko zakrojony projekt bdzie
zbyt trudny do realizacji, no i przede wszystkim zbyt
kosztowny! Nie byo koca negatywnym komentarzom.
Dopiero kiedy Baltazarowi von Platenowi udao si
zbudowaą kana Trollhatte, który otworzy drog wodnĄ
midzy Gotebargiem a jeziorem Wener, zgodzono si na
budow kanau w caoŚci. Sta si on dzieem ycia von
Platena. W roku 1832 kana dugoŚci stu dziewiądziesi-
ciu kiiometrów, przecinajĄcy Szwecj od Goteborga na
zachodzie do Sztokholmu na wschodzie, by gotowy.
Ączy wiele jezior, byo na nim piądziesiĄt osiem Śluz,
uwaano go w pewnym sensie za cud Świata.
Dwór Bergqvara w Smalandii pozosta, rzecz jasna,
w pasiadaniu rodu Possech, ale ojciec Arvida Mauritza
mia wszak szeŚciu synów! Wszyscy nie mogli zamieszkaą
na Bergqvara, musieli wic szukaą innych zają. Arvid
Mauritz z poczĄtku by pochonity obowiĄzkami na
swym wysokim stanowisku zwiĄzanym z funkcjonowa-
niem kanau Gota. Jedzi wic to tu, to tam na inspekcje.
Podczas takiego waŚnie wyjazdu stwierdzi, e przy
jednej ze Śluz brakuje zaufanego stranika, a ze znanych
sobie rodzin Arvid Mauritz najwiksze zaufanie mia do
rodziny Arva Gripa. Moe Erland z Backa, zią Arva,
nadaby si do penienia tej funkcji? Nie by ju wprawdzie
modziecem, ale mia wnuka, Christera, który mógby po
nim przejĄą obowiĄzki.
Nie zawadzi porozmawiaą z Erlandem.
Stary Arv Grip ju nie y, ale zarówno Erland z Backa,
jak i jego ona Gunilla byli porzĄdnymi ludmi, którym
Posse ufa w stu procentach. Gunilla przeja wikszoŚą
obowiĄzków po swoim ojcu Arvie, pisarzu na dworze
Bergqvara, jej córka Tula miaa równie wiele wspólnego
z rodzinĄ Possech, czsto przychodzia jej z pomocĄ, choą,
trzeba przyznaą, Arvid Mauritz czu si w obecnoŚci Tuli
cokolwiek nieswoo. Tkwio w niej coŚ, czego nigdy do
koca nie móg zrozurnieą. Ten wyraz twarzy, który jakby
mówi, e Tula skrywa w swej duszy wszelkie tajemnice
Świata. No có, mimo to bya nlemal fanatycznie lojal-
na wobec rodu Possech, a w kocu to liczylo si
najbardziej. Tomas i syn niedorostek musieli jej towa-
rzyszyą.
Gdyby tylko zechcieli, zapewniby im wygodne miesz-
kanie w Borensberg w Ostergotlandii.
Gunilla i Erland wahali si dugo. Z parafiĄ Bergunda
Ączyy ich Ścise wizy.
No i Tomas mia tu przecie swoich stayeh klientów
i warsztat, w którym wytwarza instrumenty.
Natomiast Tula ani Christer nawet przez chwil nie
mieli wĄtpliwoŚci.
Arvitz Mauritz Posse gorĄco namawia swych nie-
zdecydowanych przyjació. Nie mia absolutnie zamiaru
zrywaą z nimi kontaktu - przeciwnie, pragnĄ umieŚcią ich
w takich waŚnie okolicach, w których sam czsto bawi.
Mia tam wasne dobra, a poza tym odwiedza hrabiego
Bielke w Sturefors i rodzin Stierneld w Ulvasa. W Borens-
berg bdĄ mieli okazj widywaą go czŚciej ni teraz, bo
przecie wypeniajĄc swe rozliczne obowiĄzki rzadko
odpoczywa w Bergqvara. Wszystkie te tytuy, jakie nosi,
i stanowiska, jakie piastowa! Kim nie by! Szambelan
królowej, sdzia, wojewoda, czonek parlamentu i... tego
jeszeze nie wiedzia, ale pewnego dnia mia równie zostaą
premierem. Podróe po kraju stanowiy gówny element
jego ycia.
Stano wic na tym, e Erland i jego rodzina zdecyclo-
wali si na opuszezenie Bergunda. Strank Śluzy, mój ty
Boe! Wcale nie najgorszy tytu dla starego podoficera.
Odpowiedzialne zadanie, które w najuryszym stopniu
odpowiadao Erlandowi, praca biurowa bowiem nigdy
nie naleaa do jego najmocniejszych stron. Nie bdzie
musia siedzieą zamknity w ciasnym kantorku, moe byą
na wolnym powietrzu, otwieraą i zamykaą Śluz, wadczo
wykrzykiwaą rozkazy, oddawaą honory przepywajĄcym
statkom...
Im wicej o tym myŚleli, tym bardziej kuszĄca wydawa-
a si prupozycja Possego. W kocu nie mogli si ju
doczekaą przeprowadzki.
Kiedy Christer powróci z uzdrowiska Ramlosa, Tula
zdĄya postawią na gowie cay dom i przystĄpia do
gorĄczkowego pakowania. Natychmiast zaangaowaa
syna do pomocy, wypytujĄc go przy tym, jak mina
podró.
- Czy wszyscy byli mili dla twojego ojca? - spytaa
zaczepnie, usilujĄc wcisnĄą jeszeze jednĄ czŚą gardero-
by do skrzyni, w której nie byo ju ani odrobiny
miejsca.
Christer zapewni, e ojciec trafi w jak najlepsze rce.
- To dobrze, bo inaczej rzuc urok na wszystkich!
Tula miaa ju trzydzieŚci trzy lata, ale nikt nie zdoaby
si w niej dopatrzyą powanej matrony. WyglĄdaa jak
moda dziewczyna i poruszaa si jak ania. Kiedy wieko
skrzyni za adne skarby nie chcialo si docisnĄą do dolnej
czŚci, nie zwaajĄc na nic, stana na nim i podskokami
usiowaa zmusią je do posuszestwa. Nie przestawaa
przy tym paplaą o rozlicznych kopotach, jakie miaa
z pakowaniem caego dobytku.
Wieko skrzyni wykazao jednak prawdziwy upór. Tula
zeskoczya wic z powrotem na ziemi, a potem wykonaa
tylko ledwie zauwaainy gest przy zamku, tajemniczo
mruczĄc przy tym coŚ pod nosem.
Skrzynia zamknla si z trzaskiem.
Christer mia akurat podobny kopot z innĄ skrzyniĄ,
równie optymistycznie wypenionĄ po brzegi. NaŚladujĄc
matk uczyni podobny gest i te coŚ tajemniczo mruknĄ.
Skrzynia pozostaa otwana.
Tula przyglĄdaa si swemu synowi z rozbawieniem
i czuoŚciĄ. Stana przy nim i wypowiedziaa te same
sowa co przed chwilĄ.
Christer usysza szelest, jaki wyday ubrania, ukadajĄc
si ciaŚniej w skrzyni, i zaraz zamek z trzaskiem zaskoczy.
Chopiec westchnĄ zrezygnowany.
- To niesprawiedliwe! Ale poczekaj tylko! Mój czas
jeszcze nadejdzie, wszystkich wprawi w takie zdumienie,
e oniemielĄ!
Zajli si dalszym pakowaniem.
Upyna dobra chwila, zanim Tula zwrócia uwag na
niezwyke milczenie Christera. Ptzerwaa upychanie rze-
czy i spojrzaa na syna.
- Co si z tobĄ dzieje, chopcze? KrĄysz po pokoju ze
szklanym wzrokiem, cay czas gupawo si uŚmiechajĄc.
Czyby ktoŚ zdzieli ci pakĄ w gow?
- Jestem zakochany, mamo - uŚmiechnĄ si rozanie-
lony. - Nareszcie, po tych wszystkich latach, znalazem
waŚciwĄ osob!
- 2 tego co wiem, "tych wszystkich lat" byo w sumie
dopiero pitnaŚcie, a w pieluchach chyba nie poszukiwaeŚ
obiektu westchnie - trzewo zauwaya Tula. - Kto to
jest? JakaŚ pielgniareczka z uzdrowiska?
- Nie, ona bya tam prawie pacjentkĄ. Ma na imi
Magdalena. SpdziliŚmy wczoraj razem kawaek nocy.
Obiecaa, e bdzie do mnie pisaą.
- Mówisz, e spdziliŚcie razem noc?
Christet popatrzy na matk rozmarzonym wzrokiem.
- Niech si wstydzi ten, komu do gowy przychodzĄ
takie myŚli! To bardzo czysty i cnotliwy zwiĄzek. ZwiĄzek
dwóch dusz. Ona jest taka wzruszajĄco nieszczŚliwa.
Uratowaem jĄ.
Tula miaa doŚą taktu, by powstrzymaą si od jakiegoŚ
dosadnego powiedzonka, chocia przyszo jej to z trudem.
- UratowaeŚ jĄ? W jaki sposób?
Christer ocknĄ si z rozmarzenia. Przypomnia sobie
noc, spdzonĄ w uzdrowiskowym pokoju, wszystkie
tajemne formuy, jakie wygasza, a w kocu zasnĄ w pó
zdania wypowiadajĄc waŚnie dugie, niezmiernie zawie
zaklcie wasnego pomysu, które miao wypdzią ze
duchy ze snów drczĄcych Magdalen.
- Tego wyjaŚnią nie mog. Mog ci tylko powiedzieą,
e nie zagraa jej ju niebezpieczestwo.
- Ach, tak - uprzejmie przyja do wiadomoŚci Tula.
- A ile lat ma owo zjawisko?
- TrzynaŚcie.
- No, to dziki Bogu - wetchna Tula. Oczyma
wyobrani widziaa ju podstpnĄ, doŚwiadczonĄ ko-
biet-wampa, która zapaa w swĄ sieą jej niewinnego
syna. - Teraz lepiej rozumiem ten romantyzm. Czy jest
adna?
- Jak...
Na kocu jzyka mia ju "jak dzika róa", ale uzna, e
ten kwiat nie pasuje do bledziutkiej, delikatnej Mag-
daleny.
- Jak may przebiŚnieg w otoczeniu ciemnych Świer-
ków.
- To brzmi naprawd interesujĄco. BĄd askaw podaą
mi nocnik, moe jakoŚ uda nam si go tu wetknĄą.
- Ale, mamo! - wykrzyknĄ Christer uraony. - Jak
moesz wspomnieą o czymŚ takim, kiedy rozmawiamy
o Magdalenie!
Tula nie moga ju duej panowaą nad sobĄ i wybuch-
na bezlitosnym chichotem.


Ludzie Lodu opuŚcili wic take i Smalandi. Ruszyli
dalej na pónoc, jakby jakaŚ niewidzialna sia ciĄgna ich
coraz bliej ku sobie.
I coraz bliej rozprawy z potnym mrocznym cieniem
przeszoŚci: Tengelem Zym.
OsobĄ, której najtrudniej byo poegnaą si z dawnym
domem, bya Gunilla, ale ona zawsze miaa pewnĄ
skonnoŚą do melancholii. By uatwią jej rozstanie z okoli-
cĄ, w której spdzia wikszĄ czŚą ycia, zaproponowano,
by zabraa ze sobĄ wszystkie zwierzta. SyszĄc to,
rozpromienia si jak soce, i choą podró trwaa przez to
dwa razy duej, to cay dobytek: krowy, owce, Świnie,
kury, pies i kot, wraz z ludmi zmieni miejsce zamiesz-
kania. Poza tym odlegoŚą midzy parafiĄ Bergunda
a Borensberg czy Husbyfjol, jak dawniej nazywao si to
miejsce, nie bya wcale przeraajĄca. Sama przeprowadzka
zaja im co prawda nieco ponad tydzie, ale tylko
dlatego, e nie chcieli zbytnio popdzaą zwierzĄt.
Spodobao im si w Ostergotlandii. Tomas, po uda-
nym pobycie w uzdrowisku Ramlosa, otworzy na nowo
swój warsztat w odpowiednich ku temu pomieszczeniach
w nieduym miasteczku Motala. Stosowne lokum pomóg
wyszukaą mu hrabia Posse. Dostali take niewielki
domek, gdzie mogli zamieszkaą we trójk Tomas, Tula
i Christer. Znów wic byli mieszkacami miasta.
Erlandowi i Gunilli przydzielono niedue gospodar-
stwo w Borensberg. Erland poegna si ze subĄ
wojskowĄ, chocia od Świta nadal z dumĄ zakada swój
stary onierski mundur. Przy pracy w stajni i oborze nosi
dumnie czako i kiedy nikt go nie widzia, ąwiczy musztr
z szeregowymi krowami i cieltami, a pomaga mu w tym
kapral Burek i sierant Mruczek. Trudno mu byo wyzbyą
si dawnych nawyków.
Dzie, w którym Arvid Mauritz Posse oficjalnie
przedstawi go jako stranika Śluzy nad kanaem Gota, by
naprawd wielkim dniem w yciu Erlanda. Ach, móg
teraz rozkazywaą i dowodzią wszystkimi tymi, których
uwaa za swych podwadnych! Musia daą im do zro-
zumienia, e majĄ do czynienia z byym oficerem. Ale...
nic poza tym nie mona mu byo zarzucią. Pracowa
sumiennie, spenia swe obowiĄzki tak, e poowa jego
wysiku wystarczyaby w zupenoŚci.
Kana Gota w tym miejscu znalaz si naprawd
w pewnych rkach, Erland by pierwszym, który mógby
o tym zaŚwiadczyą.
Tula rozkwita i paradujĄc w nowych eleganckich
strojach radowaa si wszystkim, co nieznane. Uwaaa, e
zmiana otoczenia jest nieprawdopodobnie wprost emoc-
jonujĄca, i z zapaem pomagaa mowi w zdobyciu
popularnoŚci w nowej okolicy. Okazao si, e w mieŚcie
nie byo nikogo, kto zajmowaby si wytwarzaniem
instrumentów. Kiedy muzycy raz usyszei o Tomasie
i przekonali si o jego zrcznoŚci, zostali jego staymi
klientami. RadoŚą Tuli nie miaa granic, Ściskaa ma ze
zami w oczach.
Nawet jeŚli Tomasowi dokucza reumatyzm, to wcale
o tym nie wspomina. Tula przecie tak si o niego
troszczya, zafundowano mu te kosztowny pobyt w Ra-
mlosa, nie mia serca, by jĄ zasmucaą.
Posse zadba o to by, Christer uczszcza do dobrych
szkó, a chopiec okaza si pojtnym uczniem.
Od swej ukochanej Magdaleny nie dosta jednak ani
jednego listu.
Przez pierwsze miesiĄce kadego dnia z niecierpliwoŚ-
ciĄ wyglĄda poczty, przekonany, e waŚnie dzisiaj
nadejdzie upragniona wiadomoŚą.
Z czasem jednak zaczĄ szukaą usprawiedliwienia dla
takiego stanu rzeczy. MyŚla sobie, e ktoŚ czegoŚ nie
dopatrzy i nie przesano mu listów na nowy adres, leĄ
pewnie i czekajĄ na niego w Bergunda. A moe zaginy
gdzieŚ po drodze? Nie wiedziano, e on zamieszka
waŚnie tutaj. By zrozpaczony, zy na gupot swojĄ
wasnĄ i Magdaleny. Jak mogli nie podaą sobie nawzajem
wicej informacji, a przede wszystkim dokadnych ad-
resów! Co prawda on nie zna wtedy adresu nowego
miejsca zamieszkania - có z niego za idiota, jak móg tego
nie sprawdzią - ale przede wszystkim powinien by
poprosią o adres dziewczynk, nawet jeŚli nie wolno mu
pisaą do niej. Na pónoc od Sztokholmu... Na poudnie od
Sztokholmu... Có to za adresy? Motala nie leao nawet
w pobliu stolicy!
NastĄpi teraz doŚą dugo trwajĄcy okres, kiedy to
Christer postanowi skoncentrowaą wszelkie swoje okul-
tystyczne zdolnoŚci na tym, by listy Magdaleny wreszcie
do niego dotary. Odprawia niezliczone ceremonie,
wybudowa nawet coŚ w rodzaju otarza w wygódce
- jedynym miejscu, w którym móg czarowaą w spokoju.
Tam waŚnie podpali kawaek poskadanego papieru,
majĄcy wyobraaą listy Magdaleny, by zoyą ofiar
duchom, które sprawujĄ piecz nad przesykami po-
cztowymi.
Wygódk od pójŚcia z dymem ocalia Tula, konieczne
jednak do tego byo kilka wielkich wiader wody.
W kocu chopiec poczĄ tracią nadziej. Magdalena
najwidoczniej o nim zapomniaa, tak mao, widaą, dla niej
znaczy.
OczywiŚcie wypytywa o niĄ ojca. Kiedy tylko Tomas
wróci do domu z kuracji, Christer zasypa go mniej lub
bardziej zrozumiaymi pytaniami. Jak si sprawy miay
w Ramlosa po jego, Christera, wyjedzie?
Tomas doŚą dugo si zastanawia. Dziewczynka?
Owszem, pamita jĄ, ale nieczsto jĄ widywa. Pierw-
szego dnia po wyjedzie Christera podesza do niego,
jakby szukaa oparcia, chwil rozmawiali. Maa dopyty-
waa si o Christera, ale Tomas nic prawie nie zdĄy jej
opowiedzieą, bo zaraz pojawi si surowy stryj i zabra
dziewczynk.
Christer westchnĄ ciko. Powinien by zostaą, pocie-
szyą Magdalen, le zrobi, e wyjecha. Bo czy jego ojciec
choą troch rozumia si na wraliwych dziewczcych
duszach? Ojciec by kochany, prawda, to najukochaszy
ojciec na Świecie, ale jakie pojcie majĄ doroŚli o yciu
modych? Jedynie modzi ludzie wiedzieli naprawd, co to
znaczy yą. Kiedy si ju skoczy dwadzieŚcia lat, równie
dobrze mona umrzeą.
Pod tym wzgldem Christer niczym si nie róni od
wikszoŚci swoich rówieŚnikow.
Znów zaczĄ wypytywaą ojca o pobyt w Ramlosa.
No tak, a potem bya tam jakaŚ awantura... Tomas
zmarszczy czoo i próbowa coŚ sobie przypomnieą,
podczas gdy Christer siedzia jak na szpilkach i powtarza
niczym katarynka: "No i co? No i co?", a wreszcie Tula
stanowczo poprosia go, by przesta tak gdakaą.
Tomas z przykroŚciĄ musia stwierdzią, e niewiele
pamita, akurat w tamtej chwili dwie pielgniarki pod-
daway go jakiemuŚ zabiegowi. Móg jedynie powiedzieą,
e nagle usysza goŚny, rozpaczliwy pacz dziewczynki,
przez który przebija ostry, surowy mski gos. Tak, to
móg byą stryj Julius, odpowiedzia na pytanie Christera.
Co mówi ów mązyzna? Nie, tego Tomas nie sysza.
A potem? No, potem, prawd powiedziawszy, nie widzia
ju wicej ani dziewczynki, ani jej stryja, najwidoczniej
musieli opuŚcią uzdrowisko Ramlosa.
Kiedy Tomas spostrzeg, jak bardzo syn si zasmuci,
zrobio mu si naprawd przykro. Gdyby wczeŚniej
dowiedzia si od Christera czegoŚ o Magdalenie, na
pewno poŚwiciby jej wicej uwagi. Czy dziewczynka
miaa jakieŚ kopoty?
O tym Christer nic nie umia powiedzieą. Wiedzia
jedynie, e spotka bardzo samotnĄ i bardzo nieszczŚliwĄ
osóbk, którĄ drczyly ze sny.
A teraz na domiar wszystkiego mieszka w Motala
i wszelkie nici ĄczĄce go z MagdalenĄ zostay zerwane.
Napisa nawet do uzdrowiska Ramlmosa z proŚbĄ a podanie
mu jej adresu, ale nie otrzyma adnej odpowiedzi.
Dopiero na trzeci list odpisano mu krfltko, e nikogo nie
informuje si o prywatnych adresach pacjentów.
OczywiŚcie w gowie rodziy mu si szalone plany.
Chcia na przykad wyprawią si do Bergqvara i tam
dokadnie wypytaą o poczt albo nawet pojechaą do
uzdrowiska Ramlosa i "przyoyą im nó do garda".
Okazao si jednak, e to wcale nie takie proste, kiedy jest
si uczniem bez odrobiny wasnej gotówki.
Wreszcie postanowi poprosią matk, by wykorzystaa
swe tajemne umiejtnoŚci w celu odszukania Magdaleny
lub przynajmniej dowiedzenia si, czy wszystko u niej
w porzĄdku. Christer jednake nie mia nic, co naleao do
Magdaleny, Tula wic nie moga mu pomóc. Nigdy
przecie nie widziaa dziewczynki, nawet przez chwil nie
przebywaa blisko niej. Christer zdesperowany baga, by
Tula nawiĄzaa kontakt z ich przodkami, na przykad z Sol
lub z Tengelem Dobrym, ale Tula parskna tylko na to
uraona. Kopotaą ich z powodu jakiejŚ nieszczŚliwej
miostki? Poza tym kontakty z przodkami nie byy wcale
mocnĄ stronĄ Tuli. Sztuk t najlepiej opanowa Heike,
nie ona.
PrawdĄ te byo, e Tula troch si obawiaa Tengela
Dobrego i jego druyny, poniewa nie miaa do koca
czystego sumienia, a zwiĄzek z demonami ciĄy jej na
duszy niczym myski kamie.
Christera nie przestawao drczyą przygnbienie i po-
czucie bezsilnoŚei. Dlaczego Magdalena nie napisaa ani
razu?
Po pewnym czasie, mimo usilnych stara, myŚli o dzie-
wczynce przybray ksztat ju tylko sodkiego marzenia.
Christer jednak nigdy jej nie zapomnia.


Czas pynĄ. Christer skoczy osiemnaŚcie lat i zmĄd-
rza. No, w kadym razie pewne jest, e skoczy
osiemnaŚcie lat.
Dziadek Erland nie by ju tak silny jak kiedyŚ, wic
gdy Christer zakoązy nauk, zdarzao si, e zastpowa
dziadka w sprawowaniu obawiĄzków przy Śluzie. Erland
oprowadza go po swoim królestwie i gdyby wierzyą
staremu sierantowi, w caej Szwecji nie znalazoby si
bardziej odpowiedzialnego zajcia. W gosie Erlanda
rozprawiajĄcego o progach, dnach basenów czy wrotach
brzmiaa dostojna powaga, ale Christer pojĄ dziaanie
caego systemu, zanim dziadek skocy omawiaą wrota
pierwszej Śluzy. Pozwoli jednak staruszkowi na po-
chwalenie si swoim zajciem, bo Christer, pomimo
drobnych dziwactw, by wielkodusznym chopcem.
Prawd powiedziawszy, z poczĄtku nie traktowa
nowych obawiĄzków, jakie na niego spady, z naleytĄ
powagĄ. Nie mia zamiaru wiĄzaą z tym zajciem swojej
przyszoŚci, uwaa, e jest na to zbyt mĄdry. By ciĄgle
jeszcze w tym wieku, kiedy prac umysowĄ ceni si
o wiele wyej od fizycznej. Przekonanie, e adna uczciwa
praca nie habi, przychodzi zwykle znacznie póniej,
kiedy ju czowiek dostanie yciowĄ nauczk.
Christer powanie zaczĄ traktowaą swoje zajcie
w pewien soneczny letni dzie, kledy Ąki wokó Śluzy
pokryy si dywanem zocistych mleczy. Tak si zoyo,
e by to wyjĄtkowo niespokojny dzie, bo wiele odzi
i statków czekao na przepraw w gór i w dó kanau.
Christer dyrygowa nimi, starajĄc si zachowaą przytom-
noŚą umysu. Jedna barka w gór, maa ajba i inna barka
w dó, potem pikna, dua ód aglowa, lstórej przyglĄda
si z zachwytem, i jeszcze dwie adzie rybackie, które, jego
zdaniem, nie miay czego tu szukaą. Kada z nich
zmierzaa w innĄ stron i porzĄdnie mu si dostao od
zaóg za to, e tak dugo czekajĄ.
Ale si musia uwijaą! Zwykle mia do pomocy kogoŚ
kto zajmowa si wratami z jednej strony, ale tego dnia by
wyjĄtkowo sam i na tym palegao cae nieszczŚcie.
Christer uzna wreszcie, e nie poradzi sobie bez wsparcia
magii, odmówi wic naprdąe kilka zaklą nad jednymi
wrotami, a sam rzuci si ku drugim. Krci korbĄ
i obraca wielki prt co si w rkach (prawd powiedziaw-
szy, mia ju doŚą twarde muskuy od tej pracy}, starajĄc
si zachowaą zimnĄ krew i myŚleą rozsĄdnie. Patrzy, jak
woda powoli wlewa si lub wylewa z poszczególnych
komór Śluzy. Nie móg pojĄą, w jaki sposób dziadek
Erland radzi sobie z takim skomplikowanym mechaniz-
mem. To naprawd wymagaa pracy umysu!
Stwierdzi, e tajemne moce doskonale si spisujĄ.
Wszystko dziaao jak naley, nie musia wcale myŚleą
o niczym ponad to, czym si akurat zajmowa.
Po trwajĄcej wiele godzin niewolniczej pracy uzna, e
moe powrócią do przyjemnego odpoczynku wŚród
zieleni. Rce pod gowĄ, noga na nodze, w ustach dbo
trawy... Czy komuŚ moe byą lepiej?
Doprawdy, trzeba przyznaą, e dziadek ma bardzo
przyjemnĄ robot! Christer mruknĄ kilka magicznych
sów, skierowanych do rzeki, aby daa mu znaą, e
nadpywa kolejna ód. Wiedzia przecie, e takie in-
tuicyjne przeczucia sĄ jego mocnĄ stronĄ.
MyŚli znów powdroway ku Magdalenie. Spotkanie
z niĄ miao miejsce ju dawna temu, ale teraz, kiedy tak
lea na trawie, odurzony zapachem zió, powróciy
wspomnienia nocy w uzdrowisku Ramlosa. Magdaleno...
maa dziewczynko, gdzie teraz jesteŚ? Czy nie czujesz, e
twój jedyny przyjaciel wzdycha, ciĄgle wyczekujĄc jakie-
goŚ znaku od ciebie?
Nagle jakby spod ziemi rozleg si guchy, dudniĄcy
krzyk:
- Do czorta, jak dugo jeszcze bdziemy tu tak staą?
Christer poderwa si, jakby nagle uĄdlia go pszczoa.
Co to takiego? SkĄd?
Nagle caa krew uderzya mu do gowy, Mój Boe!
Wrzask dochodzi z jednej z komór Śluzy!
Na samym dnie tkwia smtnie ostatnia ód, jedna
z barek. Szyper mia twarz sinĄ z gniewu. Reszta zaogi
take nie bya przyjacielsko usposobiana da Christera.
Popdzi ku maszyneru, starajĄc si nie syszeą okrzy-
ków szypra.
- Co si stao z Erlandem z Backa? On mia przynaj-
mniej gaw na karku! Zawsze, o kadej porze mona mu
byo zaufaą! Ca za idiot teraz zatrudnili?!
Wstyd i haba! Christer krci i krci, a serce
z wysiku omal nie wyskoczyo mu z piersi. Czu si
straszliwie upokorzony. Kochany, najmilszy dziadku
Erlandzie, wybacz mi! Wybacz, e przyniosem ci tyle
wstydu, e zawiodem twoje zaufanie. Nigdy wicej mi si
to nie zdarzy!
Barka stopniowo unosia si w gór, a Christerowi
robio si coraz ciej na duszy.
Nie mia zamiaru wymyŚlaą dla siebie adnych uspra-
wiedliwie. Nie chcia oszukiwaą, e le si poczu i na
kilka minut musia opuŚcią Śluz. Po pierwsze, nie
chodzio wcale o kilka minut, a po drugie, nie pozwala
mu na to honor. Prawdy powiedzieą nie móg, bo co by
sobie o nim pomyŚleli? Mia wyznaą, e si zbani, bo
zaufa swoim nadprzyrodzonym zdolnoŚciom? Liczy na
przeczucie, które podszepnue mu, e coŚ jest nie w porzĄd-
ku?
Przecie nie mia za grosz intuicji, która podpowiedzia-
aby mu, e zapamnia o jednej, i to doŚą sporej odzi, ba,
o caej komorze Śluzy!
Tyle rozumu ma przecie kade dziecko!
Nie, naprawd nie by to najlepszy dzie Christera.


Pewnego dnia koo Świtego Jana Tula wybraa si do
Linkoping, wikszego miasta, bdĄcego siedzibĄ biskupa
i miejscem koronacji dawnych królów, miasta, w którym
niegdyŚ na ting zbierali si Wsąhodni Goci, gdzie by
klasztor i katedra.
Nie dao si zaprzeczyą, e Tula nie moga sobie
znaleą miejsca. ZresztĄ dziwne byoby, gdyby byo
inaczej. Ona, dotknita z Ludzi Lodu, mocno musiaa
trzymaą si w ryzach przez wzglĄd na swoich najbliszych.
Czynia to z wasnej woli, bardzo ich bowiem kochaa
i caym swym sercem pragna ich dobra, ale czasami
zdarzao si, e drczĄcy niepokój doprowadza jej krew
do wrzenia. Uwaaa, e marnuje wszystkie nadzwyczajne
zdolnoŚci, jakimi jĄ obdarzono, i wtedy musiaa zapaą
troch wiatru w skrzyda, Albo odprawią jakieŚ czary,
ukradkiem, tak by nikt tego nie zauway.
W gbi duszy wiedziaa, skĄd bierze si ów najbardziej
dokuczliwy niepokój. Owszem, Świerzbiy jĄ palce, by
wreszcie przejĄą tajemny skarb Ludzi Lodu, który Heike
przetrzymywa tak bezwstydnie dugo. Prawdopodobnie
podejrzewa, co magoby si staą, gdyby skarb dosta si
w jej rce.
Tula na samĄ myŚl uŚmiechna si pod nosem.
Nie, to nie skarb by przyczynĄ jej niepokoju, z czasem
i tak mia naleeą da niej.
Byo coŚ znacznie gorszego.
Znalaza si we wadzy demonów. Kochaa si z nimi,
choą nie do koca, ale tak, jak to byo moliwe. Jej
ucieczka z Grastensholm, jak jĄ przyjy?
Czy nadal na niĄ czekay?
Wiedziaa, e ciĄgle jest równie adna jak kiedyŚ, choą
nie w tak niewinny sposób. Miaa w sobie teraz coŚ
naprawd diabelskiego, bya pociĄgajĄca jak nigdy dotĄd.
Niedugo upynie dwadzieŚcia lat od tamtych wyda-
rze, ale poĄdanie, jakie w niej rozpaliy, pono w niej
nadal. Na wspomnienie owych czterech strasznych demo-
nów z napicia wirowao jej w gowie.
Przesza przez rynek w Linkoping, tam gdzie ziemscy
mczyni okazali niegdyŚ bestialstwo równe co najmniej
okruciestwu demonów. Ponad sto lat temu waŚnie tutaj
odbya si synna krwawa ania w Linkoping. Zgadzono
czonków dawnych szlacheckich rodów Sparre, Bielke
i Baner, by umocnią jedynowadztwo króla.
Kiedy ludzie wreszcie zmĄdrzejĄ?
Ziemscy mczyni nie pociĄgali Tuli, wystarcza jej
w peni jeden. Tomas, którego nadal kochaa z gwatow-
noŚciĄ takĄ, e niemal jĄ przeraaa.
Nie moga si jednak pozbyą wraenia, e nie tu jej
miejsce. Naleaa do Świata demonów, dane jej byo
posmakowaą ich zmysowoŚci, oszaamiajĄcej, lodowatej
i gorĄcej zarazem. Wspomnienia chwil, które z nimi
spdzia, rozpalay jĄ prawie nieprzerwanie.
Z wyglĄdu nie wydaway jej si wcale odpychajĄce,
uwaaa wrcz, e sĄ niewypowiedzianie fascynujĄce.
Wiele kobiet z Ludzi Lodu odczuwao pociĄg do
demonów. Sol, Ingrid. Nawet Silje, która przecie nie
wywodzia si z rodu, znalaza si pod ich wpywem.
W snach widywaa Tengela Dobrego jako demona.
WaŚciwie wic nie byo nic dziwnego w tym, e Tula
czua si rozdarta i niespokojna. Bya jak ptak, któremu
przypalono nad ogniem skrzyda. Dopóki miaa Tomasa
i swoich rodziców, potrafia trzymaą si ziemi. Ale gdyby
ich zabrako...
Nie chciaa nawet o tym myŚleą. Nie chciala spojrzeą
prawdzie w oczy i przyjĄą do wiadarnoŚci, e i matka,
i ojciec przekroczyli ju szeŚądziesiĄtk, a Tomas wyranie
traci siy. Cierpia na ostre bóle w krzyu i nie by ju taki
chtny, by stawaą na nogach, na których tak naprawd
nigdy nie nauczy si chodzią. Tula obawiaa si, e serce
take mu szwankuje, jak to czsto bywao w ciele
toczonym przez reumatyzm.
WczeŚniej napisala list do Heikego:

Stary lisie, jak dugo masz jeszcze zamiar przetrzymywaą
skarb? Mój ukochany Tomas jest chory i nie mam czym go uleczyą.
Nie chodzi mi wcale o to, byŚ umieriera, tak abym ja moga
nareszcie dostaą skarb w swoje rce. Nikt w rodzie nie yczy Ci
Śmierci, dobrze o tym wiesz. Ale czy naprawd musisz mi a tak
skĄpią lekarstw?
Poza tym dawno ju si nie widzieliŚmy, mógbyŚ wic wybraą
si do nas z rodzinĄ. Z powodów, które znane sĄ tylko Tobie
i mnie, nie mog pokazaą si wicej na Grastensholm, nie mam
te zamiaru posyaą mego syna do tego przekltego siedliska
duchów!

Heike odpowiedzia natychmiast odwromĄ pocztĄ.
Zbyt wiele mieli pracy na dworach, by któreŚ z nich
mogo teraz wyjechaą, ale wysa olbrzymiĄ paczk z leka-
mi, z którĄ Tula miaa wielkie kopoty na cle. Musiaa
uciec si do pomocy swych czarodziejskich sztuczek,
celnicy wreszcie oddali jej paczk, nie pojmujĄc waŚciwie,
dlaczego, i Tula uszczŚliwiona otrzyrnaa yciodajne
eliksiry. Wiedziaa jednak, e nie starczĄ na dugo...
Oderwaa si od myŚli, powrócia do rzeczywistoŚci,
do miasta Linkoping.
Tula zamierzaa zrobią sprawunki i odwiedzią przyja-
ciók.
Przyjacióka miaa na imi Amanda i bya onĄ ap-
tekarza, cieszya si wic powaaniem w mieŚcie.
Poznay si, kiedy Tula kupowaa w aptece lekarstwa
dla swega Tomasa, a poniewa Amanda natychmiast
zorientowaa si, e ma do czynienia z osobĄ wyjĄtkowĄ,
zaczy si spotykaą. Amanda bya oczarowana TulĄ,
uwaaa, e nawa znajoma jest wprost fascynujĄca, taka
inna!
Teraz, gdy znów si spotkay, Tula dowiedziaa si, e
aptekarz, doktor i jeszcze kilku powaanych obywateli
organizuje doroczne przyjcie dla najzaamienitszych mie-
szkaców miasta. Czy Tula i jej mĄ nie mogiby przyjŚą?
Miaa to byą wielka uroczystoŚą, z obiadem, tacami
i wieloma piknymi, lecz oktopnie nudnymi przemowa-
mi.
Tula podzikawaa za zaszczyt i oŚwiadczya, e
najpierw bdzie musiaa zapytaą Tomasa. Jego jednak
ogromnie trudrzo gdziekolwiek wyciĄgnĄą, mae wic sĄ
szanse, e tym razem si zgodzi.
- Spróbuj - poprosia Amanda. - Bardzo bym chciaa,
ebyŚcie przyszli.
Przyjacióki razem poszy do sklepów, a kiedy zaat-
wiy ju wszystkie sprawunki, Amanda odprowadzia
Tul do powozu. WczeŚniej jednak zatrzymay si w pik-
nym parku, by odpoczĄą chwil na awce i pogawdzią
jeszcze par minut. Tak rzadko si przecie widyway.
Niosy te cakie paczki, ba jak szalone rzuciy si w wir
zakupów, co niestety z przeraeniem odkryy dopiero
póniej, Tula kupia narzdzia dla Tomasa, materia na
sukni dla siebie i na koszul dla Christera. Syn teraz,
kiedy zastpowa dziadka przY Śluzie, mieszka u Erlanda
i Gunilli, ale czsto zaglĄda do domu.
Nagle skĄdŚ dobieg gniewny dziewczcy gos:
- Sasza! Chod tu natychmiast! Chod tutaj, powie-
dziaam! Wstrtny Sasza!
Sasza? Czy nie tak waŚnie wabi si pies Magdaleny?
Tej dziewczynki, o której Christer tyle opowiada?
W tym samym momencie nieduy kudaty piesek
przebieg koo nich. Najwyraniej ucieka ze puszczonym
ebkiem i podwinitym pod siebie ogonem.
Gonia go moda dziewczyna. Tula nie zdĄya jej si
przyjrzeą, zauwaya jedynie, e musiaa mieą jakieŚ
pitnaŚcie lat, moe nieco wicej. Pieska zapaa para,
najwidoczniej rodzice dziewczyny. Prowadzili za rk
maego, moe czteroletniego chopczyka. Kiedy ju byli
wszyscy razem, skierowali si do wyjŚcia z parku.
Tula odwrócia si do Amandy.
- Posuchaj, mam wraenue, e znam t rodzin. Czy
wiesz moe, kto to by?
Przyjacióka-równolatka, niezmiennie wystpujĄca
w eleganckich sukniach j modnej fryzurze, odpara z minĄ
nieco kwaŚnĄ:
- Ci tam? To Backmanowie.
- A wic to jednak oni! Ale skĄd ani tutaj, w Lin-
koping? SĄdziam...
- Sprowadzili si tu trzy lata temu. MieszkajĄ w tym
wielkim domu po drugiej stronie parku. Tak, waŚnie
w tym biaym.
- Hm - w gosie Tuli zabrzmiaa nutka przebiegoŚci.
- A wic pewnego dnia ich odwiedz.
- Ich? Oni nie przyjmujĄ wizyt. Nie stykajĄ si z byle
kim, moesz mi wierzyą. Trzeba byą chyba samym
królem, by doprosią si audiencji. Ale zgodzili si przyjŚą
na doroczne przyjcie. Nikt si tego nie spodziewa.
Tula powiedziaa powoli:
- Amando... Nie sĄdz, bym zdoaa namówią Tomasa
na jakiekolwiek przyjcie, to si nigdy nie uda. Ale czy
wolno mi bdzie wziĄą zamiast niego syna?
- Ale oczywiŚcie! Christer jest przecie taki czarujĄ-
cy!
- A wic dobrze. Serdecznie dzikujemy za zaprosze-
nie, na pewno przyjdziemy. Ja i Christer.





ROZDZIA III


Tula w drodze powrotnej wstĄpia do domku w Borens-
berg.
Tego dnia przy Śluzie dyur penili zarówno Christer,
jak i dziadek Erland, a poniewa rozpoczĄ si ju sezon
letni i wzmóg si ruch na kanale, mieli te jeszcze
dodatkowo pomocnika. Dlatego chopiec móg zwolnią
si na kilka minut. Tula z radoŚciĄ patrzya, jak biegnie do
niej, opalony, z wyblakĄ od soca grzywkĄ i byskiem
w oczach.
Przystojny chopak, pomyŚlaa. Czy to naprawd ten
sam Christer, który cae wieki temu klcza nad sadzaw-
kĄ wsparty na okciach, z pupĄ wypitĄ do góry, i cao-
wa cztery wystraszome aby, chcĄc sprawdzią, czy przy-
padkiem któraŚ z nich nie przemieni si w ŚlicznĄ
królewn?
Albo jak wtedy, kiedy poyczy od nauczyciela wska-
nik i usiowa zamienią go w czarodziejskĄ ródk, by za
jej pomocĄ zlikwidawaą szpar midzy zgbami. Choą mia
takie adne, biae zby, zawsze drczyy go na ich punkcie
kompleksy, bo tak bardzo byy od siebie odsunite!
Musiao to byą w tym czasie, kiedy zaczĄ oglĄdaą si za
dziewcztami. Ile lat móg mieą wtedy? DwanaŚcie?
A teraz by ju dorosy...
Tula westchna ciko, choą nie bez dumy.
Szybko przekazaa mu nowin.
Zapada cisza.
Sychaą byo tylko cykanie Świerszczy.
Wreszcie Tula oŚwiadczya z ironiĄ:
- Niestety, musz skonstatowaą, e mój syn czasami
sprawia wraenie kompletnego gupka.
Christer nareszcie zamknĄ usta. Bardzo by czuy na
punkcie swej wyjĄtkowej inteligencji. Nie naleao z niej
drwią.
Zapa matk za rami.
- JesteŚ przekonana, e to na pewno ona? Czy to bya
najŚliczniejsza dziewczyna, jakĄ zdarzyo ci si widzieą?
- Widziaam jĄ tyko ad tyu, ale chyba wszystko si
zgadza, prawda?
- Owszem - odpar uszczŚliwiony. - Tak, wszystko.
Oprócz... Chyba nie krzyczaa na psa? Magdalena kochaa
swego Sasz!
- E, to ju zupena bagatelka. Pójdziesz ze mnĄ?
Christer bardzo si zdenerwowa:
- Ale ja nie mam co na siebie woyą!
- Taka replika przystoi raczej kobiecie - zauwaya
Tula.
Syn jednak jej nie sucha.
- Mógbym, rzecz jasna, poprosią dobrĄ wrók, by
zaczarowaa moje achmany w szaty godne prawdziwego
ksicia, ale...
Tula popatrzya na niega z czuoŚciĄ.
- JeŚli pozwolisz swej ziemskiej wróce uszyą sobie
nowĄ koszul, to mam tu przypadkiem materia. A poza
tym, jeŚli chodzi a stroje, to chyba niczego ci nie brakuje.
Christer nagle jakby si ocknĄ.
- Musz wracaą do domu, nie zdĄ si przygotowaą...
- Mamy duo czasu. Bdziesz taki elegancki, e
rodzony ojciec ci nie pozna. A na razie wracaj do pracy,
bo dziadek czeka.



Nikt nie musi wstydzią si Christera, myŚlaa Tula,
kiedy weszli do Hotelu Miejskiego, gdzie powitaa ich
Amanda i jej mĄ, aptekarz. Kto ma równie przystojnego
syna jak ja?
OczywiŚcie przemawiaa przez niĄ matczyna duma,
byo bowiem wielu modych chopców przewyszajĄcych
Christera urodĄ, ale rzadko który sprawia równie sym-
patyczne wraenie. Po chopicemu nie skrywana na-
dzieja, jaŚniejĄca w oczach, moga pokonaą kadĄ niechą,
stopią wszystkie lody. Rzucaa si te w oczy jego
przeŚliczna opalenizna. Eleganccy mieszkacy miasta
krciliby pewnie nosami na wiadomoŚą, e jest wŚród nich
zwyky stranik Śluzy, ale Tula nie miaa zamiaru nikomu
tego wyjawiaą.
Zwaszcza e mode dziewczta obrzucay syna zacie-
kawionymi spojrzeniami, a ich matki wyranie taksoway
go wzrokiem. Czyby potencjalny kandydat na zicia?
W mieŚcie panowa zdecydowany nadmiar panien na
wydaniu.
W pewnym momencie podszed do nich jakiŚ Śmiay
modzian, rzuci arcik w stron Tuli, po czym zwróci si
do Christera, mówiĄc:
- Witam, mam na imi Bengt, czy mógbyŚ przed-
stawią mnie swojej siostrze?
Christer zrobi wielkie oczy i zaskoczony wyjĄka:
- Komu? Mojej siostrze? Ja nie mam siostry, a to jest
moja matka!
Modzieniaszek rozdziawi gb i prdko si wycofa.
Tula sadko, lecz zoŚliwie uŚmiechna si do Christera,
który zaraz si zemŚci:
- Pewnie myŚli sobie teraz, e byaŚ okropnĄ rozpust-
nicĄ i w wieku dziesiciu lat urodziaŚ dziecko. Nie
wpadnij tylko przypadkiem w dum i z nikim nie flirtuj!
- Wcale mi to nie w gowie. Twój ojcaec jest jedynym
ziemskim mczyznĄ, na którego mam ochot.
- Ziemskim - mruknĄ Christer rozgoryczony. - To
zabrzmiao tak, jakbyŚ miaa ochot na romans z ar-
chanioem.
- Wrprost przeciwnie - sykna Tula przez zby.
Bawia si daskonale. Mczyni zwracali na niĄ
uwag, odnosili si do niej z galanteriĄ, a ona, choą staraa
si zachowywaą skromnie i powŚciĄgliwie, uŚmiechaa si
do nich tajemniczo za plecami Christera. Chopak by
zdenerwowany, rozglĄda si niespokojnie w poszukiwa-
niu znajomej twarzy, ale nigdzie nie móg dojrzeą swojej
Magdaleny.
- Czy nie ma ich tutaj? - zapyta Amand.
- Kogo? Backmanów? Nie, oni muszĄ mieą efektowne
wejŚcie. Wiesz chyba, e królowie zwykle przychodzĄ
ostatni.
Powiedziaa to tak ironicznie, e kady by si bez trudu
domyŚli, jaki jest stosunek Amandy do Baekmanów.
Christer obrazi si w imieniu Magdaleny. Co prawda
upyny ju trzy lata od ich spotkania i w tym czasie
zdarzao mu si myŚleą o innych dziewcztach, ale
wspomnienie o Magdalenie byo Świte. Nie wolno z niej
drwią.
- A wic jej ojciec jest nadal radeĄ handlowym? Nie
awansowa? - zapyta, bo Amanda zostaa wczeŚniej
wtajemniczona w jego miostk.
Amanda bya dobrodusznĄ, yczliwĄ damĄ, potrafia
okazaą pene zrozumienie dla modzieczej burzy uczuą.
- Backman? Ale skĄd! W tym czowieku nie ma pary.
W kolegium handlowym umieŚci go jego pierwszy teŚą
i wierz mi, ten mczyzna wyej ju nie zajdzie.
- Jego pierwszy teŚą to chyba ów dobry dziadek
Magdaleny?
- Na to wychodzi. To waŚnie on jest gowĄ rodu.
Stary wojak jeszcze yje, choą jest ju bardzo niesprawny.
- Tak. Magdalena wspominaa mi o tyrn. Jest prawie
Ślepy i guchy i, jak zrozumiaem, ma daleko posunitĄ
skleroz.
- O, nie, nie przypuszczam. Ale mia udar, po którym
z trudem mu przyąhodzi mówienie.
- Czy pani go zna, Amando?
- OsobiŚcie nie. Ale tam, gdzie mieszka, w Norrtalje,
jest wielkĄ figurĄ, wiem o tym, bo take stamtĄd po-
chodz. Mam tam rodzin.
- Norrtalje? To miejsce ley na pónoc od Sztokhol-
mu, prawda?
- Tak. Stary Malin, teŚą Baekmana, jest tam praw-
dziwym królem. PowinieneŚ zobaczyą jego posiadaŚą!
Nadzieje Christera zaczynay si rozwiewaą. Rodzina
Magdaleny to zdecydowanie za wysokie progi dla pros-
tego stranika Śluzy!
Zastanawia si przez chwil.
- Czy z Norrtalje daleko do Roslagsbro?
- Nie, wcale nie, a dlaczego pytasz?
- Tak si tylko zastanawiam. Mam krewnych w Ros-
lagsbro, Ann Mari i jej ma Kola. PrzenieŚli si tam, by
byą w pobliu rodziny Oxenstiernów, dla której pracujĄ.
To waŚciwie doŚą ciekawa historia. Ich gaĄ Ludzi Lodu
towarzyszya rodowi Oxenstiernów ju od poczĄtku
siedemnastego wieku. Tak samo, jak nasza gaĄ nie
odstpowaa Possech i ich przodków.
- Tak, tak. Ród Possech ma naprawd znamienitych
przodków. Jest wŚród nich nawet Christian IV, król
Danii.
Christer uŚmiechnĄ si.
- Ludzie Lodu ju za jego ycia towaryszyli temu
rodowi.
Tula oderwaa si od grornadki podziwiajĄcych jĄ
panów. Jej lekko zotawe oczy byszczay teraz mocno,
Świadoma bya swego niezwykego, iŚcie diabelskiego
wdziku. WielkĄ przyjemnoŚą sprawiaa jej konwersacja
z tak zauroczonymi niĄ mczyznami.
- Uwodzisz mego syna, Amando?
Christer rozgniewa si nie na arty:
- Wcale nie, rozmawialiŚmy o bardzo powanych
sprawach.
- A jakeby iaaczej! Ale prawda, e jest bardzo
przystojny, Amando?
- Wprost trudno mu si oprzeą - uŚmiechna si
odrobin kpiĄco Amanda.
Christer wiedzia jednak, e prezentuje si naprawd
dobrze. Uczyni wszystko, by wywrzeą odpowiednie
wraenie na Magdalenie, kiedy jĄ znów zobaczy. Mia na
sobie spodnie zwajĄce si ku doowi, a frak z dugim
jaskóczym ogonem lea na nim doskonale. Matka uszya
mu piknĄ, strojnĄ koszul z koronkowym abotem.
Wiedzia, e swym wyglĄdem zwraca na siebie uwag,
nigdy jeszcze nie czu si tak... tak frywolnie elegancki!
Nagle Amanda chzwycia go za rami.
- No widzisz, o wilku mowa, a wilk tu. NadchodzĄ
Backmanowie. I... jest te z nimi córka! Christerze
spenio si twoje marzenie!
Christer odwróci twarz od pa, by nie zauwayy, jak
mocno si zarumieni. Magdalena! Nareszcie znów jĄ
zobaczy! Dowie si, jak jej si wiedzie, czy jest szczŚliwa.
Z poczĄtku nie zauway Backmanów, gdy widok
przesonia mu grupka goŚci. Amanda jednak przecis-
na si do przodu, by powitaą nowo przybyych.
GoŚąie rozstĄpili si na boki i Christer móg spojrzeą
przed siebie.
- Bardzo prosz, moe pastwo poznaeie moish przy-
jació - zaproponowaa dostojnym goŚciom Amanda.
- To moja przyjacióka, Tula Erlandsdotter z Motala, i jej
syn Christer. Tulo, to radca handlowy Backman i jego
maonka oraz ich córka Magdalena.
Christer przelotnie spojrza na przystojnego mczyz-
n z rodzaju tych, co to za wszelkĄ cen starajĄ si
zachowaą ostronoŚą, o zaciŚnitych ustach i Świadomie
nijakim wyrazie oczu. Nikt nie móg odgadnĄą, jakie
mgŚli chodzĄ temu czowiekowi po gowie. Zimny typ,
pozbawiony dostojestwa, o którego posiadaniu by
pewnie przekonany.
Jego ona bya frapujĄco pikna, ale sprawiaa wrae-
nie osoby Śmiertelnie nudnej.
I...
Christerowi zaparo dech w piersiach. Z natury spon-
taniczny, nie zwaajĄc na nic, wypali:
- To nie test Magdalena Backman!
Kilkoro z goŚci, krórzy stali w pobliu, usyszao jego
sowa i odwrócio gowy.
Backmanowie wpatrywali si w Christera oniemieli,
dama wyranie poblada, a dziewczyna, równie nijaka jak
jej rodzice, rozdziawia usta, ale zaraz nerwowo zacza
ogryzaą paznokcie. Christer zauway, e i tak ju niewieie
jej zostao. Bagalnym wzrokiem wpatrywaa si w Back-
manów.
Tula i Amanda stay nieco zakopotane, wyczekujĄc na
dalszy rozwój sytuacji, ale widaą byo, e zera je
ciekawoŚą.
Radca handlowy Backman z wyrzutem popatrzy na
Amand, cakowicie ignorujĄc Christera.
- Naleao oszczdzią nam tyeh impertynencji - pogar-
dliwie wydĄ usta i chcia ju odejŚą.
Christer jednak by uparty. Zagradzil mu drog.
- Gdzie jest Magdalena? - zapyta.
Na twarzy mczyzny odbia si napicie.
- Magdalena stoi tutaj. Miabym nie poznaą wasnej
córki?
- Nie wiem, kim pan jest ani kim jest ta panna, ale
z pewnoŚciĄ to nie Magdalena Backman!
- MusiaeŚ jĄ z kimŚ pomylią - odrzek Backman. - Na
pewno jest wicej osób o identycznym imieniu i nazwisku.
Christer zwróci si do oniemiaej dziewczyny.
- Czy masz psa, który nazywa si Sasza?
- Tak - odpara panna.
Christer zorientowa si, e jej rodziców rozgniewa
fakt, i w ogóle odezwaa si do takiego bezczelnego
Śmiaka jak on.
- Ach, tak - odpowiedzia. - I moja Magdalena take.
Masz take braciszka, mniej wicej czteroletniego, praw-
da? I stryja o imieniu Julius?
- Nie. Stryj ju nie yje - odparla dziewczyna.
Radca handlowy rzek lodowato zimnym tonem:
- Nie sĄdz, by dalsza dyskusja miaa jakikolwiek sens.
Tula ostrzegawczo Ścisna syna za rami, tak mocno,
e z pewnoŚciĄ zostay mu po tym siniaki.
- Prosz wybaczyą mojemu synowi, panie radco
handlowy Backman, jest jeszcze bardzo mody i niezrów-
nowaony, najwyraniej musia pomylią zdarzenia i oso-
by. Chod, Christerze, nie moesz ju duej niepokoią
miych pastwa.
Na poegnanie posaa radcy najbardziej czarujĄcy ze
swych uŚmiechów i pociĄgna Christera na bok.
On jednak nie wytrzyma i aglĄdajĄc si przez rami,
krzyknĄ:
- Moja Magdalena ma fiokowobkitne oczy, a oczy
tej panny sĄ zwyczajnie piwne!
- Chod ju, Christerze - sykna Tula przez zby.
- Ale to nie bya moja Magdalena!
- Wcale tego nie twierdz - odpara Tula, gdy
wreszcie znaleli si w bezpiecznej odlegoŚci od Back-
manów, - Ale ta kobieta miala Ądz krwi w oczach.
Trzymaj si od nich z daleka, mój chapcze!
- Ale przecie musimy coŚ z tym zrobią!
- Zgoda, ale nie za prdko. Co nagle, to po diable.
Najpierw naley dyskretnie powszyą.
- To znaczy, e mi wierzysz?
- OczywiŚcie! Wyczuwam w tym wszystkim jakieŚ
oszustwo i, prdzej czy póniej, dowiemy si, na
czym ono polega. Teraz jednak jestem zdania, e
najlepiey bdzie, jak opuŚcisz przyjcie. Przede wszystkim
przez wzglĄd na Amand, narobieŚ jej ju doŚą ko-
potów.
Christer przyzna matce racj, a poza tym by tak
wzburzony, e pragnĄ odejŚą stĄd jak najprdzej. Poeg-
na si z AmandĄ i jej mem, uprzednio przeprosiwszy za
przykre zamieszanie, którego by sprawcĄ.
OpuŚci Hotel Miejski i ruszy przed siebie w pachnĄcy
deszczem letni wieczór.



Wiedzia dokadnie, co ma zamiar zrobią.
Backmanowe byli teraz na przyjciu, móg wic iŚą do
biaego domu przy parku, sprawdzią, czy tam nie natrafi
na jakiŚ Ślad.
Musia znaleą odpowied na pytanie: Czy to rzeczywi-
Ście bya prawdziwa Magdalena? I czy jego Magdalena
bya jedynie pomylonĄ dziewczynkĄ, której pszyŚnio si,
e jest córkĄ radcy handlowego Backmana?
O nie, na pewno nie! Wuj przecie nazywa jĄ Mag-
dalenĄ.
Nie, jego Magdalena to prawdziwa Magdalena Back-
man, by o tym w peni przekonany.
Koniecznie powinien dowiedzieą si o niej czegoŚ
wicej, a to oznaczao, e musi dostaą si do biaego
domu.
Nie zastanawia si ani przez chwil, w jaki sposób
wejdzie do wspaniaej willi Backmanów. Wystarczyo, by
sta si niewidzialny, a wówczas bdzie móg przemasze-
rowaą po prostu przez bram. To przecie drobiazg dla
takaego jak on czarownika z Ludzi Lodu.
Kocim krokiem skrada si przez park. GdzieŚ z oddali
dobiega Śmiech i przyciszone odgasy rozmów, sporo
ludzi najwidoczniej wybrao si na wieczornĄ przechadz-
k. Pod jednym z drzew siedzia pijak, trzymajĄc w ob-
jciach butelk. Sprawia wraenie, e odnalaz klucz do
wiecznego szczŚcia, nie przejmowa si wcale, e w ka-
dej chwili moe spaŚą deszcz.
Oto brama, prowadzĄca do ogrodu biaej willi. Chris-
ter zwolni kroku i rozejrza si dokoa - lepiej upewnią
si, czy nikogo nie wystraszy jego nage zniknicie.
Poniewa czsto by Świadkiem czarów odprawianych
przez matk, wiedzia mniej wicej, w jaki spasób powi-
nien si teraz wyrazią. Zaklcie miao brzmieą troch jak
wiersz, chocia rymy nie byy wcale konieczne. OczywiŚ-
cie Tula nigdy nie wypowiedziaa przy nim formuy,
dziki której czowiek stawa si niewidziaIny, bo te
pewnie i takowej nie znaa. Prawdopodabnie nie opano-
waa sztuki czarowania tak Świetnie jak on, bya przecie
tylko kobietĄ, a od dawna wiadomo, e czarownicy sĄ
o wiele potniejsi od wiedm.
Szkopu w tym, e jego talenty na razie jeszcze w peni
nie rozkwity.
Ale teraz musiao to nastĄpią! Czu, e jego niezwyke
zdolnoŚci z minuty na minut si potgujĄ.
ZaczĄ monatannie powtarzaą: "Twoje oczy nie widzĄ
tego, co przed tobĄ, twoje uszy nie syszĄ kroków, które
ci mijajĄ" - i jeszcze caĄ dugĄ litani podabnych
sformuowa, które jak na zawoanie przekazyway mu
potne moce, jego przodkowie z obcych lĄdów i czasów.
WĄczy te sowo extinctibilis, które jego zdaniem wyjĄt-
kowo pasowao do sytuacji.
A potem po prostu przeszed przez bram.
RzeczywiŚcie nikt go nie zauway, ale tego przecie si
spodziewa. Szed dalej przez ogród, w kierunku schodów
prowadzĄcych do domu.
Sta tam stranik czy te inny suĄcy, Christer nie
wiedzia, kto, ale wcale si tym nie przejĄ. Na wszelki
wypadek powtórzy zalilcie raz jeszcze i spokojnie
szed dalej. Caa sytuacja wydaa mu si tak zabawna,
e zachichota pod nosem. Ciekawe, co zrobiby ten
czowiek, gdyby wiedzia, e waŚnie obok niego prze-
myka niewidzialny czarownik, a on nie ma a tym
pojcia?
- Hej, ty! A dokĄd to? - gronie odezwa si mczyz-
na.
Ciekawe, do kogo on mówi, bo mnie przecie nie
widzi.
Mczyzna jednak okaza si na tyle bezczelny, by
podbiec do Christera i zapaą go za rami akurat w chwili,
gdy chopak dotar ju do schodów.
Do diaska, powinien by powstrzymaą si od Śmiechu!
Ten chichot musia zniweczyą moc zaklcia, przerwaą
urok. Ale bitwa nie bya jeszcze przegrana. Christer
odwróci si ku zagniewanemu stranikowi i spojrzawszy
na niego pobaliwie, wypowiedzia sowa, jakie kiedyŚ
usysza od Tuli. Nie przejmowa si tym, e wówczas
matka usiowaa zaczarowaą ciasto, którego nie miaa
ochoty upiec sama. Christer zmieni tylko kilka sów,
stosownie do okolicznoŚąi:
- W maĄ szarĄ mysz zmie si w jednej chwili!
WolnĄ rkĄ wykona dodatkawo zamaszysty ruch.
- W mysz? Co ty, u diaba, wygadujesz, chopaku!
- Mczyzna nie sta si ani odrobin bardziej myszo-
waty.
Christer uzna wreszcie, e musi si wycofaą, nic nie
zgadzao si z jego wyliczeniami. Pewnue zapomnia
o czymŚ wanym. Wyrwa si z elaznego uŚcisku tra-
nika i bez trudu uciek za bram.
W parku czym prdzej skry si za kp krzewów.
Mczyzna przeszed do bramy i ju tam zosta.
Wkrótce przyĄczya si do niego kobieta, byą moe take
ze suby.
- Chopak zniknĄ - stwierdzi mczyzna. - Musia
byą niespena rozumu. Nie ma si czym przejmowaą.
Ach, tak? pomyŚla uraony Christer. Jeszcze zoba-
czycie!
Z domu rozlego si szczekanie psa.
- Znów to przeklte zwierz - westchna kobieta.
- Na co ono komu? - Zawoaa w stron domu: - Kopnij
go porzĄdnie raz i drugi, AuguŚcie, to choąia przez
chwil bdzie cicho.
Christer usysza przeciĄgy skowyt pieska i Ścisno
mu si serce. May Sasza Magdaleny! Czy nikt si o niego
nie troszczy? Ta obca dziewczyna, która take miaa na
imi Magdalena, o ile w ogóle to prawda, nie bya dla
niego dobra. Zwierz chciao od niej uciec, a ona je
z wrzaskiem gonia.
SuĄcy zniknli w domu. Christer przez clhwil jeszcze
siedzia, pogrĄany w ponurych myŚlach, i waŚnie gdy si
podnosi, usysza odgos szybkich kroków kilku osób.
To wracali Backmanowie - caa trójka. Rozmawiaii ze
sobĄ gniewnie, choą cicho.
- Na pewno si dowiem, kim on jest i jaki ma z tym
zwiĄzek - mówi radca. - Ale teraz najwaniejsze, byŚmy
pozbyli si Saszy. Wicej z nim kopotów ni poytku.
- Nikt za nim nie bdzie paka - zapevrnia pani.
- Nikt z nas nie móg przecie znieŚą tego nieposusznego
psa. Dopilnuj, by uŚmiercono go jeszcze dziŚ wieczorem.
Dziewczyna nie odezwaa si ani sowem, kroczya
tylko nadĄsana za dorosymi.
Przeszli przez bram.
Christerowi myŚli wiroway w gowie. Zaraz dowiedzĄ
si, e tu byem. Nic na to nie poradz, musz wejŚą do
Środka. Musz znaleą Sasz, to jedno mog zrobią dla
Magdaleny: uratowaą jej jedynego przyjaciela.
Nie uŚwiadamia sobie tego, e Sasza móg mieą
wielkie znaczenie jeszcze w zwiĄzku z czymŚ innym, ale
Christer, przyjaciel wszystkich ywych stworze, myŚla
o doli pieska, który nikomu nie wyrzĄdzi przecie
krzywdy.
Tym razem wola nie ryzykowaą adnej sztuczki
z czapkĄ-niewidkĄ, musia przystĄpią do dziea z wik-
szym realizmem. DziŚ wieczorem... Chcieli zabią Sasz
jeszcze dziŚ wieczorem?
Nie wolno da tego dopuŚcią!
Obszed posiadoŚą Backmanów dookoa i zatrzyma
si przy wysokim drewnianym pocie, oddzielajĄcym
znaydujĄcĄ si za domem czŚą ogrodu od ulicy. Bez
wikszego trudu podskoczy i zapa rkoma krawd
potu; szczŚiwie nikt nie widzia go zawieszonego tak
w pó drogi midzy niebem a ziemiĄ. PodciĄgnĄ si
i w jednej chwili znalaz si po drugiej stronie ogrodzenia,
najwyraniej w sadzie, trawa pokryta bya tu bowiem
dywanem opadych patków kwiatów jaboni.
Na razie mu si udao. Ale w jaki sposób dastanie si do
domu, jak si wydawao, penego ludzi?
Kiedy tak sta, zastanawiajĄc si, jaki nastpny krok
powinien podjĄą, otworzyy si drzwi werandy i wysza
dziewczyna.
Christer nie widzia pieska, ale ze zniecierpliwionego
tonu panny i jej sów wynikao, e pies wymknĄ si przez
otwarte drzwi.
- Wracaj do Środka! Szybko! Wracaj!
Rozlego si woanie pani Backman. Dziewczyna
odpowiedziaa coŚ i wesza do domu.
Czy piesek take za niĄ pobieg?
Christer musia zaryzykowaą. Pochylony jak najniej
przy ziemi pomknĄ przez ogród i ukry si za balustradĄ
werandy. Gdyby ktoŚ go teraz zobacy, to...
ZerknĄ za balustrad. Pies tam by!
Dostrzeg Christera i cicho warknĄ.
- Sasza - szepnĄ chopak tak przymilnie, jak tylko
umia. - Chod tu, Sasza! Jestem przyjacielem Magdaleny.
Widaą byo, e jest to lkliwy piesek. Ba si bicia.
- Biedny maleki, tacy byli dla ciebie niedobrzy?
- agodnie przemawia do pieska Christer.
Ludzie Lodu, a przynajmniej wikszoŚą z nich, z natury
byli przyjaciómi zwierzĄt. Ten pies w ciĄgu ostatnich lat
spotyka si jedynie z wrogoŚciĄ ze strony ludzi, nie mia
wic powodu, by komukolwiek zaufaą. Ale jakaŚ nuta
w gosie Christera musiaa obudzią wspomnienie innej
formy kontaktu z czowiekiem.
Christer by przekonany, e Sasza zaraz zacznie haaŚ-
liwie szczekaą, jak to zwykle czyniĄ mae, wystraszone
psy, ale tym razem tak si nie stao. Zachcony milczeniem
pieska szepnĄ:
- Chod tu, Sasza! Chod, to sobie stĄd pójdziemy! Tu
jest dla ciebie niebezpiecznie. Chod, pójdziemy do
Magdaleny.
Ach, szybciej, Sasza, myŚa Christer zdenerwowany.
Oni mogĄ nadejŚą w kadej chwili!
Piesek pisnĄ aoŚnie, odskoczy nieco w ty, pokrci
ebkiem, jakby nie wiedzia, co ma zrobią.
A Christer kusi i wabi.
Niepewny niczego na tym Świecie Sasza nieŚmiao
zamacha ogonem, przysuchujĄc si przyjaznemu goso-
wi i wpatrujĄc w do, zapraszajĄcym gestem wyciĄgnitĄ
przez balustrad. Wreszcie zdecydowa si podejŚą bliej,
powĄchaą...
Pachniaa widaą przyjanie. Christer podrapa Sasz za
uchem, mówiĄc czule:
- Ju dobrze, dobrze, ju si nie bój, chc tylko
twojego dobra. Chod do mnie, przecie próbowaeŚ
uciec od tych zych ludzi, i to nie raz, przypuszczam...
Trzyma ju pieska w doniach, czu, jak mocno bije
jego serduszko. Ostronie, bardzo ostronie podniós
Sasz nad balustrad.
jeŚli mnie teraz ugryziesz, to koniec z nami, myŚla.
W kadym razie z tobĄ. Ze mnĄ pewnie nie odwaĄ si
postĄpią tak tak drastycznie, nawet jeŚli bdĄ bardzo
chcieli.
Nie rozumia tych Backmanów. Kim byIi i jaki mieli
zwiĄzek z jego MagdalenĄ?
Gdy tylko przeniós pieska ponad balustradĄ werandy,
przykucnĄ i w takiej pozycji przemieŚci si pod pot, nie
wypuszczajĄc zwierzĄtka z obją. Sasza popiskiwa, ale by
dobrym, przyjanie usposoblonym pieskiem.
I to jemu wymierzano kopniaki? Ucieka przecie nie
bez powodu.
Tym razem pokonanie potu nie byo takie atwe.
Prawd mówiĄc Christer wpad te w panik, ba nagle
dziewezyna - nie chcia nazywaą jĄ MagdalenĄ - wysza
z domu i zawoaa, e pies wyskoczy do ogrodu. Christer
z psem w objciach nie zdoaby sforsowaą potu, zaczĄ
wic biec wzdu ogrodzenia, które w pewnym momencie
zakoczyo si nieduĄ drewnianĄ komórkĄ.
Backmanowie wyszli ju do ogrodu i gniewnymi
gosami nawoywali Sasz. Czyby wyobraali sobie, e
wystraszona psina rzeczywiŚcie przyjdzie? Pobiegaby
przecie tak szybko, jak poniosyby jĄ krótkie nóki, ale
w przeciwnym kierunku.
Christer nie móg te wypuŚcią psa na ulic, w ogrodze-
niu nie byo dostatecznie duego otworu.
Jedyna szansa ratunku to komórka. WŚlizgnĄ si do
Środka z SaszĄ w ramionach. Po omacku odnalaz stert
rozmaitych rzeczy i ukry si za niĄ.
- Cicho - szepnĄ psu do ucha. - Nie magĄ nas tu
znaleą.
Przyjemnie byo trzymaą pieska. Spryste ciako,
pokryte doŚą sztywnĄ sierŚciĄ. Poniewa nigdy nie zdoa
mu si przyjrzeą dokadnie, nie potrafi stwierdzią, jaka to
rasa. Terier? A moe pudel lub coŚ padobnego.
Czu ciepo promieniujĄce z drobnego zwierzcego
ciaa. Christer mia wraenie, e pies w mroku usiuje
zowiŚ jego wzrok, widzia, jak byszezay jego ufne Ślepia.
- Teraz bdzie ci dobrze, may - szepnĄ. - i znaj-
dziemy dla ciebie Magdalen.
Przy komórce rozlegy si gosy.
- Nie, tam nie móg welŚą, drzwi zawsze sĄ zamknite
- powiedzia Backman. Na dwik jego gosu Sasza
zadra. - Do diaska, e te musiao si to przytrafią akurat
teraz! A ju mialem naszykowanĄ strzelb!
Przeszli dalej. Christer odczeka jeszcze par minut.
Kiedy, jak sĄdzi po nawoywaniach, przeŚladowcy znale-
li s przed frontem domu, wsta i uchyli drzwi.
SzezŚliwie nie zaskrzypiay.
W ogrodzie zapada cisza. Christer postanowi wic
opuŚcią komórk.
Po drugiej stronie komórki zaczynao si elazne
ogrodzenie, nie byo szczególnie wysokle. WziĄ Sasz
pod pach i z pewnym trudem wspiĄ si po metalowej
kracie. WyjĄtkowo zapomnia o wykorzystaniu czaro-
dziejskich mocy, a moe uzna, e jego niepowodzenia
w tej dziedzinie byy zbyt powane jak na jeden dzie?
Na moment zawis, nie mogĄc zapaą równowagi, na
samym szpiczastym szczycie, z nogami po dwu stronach
ogrodzenia. Bardzo niewygodna pozycja. Wreszcie jed-
nak zdoa przerzucią i drugĄ nog i doŚą niezgrabnie
wylĄdowa na ulicy. Uderzy si w stop, nie na tyle jednak
powanie, by nie móg biegiem oddalią si od rezyderseji
Backmanów.
Nikt go nie widzia.
I mia ze sobĄ psa Magdaley, jej najlepszego przyjacie-
la.
To by naprawd miy, cierpliwy pies. Ze spokojem
znasi wszelkie wybryki swego nowego pana.
Nareszcie Christer móg si zatrzymaą i uspokoią
psiaka.
- No i co, may? - mruknĄ do niego ciepo. - JeŚli
ktoŚ mnie zapyta, to pawiem, e nazywasz si Alexander.
Bo Sasza to rosyjskie zdrobnienie imienia Alexander, ale
myŚl, e twoi wstrtni drczyciele o tym nie wiedzĄ.
Smycz. Potrzebna mu smycz, na której mógby prowa-
dzią psa, bo przecie nie móg nieŚą go tak w niesko-
czonoŚą. Choą, prawd powiedziawszy, nie wydawao si,
by Sasza by temu przeciwny.
- A wic dobrze, may - jeszcze raz przemówi do
Saszy. - Teraz maemy podjĄą poszukiwania naszej
wspólnej przyjacióki Magdaleny. Nie przypuszczam, by
znajdowaa si w tym okropnym domu, nie ma wic sensu
tam wracaą. aden z nas tego przecie nie chce.
Sasza popatrzy na niego swymi wilgotnymi, bysz-
czĄcymi oczkami i dalej obwĄchiwa tego niezwykego
czawieka, który w taki dziwny sposób zabra go z jego
dawnego domu.
Ale may ogonek wyranie si porusza, Christer zosta
zaakceptowany.


- Tula, twój syn stoi w westybulu i domaga si
rozmowy z tobĄ - oznajmia Amanda.
Tula odĄczya si od grupy, którĄ zabawiaa rozmowĄ.
Obiad ju si skoczy, teraz miay rozpoczĄą si tace.
- Czy on nie moe przyjŚą tutaj? Backmanowie ju
precie sobie poszli.
- Niestety, nie moe, Trzyma za pazuchĄ pieska.
- Pieska?
Tula pospiesznie wybiega da westybulu. Sposzony
Christer sta przy samych drzwiach.
- Có to, u licha...?
- Mamo, musz wracaą do domu. Natychmiast. Czy
mog zabraą powóz? Przyjad po ciebie jutro.
- Ale przecie mieliŚmy nocowaą u Amandy i jej ma.
Nie, poczekaj chwil, Chcisterze, jad z tobĄ. Tak strasz-
nie tskni za Tomasem.
- Dziki ci za te sowa, mamo. Przez chwil miaem
wraenie, e jest ci tu zbyt wesoo.
- Mam ju doŚą tego gadania o niczym. No i musz si
dowiedzieą, ca znowu nawyprawiaeŚ. Zdaje mi si, e ten
pyszczek ju kiedyŚ widziaam. Bój si Boga, chopcze, to
to pies Backrnanów! CzyŚ ty cakiem oszala? - dokoczya
szeptem.
- Nie, to pies Magdaleny. Uczciwie i prawowicie
ukradem go, bo chcieli go zastrzelią dziŚ wieczorem.
Z jakiegoŚ powodu sta si nagle zbyt kopotliwy.
Tula badawczo wpatrywaa si w syna, wreszcie
zdecydowaa:
- Id teraz do powozu, ja porozmawiam z AmandĄ.
- Co jej powiesz?
- e natrafiamy na Ślad skandalu i musimy jak
najprdzej wracaą da domu, inaczej dla kagoŚ z nas moe
si to le skoczyą. MyŚl teraz o psie. Amanda to dobra
kobieta, na pewno zrozumie. Jej mĄ take. A teraz si
pospiesz, bo ktoŚ ci zauway i doniesie Backmanowi!
W powozie Christer opowiedzia Tuli caĄ histori. To
ona powozia, bo Christer trzyma na kolanach ŚpiĄcego
Sasz.
Noc bya jasna, nad jeziorem Boren unosiy si welony
mgy. Jechali do samego domu, do Tomasa w Motala,
dziadkowie Christera i tak nie spodziewaii si chopca
tego wieczoru.
- Dobrze, e uratowaeŚ Sasz - pochwalia syna Tula,
a piesek na dwik swego imienia postawi uszy. - Musi-
my dowiedzieą si, o co w tym wszystkim chodzi, bo nic
nie rozumiem. Czy to moliwe, e sĄ dwie Magdaleny?
I gdzie jest twoja?
- Na pewno odkryj prawd. Dziadek nie potrzebuje
mnie ju duej przy Śiuzie, jest tam teraz doŚą pomoc-
ników. Mam zamiar wziĄą solbie troch wolnego i jedzią
tak dugo, a odnajd Magdalen.
Tula natychmiast wykazaa zainteresowanie.
- DokĄd chcesz jechaą?
Zawaha si przez moment.
- To doŚą trudne. Chciabym odwiedzią Norrtalje,
powinienem te wybraą si do uzdrowiska Ramlosa, listy
na nic si tu nie zdadzĄ, bo oni nie chcĄ odpowiedzieą. Ale
nie wiem, od czego mam zaczĄą. Te miejscowoŚci leĄ
w dwóch rónych kierunkach.
- Twój ojciec czu si tak dobrze po pobycie w Ram-
losa i teraz zaczĄ przebĄkiwaą, e moe dobrze by byo,
gdyby znów tam pojecha. Zrobimy wic tak: zabior go
ze sobĄ i tam na miejscu sama wszystko zbadam. Wypy-
tam o Magdalen i stryja Juliusa i o to, co waŚciwie si
wydarzyo, kiedy twój ojciec sysza pacz dziewczynki.
Ty zaŚ, nie zwlekajĄc, wyruszysz do Anny Marii i Kola
Simona, do Roslagsbro, to niedaleko Norrtalje. I we ze
sobĄ Sasz, on moe ci si do czegoŚ przydaą.
- Ja te tak myŚlaem. Bardzo ci jestem wdziczny za
to, e chcesz mi pomóc, mamo.
- Nie spodobali mi si Backmanowie - odrzeka
krótko. - A ju zwaszcza ona. WyglĄdaa, jakby chciaa
caemu Światu obwieŚcią, e wszyscy, którzy nie sĄ równie
pikni jak ona, nie majĄ adnej wartoŚci. Tula z Ludzi
Lodu nie toleruje takiego zachowania!
Christer uŚmiechnĄ si uradowany. Udzia matki
w caej sprawie by niewĄtpliwie ogromnĄ zaletĄ.
Nagle jednak przypomnia sobie o czymŚ, co popsuo
mu humor.
- Mamo, nie udao mi si staą niewidzialnym, byem
ju tego bliski, ale w ostatniej chwili coŚ mi nie wyszo.
- Gdyby ci si powioda ta sztuka, oznaczaoby to, e
jesteŚ najpotniejszym czarownikiem w rodzie Ludzi
Lodu - odpara sucho. - Nikt do tej pory nie oŚmieli si
bodaj spróbowaą takiego cudu.
- Ja mog, jestem o tym przekonany. Wypowiedzia-
em nawet ogromnie wane sowo. Exstinctibilis. To ma
coŚ wspólnego ze znikaniem.
- Mój ty Świecie - westchna Tula. - A wic ciesz si,
e twój seans si nie powiód.
- Ale dlaczego?
- Exstinguere oznacza "unicestwią", a nie "czynią
niewidzialnym". Gdyby twoje zaklcie podziaao, nie
mógbyŚ odczarowaą si z powrotem! Invicibilis, tym
sowem powinieneŚ si by posuyą!
- Uf! To dobrze wiedzieą!
- Ale, drogi Christerze, nie sĄdzisz chyba, e moesz
staą si niewidzialny? Nikt tego nie potrafi, nawet Heike!
- JesteŚ tego pewna?
- No, z Heikem nigdy nic nie wiadomo na pewno.
Ten szczŚciarz moe liczyą na pomoc naszych przod-
ków.
- Czybym usysza w twoim gosie zazdroŚą? Czy
tobie nigdy nie pomagajĄ? Przecie ty take jesteŚ do-
tknita?
- Nie, nigdy... Chocia waŚciwie pomogli mi, ale
tylko jeden jedyny raz. Niewiele brakowao, a wywoaa-
bym prawdziwĄ katastrof, i wówezas wyratowali mnie
z opresji. Ale wtedy byli na mnie zagniewani, nie mam
wic u nich zbyt wielu plusów.
Christer zachiehota.
- To byo wtedy, kiedy o may wos nie wybudziaŚ
Tengela Zego, prawda?
- Tak. - Tula zadraa na samo wspomnienie strasz-
liwych przeyą. - Widzisz, ja nie nale do dobrych.
- Ty? - zapyta osupiay. - Ty przecie jesteŚ najlep-
sza ze wszystkich ludzi, no, moe zaraz po ojcu. OczywiŚ-
cie, e jesteŚ dobra, mamo!
- Uwaasz, e jestem tylko i wyĄcznie dobra?
ZerknĄ z ukosa na jej twarz, dobrze widocznĄ w przej-
rzystym Świetle poranka.
- Nie, nie wyĄcznie - rozeŚmia si. - Czy wiesz, e
chwilami jest w tobie coŚ diabelskiego? Gdyby nie twoje
poczucie humoru...
- Dzikuj za szczeroŚą, Świetnie o tym wiem - mruk-
na. - Christerze, naprawd staraam si byą dobrym
czowiekiem pomimo mego straszliwego obciĄenia. Czy
sĄdzisz, e mi si to udao?
Usysza w gosie matki lkliwĄ proŚb i zrozumia, e
jego odpowied ma dla niej ogromne znaczenie. Przysza
mu jednak bez trudu.
- Nikomu nie mogo powieŚą si lepiej, mamo. I ja,
i ojeiec wiemy, z czym musisz walczyą, i bardzo ci
podziwiamy.
- Dzikuj - odpara wzruszona.
Nie okazaa jednak, co naprawd myŚli. GdybyŚ tylko
wiedzia, Christerze, ile mnie to kosztuje! Nie jesteŚ
w stanie nawet sobie wyobrazią, z jakĄ mocĄ szarpiĄ mnie
dwie róne siy. Zo... Ale nie to jest najgorsze. Najgorsze
jest, e znalazam si we wadzy demonów.
I nadal si spod niej nie wyrwaam, a w kadym razie
nie psychicznie.
To, doprawdy, nieopisany ciar. Sama myŚl o demo-
nach jest taka kuszĄca, napenia mnie rozkoszĄ, a jedno-
czeŚnie boj si tego wprost do szalestwa.
PomyŚlaa o swej maej rodzinie. O mioŚci, jaka
zawsze promieniowaa z oczu najbliszych, o mioŚci do
niej, i nie umiaa zapanowaą nad zami.
- Och, jake bardzo kocham was obu!


Reszt nocy przesiedzieli na óku Tomasa. Sasza,
nakarmiony i napojony, spa w nogach. Od czasu do czasu
podnosi powieki, podrywa si i lkliwie rozglĄda
dokoa, ale zaraz strach w jego Ślepkach gas i piesek,
wzdychajĄc, znów ukada si do snu, godzĄc si na
odmian losu. Przez cay czas zachowywa si z rezerwĄ,
ale chyba porównanie dawnego domu z nowym zdecydo-
wanie wypadao na korzyŚą nowego.
Mogo si trafią gorzej, zdawa si mówią jego wzrok,
kiedy znów kad eb na apach.
Drobne ciako nosio wyrane Ślady zego traktowania.
Tula opatrzya mu zranienia na przedniej apie, a pies
poddawa si wszystkim zabiegom z cierpliwĄ obojtnoŚ-
ciĄ. A raz, kiedy Christer wróci z kuchni, Sasza zaczĄ
nieŚmiao machaą ogonem. Uznali, e to naprawd dobry
znak.
Odbyli narad. Tomas stwierdzi, e postĄpili jak
szalecy, ale dziaajĄcy roztropnie. "Bardzo to do was
podobne, moi pomylecy", uŚmieehnĄ si czule.
Odpowiedzieli mu uŚmiechem.
- Ale na pewno ktoŚ widzia ci, Christerze, jak
staeŚ w drzwiach hotelu z psem w objciach - zauwa-
y Tomas.
- Tylko Amanda - zapewnia Tula. - A ona nic
nikomu nie powie.
- Sasza jest przecie taki may, e udao mi si schowaą
go za pazuch - wyjaŚni Christer. - Choą, co prawda,
moe wyglĄdaem doŚą nieforemnie.
Tomas chtnie przysta na wyjazd do Ramlosa wraz
z TulĄ.
- I dla was lepiej bdzie, jeŚli ja take wĄcz si
w spraw. Pamitam, który z lekarzy zajmowa si
MagdalenĄ Backman. A ty, Chtisterze, wiesz, co masz
robią, prawda?
- Tak. Dowiedzieą si w Norrtalje wszystkiego o ro-
dzie Backmanów.
- I o dziadku ze strony matki dziewczynki, starym
Molinie, królu Norrtalje - uzupenia Tula. - Miejmy
nadziej, e on jeszcze yje, jego informacje mogĄ byą dla
nas bezcenne. Chyba jest w stanie coŚ usyszeą albo
powiedzieą. Postaraj si z nim porozmawiaą.
- Tylko dyplomatycznie, pamitaj! - ostrzeg Tomas.
- Moecie mi zaufaą - zapewni Christer. - Jestem
chodzĄcĄ dyskrecjĄ.
Oboje rodziców naszed w jednej chwili gwatowny
atak kaszlu.
Tomas nakry doniĄ rk syna. Z trudem zachowywa
powag.
- I, Christerze, mój drogi... adnych eksperymentów
z magiĄ!
- Tylko w razie najwikszej potrzeby.
- Nawet wtedy nie - zakazaa Tula. - Cay czas daleko
mi do przekonania, e jesteŚ jednym z dotknitych. Jak na
razie nie przedstawieŚ mi adnego dowodu na swoje
twierdzenie.
- O, mógbym ich przytoczyą caĄ mas!
- Na przykad?
- No, na przykad... No... Ale mamo, zrozum. W mo-
im pokoleniu jesteŚmy tylko ja i Viljar. No i Viljar nie jest
dotknity, jego dziadek Heike zapewni nas o tym.
- Nigdy nic nie wiadomo - odrzeka Tula. - Przekle-
stwo moe objawią si na kadym etapie ycia.
- No waŚnie! Tak jak u mnie!
Tula westchna zrezygnowana.
- Wiesz dobrze, e Anna Maria i Kol jeszcze mogĄ
mieą dzieci. Nigdy dotĄd nie zdarzyo si, by ktoŚ z Ludzi
Lodu pozosta bezdzietny. ObciĄony dziedzictwem mo-
e urodzią si waŚnie im.
- Oni ju nie bdĄ mieli dzieci, sĄ przecie mae-
stwem od dwudziestu lat!
- Nie mów tak, cuda zawsze si zdarzay. Ja w kadym
razie ciesz si, e moesz si u nich zatrzymaą. Bd
spokojniejsza. Musisz mi wybaczyą, ale nie w peni ufam
rozsĄdkowi i doŚwiadczeniu yciowemu mego genialnego
syna. Oni ci przyjmĄ z otwartymi ramionami, jestem
o tym przekonana. yjĄ odizolowani od reszty rodziny.
Snuli plany a do chwili, kiedy oczy same im ju si
zamykay. Dopiero wówczas si pooyli.
Ale Tomas waŚnie wtedy wsta. Siad przy oknie
z pieskiem na kolanach, wpatrzony w budzĄcy si dzie.
Jego wraliwe palce gadziy szorstkĄ sierŚą.
ycie wyniszczyo Tomasa, mia tak ograniczone
moliwoŚci poruszania. WyglĄda na znacznie starszego
od Tuli, zaczĄ ju siwieą, a ból wyrzebi gbokie
zmarszczki na jego obliczu. Ale ostatnie dziewitnaŚcie lat
jego ycia byo takie szczŚliwe. Czsto apa si na
uczuciu zdumienia, e dla kogoŚ takiego jak on los by do
tego stopnia askawy, zetknĄ go z TulĄ i obdarowa
wspaniaym, penym fantazji synem.
Popatrzy na pieska, napotka jego ufne spojrzenie.
- Tutaj ci bdzie dobrze, zobaczysz - szepnĄ. - Tula
i Christer to najlepsi ludzie, jakich znam.
Sam Tomas take nie zalicza si do najgorszych.


Pod wieczór, kiedy zajci byli przygotowaniami do
podróy, Sasza nagle zaczĄ warczeą.
ZdĄy ju sobie wybraą ulubione miejsce: na szerokim
parapecie, tam gdzie jedynie cieniutka firanka zasaniaa
mu widok na Świat. Tomas podszed do okna.
- KtoŚ nadjeda, jakaŚ dama na koniu. Ale spójrzcie
tylko na Sasz, ten pies Śmiertelnie si czegoŚ boi!
Pies zeskoczy na podog i popiskujĄc, z podkulonym
ogonem, uciek i schowa si pod kanap.
Tula równie wyjrzaa przez okno.
- Ach, mój Boe, przecie to pani Backman! Jak
zdoaa nas tu wywszyą?
- Zabierzcie psa, szybko! - Tomas okaza przytom-
noŚą umysu.
- Christerze, zanieŚ go na gór. I poproŚ, by za-
chowywa si cicho!
Czy may psiak móg spenią takĄ proŚb? Christer
zanurkowa pod kanap, gdzie Sasza wcisnĄ si pod samĄ
Ścian i pooywszy uszy patrzy przed siebie ze strachem.
WyciĄgnĄ pieska stamtĄd i popdzi na gór po stromych
schodach.
Chwil póniej znów zszed na dó.
- Daem mu do zabawy mój stary kapeą. Natychmiast
rzuci si na zdobycz. No có, teraz wiemy, jakie jest jego
zdanie na temat pani Backman.
- Oby Bóg sprawi, by nie zaszczeka - mruknĄ
Tomas.
- Ale Saszy dobrze tu z nami - stwierdzia Tula.
- O, tak - przyŚwiadczy Christer. - Pozna nas
wszystkich troje i wyranie nam ufa.
Przysza pani Backman. Zaproszono jĄ do Środka, Tula
przedstawia jej swego ma i poprosia, by usiada.
Elegancka dama o obojtnych, zimnych oczach roze-
jrzaa si dokoa z wiele mówiĄcĄ kwaŚnĄ minĄ. Ten dom
najwyraniej odbiega od standardu, do jakiego przywyk-
a, bo odam Ludzi Lodu, z którego wywodzi si Arv
Grip i jego nastpcy, nie by bogaty. Wiele Świadczyo te
o tym, czym zajmuje si Tomas, na awie przy Ścianie
leay nie wykoczone skrzypki i tamburyny. Ale nie bya
to przecie rozpadajĄca si chaupa ndzarzy! Na Ścianach
wisiay przedmioty, o których pani Backman nawet si nie
Śnio. Prawdziwe skarby, zabytki kultury, przywiezione
przez Vendela Gripa z dalekiej Rosji i Syberii i przekazane
synowi Orjanowi, a nastpnie Arvowi Gripowi.
Tula staraa si zachowywaą elegancko i wyrazia
radoŚą, e wczorajszego wieczoru dane jej byo poznaą
pastwa Backmanów. JednoczeŚnie niezmiernie jej przy-
kro, e syn zachowa si tak gwatownie, ale ma nadziej,
e pastwo bdĄ skonni wybaczyą mu jego wybuch.
- T waŚnie spraw chciaam omówią - wyjaŚnia
pani Backman, starajĄc si okazaą yczliwoŚą. UŚmiech
jednak nie dotar do oczu. Moe obawiaa si zmarsz-
czek? - Ale widz, e si pakujecie? CzybyŚcie wyje-
dali?
Tula, której kamstwa przychodziy z najwikszĄ at-
woŚciĄ, pospiesznie wyjaŚnia:
- Tak, nareszcie uda nam si wyrwaą na troch
z domu, chcemy odwiedzią krewnych w Norwegii.
Tomas natychmiast jĄ zrozumia. By nie budzią podej-
rze, nie mona byo nawet wspomnieą o uzdrowisku
Ramlosa.
- O, to daleka podró - pani Backman najwyraniej
bya z tego doŚą zadowolona. - Ale przede wszystkim
przybywam tu, by wyjaŚnią co nieco waszemu synowi.
Dobrze rozumiem, e wczorajsze spotkanie musiao nim
wstrzĄsnĄą. Powiedz mi, prosz, gdzie spotkaeŚ t, którĄ
nazywasz MagdalenĄ Backman?
Tula, Tomas i Christer popatrzyli na siebie bezradnie,
ale uznali wreszcie, e w tej kwestii nie majĄ nic do
ukrycia.
- W uzdrowisku Ramlosa - odpowiedzia Christer.
Pani Backman opuŚcia powieki, by przypadkiem w jej
oczach nie odbio si, co myŚli. Wcale nie musiaaŚ tego
robią, pomyŚlaa Tula. W twoich martwych oczach i tak
na adne odczucia nie ma miejsca.
Kiedy dama rozwaya w duchu wszystko, powiedzia-
a:
- Wobec tego lepiej teraz rozumiem. Byo to dla nas
zagadkĄ, dziewczynka bowiem nigdy nie stykaa si
z obcymi. Ciko chorowaa.
Wcale w to nie wierz, pomyŚla Christer, ale wstrzy-
ma si od komentarzy.
- Bd z wami cakiem szczera - oŚwiadczya kobieta
o piknych, regularnych rysach twarzy i nic nie mówiĄ-
cych zimnych oczach. - RzeczywiŚcie osoba, którĄ spot-
kaeŚ, bya MagdalenĄ Backman, córkĄ mego ma. Ale
ona ju nie yje.
I jeszcze raz Christer pomyŚla: Nie wierz ci, ty
lodowy stworze, który skrywasz si za kamiennĄ maskĄ.
Zdawa sobie spraw, e bardzo pragnie, by jej sowa
okazay si nieprawdĄ, nie chcia przyjĄą do wiadomoŚci
tego, co mówi wyniosa dama.
- Nie yje? - powtórzy bezdwicznie.
- Niestety, to prawda. Miaa sabe zdrowie, sam jĄ
przecie widziaeŚ. Bya renicĄ w oku mego ma
i pustka, jaka powstaa po jej Śmierci, okazaa si dla niego
nieznoŚna. Odchodzi wprost od zmysów. W tym samym
mniej wicej czasie nasza modziutka krewniaczka stracia
oboje rodziców. Ona take ma na imi Magdalena.
PrzygarnliŚmy wic sierot do siebie i to uratowao mego
ma od szalestwa. Nikt nie moe zastĄpią jego praw-
dziwej córki, ale Magdalena, która mieszka teraz z nami,
jest mu wielkĄ pociechĄ.
- Ale macie pastwo jeszcze swojego wasnego syna
- powiedzia Christer.
Tula zerkna na niego z ukosa. Czy nie syszaa
przypadkiem w jego gosie jadowitej zoŚci?
- O, tak, oczywiŚcie mamy naszego maego synka
- przyznaa pani Backman. - Ale mój mĄ by szczególnie
mocno zwiĄzany z córkĄ.
Tak, ironia na twarzy Christera staa si teraz widoczna
dla wszystkich. Tula dobrze znaa swego syna i obawiajĄc
si kolejnego nieobliczalnego wybuchu, powiedziaa szy-
bko:
- To naprawd tragiczna historia, pani Backman.
Przykro mi ogromnie, e mój syn dotknĄ wczoraj tak
czuych strun, musiao to byą dla pastwa niezwykle
bolesne.
- Rozumiem jego oszoomienie - odpara dama i wsta-
a.
Odrzucia na poy tylko serdeczne zaproszenie Tuli na
filiank kawy. Czekaa jĄ duga podró do Linkoping,
a zapad ju przecie wieczór. W dodatku jej mĄ nic nie
wiedzia o tej wizycie, nie chciaa go jeszcze bardziej
niepokoią...
Kiedy wysza, odetchnli z ulgĄ.
- No có, to wszystko tumaczy - stwierdzi Tomas.
- Doprawdy? - wojowniczo podniós gos Christer.
- Doprawdy?
- Christer ma racj - oznajmia Tula. - Ta sprawa
brzydko mi pachnie. Jej wyjaŚnienia tak naprawd nicze-
go nie wyjaŚniy.
- WaŚnie - zgodzi si z matkĄ Christer. - Backman
miaby cierpieą po stracie córki? Niemoliwe. Magdalena
mówia, e traktowa jĄ jak powietrze. Nie móg jej
darowaą, e nie jest chopcem. Kiedy przyszed na Świat
jej braciszek, ojciec widzia tylko jego. Dla pana radcy
handlowego Magdalena w ogóle si nie liczya. Moecie
byą pewni, e to waŚnie on przysa do nas swojĄ on!
- Jej wizyta miaa najwyraniej na celu zamknieie ust
Christerowi - dosza do wniosku Tula. - MyŚl, e mĄdrze
postĄpiliŚmy, dajĄc jej do zrozumienia, e poknliŚmy
haczyk. I z jakĄ ulgĄ przyja wiadomoŚą o naszym
wyjedzie na koniec Świata, którym jak pewnie uwaa
jest Norwegia. Teraz przynajmniej zostawiĄ nas w spoko-
ju. Bóg jeden wie, co wymyŚliliby, gdyby byo inaczej.
Christer zadra. Lodowate oczy Backmanów Świad-
czyy o tym, e staą ich na wszystko.
- Ojcze, pamitasz, co opowiedziaem ci o Saszy?
Kiedy przechodzili obok mnie wczoraj wieczorem, sysza-
em, jak mówili, e muszĄ pozbyą si psa. Sta si zawadĄ,
nie by wart korzyŚci, jakie przynosi. To równie brzmi
doŚą tajemniczo, prawda?
- Owszem. Ale najwyraniej nie podejrzewaa, e
Sasza moe byą tutaj.
- Dziki Bogu, e nie zaczĄ ujadaą.
- Raz dobiegy mnie jego piski - wyznaa Tula. - Ale
tak ciche, e ona chyba nie moga ich usyszeą. W kadym
razie nie zareagowaa, a ja na wszelki wypadek podnios-
am gos.
- Pójd po niego - powiedzia Christer. - Ale i tak
pojedziemy, prawda?
- Tak - rzek Tomas powoli. - Tak, teraz trzeba
jechaą tym bardziej.
- OczywiŚcie - podchwycia Tula. - Bo nawet jeŚli
twoja Magdalena nie yje, powinniŚmy dowiedzieą si, co
si naprawd wydarzyo.
Christer poszed na gór, ciĄgnĄc nogi za sobĄ. Do
tej pory nawet przez myŚl mu nie przeszo, e jego
ukochanej przyjacióki moe ju nie byą wŚród y-
wych.
Teraz musia spojrzeą prawdzie w oczy.





ROZDZIA V


Dlaczego? Dlaczego tu jestem?
Czym sobie na to zasuyam?
Czy jest ktoŚ, kto o mnie pamita?
Nie wiedzĄ, gdzie jestem?
Sama przecie tego nie wiem.
Te straszne, paskudne Ściany, wysokie i takie ciasne jak
kana szybu.
Tylko mae okienko na samej górze. Na co mi ono?
wiato, które przez nie wpada, ledwie do mnie dochodzi.
Zniszczone drzwi, tak przetaajĄco brzydkie. Prawie stale
zamknite. Otwór, przez który wsuwajĄ to ohydne
jedzenie.
Nie mog si ruszyą. Zatche powietrze. Moje Śliczne
suknie, co oni z nimi zrobili? Okropny, sztywny chaat
drani mojĄ skór, kaleczy kark i szyj.
Dlaczego? Co takiego zrobiam?
Ta wiecznie zagniewana kobieta, która przynosi jedze-
nie i od czasu do czasu oprónia wiadro. Chyba mnie
nienawidzi, w kadym razie nie odpowiada na moje
pytania.
Gdzie jestem?
Zdarza si, e dochodzĄ do mnie dziwne dwiki.
Pacz, zwaszcza w nocy, i straszny Śmiech, który brzmi,
jakby nigdy nie mia si skoczyą.
Tak dugo ju tu jestem, tak bardzo dugo.
Nie ma nadziei.
Zrozumiaam, e takie bdzie moje ycie ju do koca.
Z poczĄtku pakaam.
Otwierali wtedy okno w drzwiach i wrzeszczeli:
"Zamilknij! Przesta wyą!"
Potem woaam i waliam piŚciĄ w drzwi. Ukarali
mnie, nie dajĄc jedzenia przez wiele dni.
I bya to cika kara, choą jedzenie tu takie wstrtne.
Póniej nauczyam si milczeą, panowaą nad sobĄ, by
si im nie przypominaą. Zapomniaam, e jestem ywĄ
istotĄ, która umie mówią. Teraz tylko przynoszĄ mi
jedzenie, poza tym ich nie obchodz.
Tak jest najlepiej.
Czasami wydaje mi si, e oszalej. Ta monotonia,
kiedy nic si nie dzieje. adnej nadziei na promyk
Świata, który by rozjaŚni panujĄcy w moim sercu
mrok.
Moje nogi sĄ takie chude, jakby zwide. Zaczam
chodzią tam i z powrotem po tym ciemnym pomiesz-
czeniu, eby cakiem nie umary.
I rce te mam cienkie jak patyki, ale nie mog zjeŚą
wicej tej ohydy, którĄ mi przynoszĄ w szaroburej wodzie.
Nigdy nie oŚmieliabym si zapytaą, co to jest. Ale czasami
dostaj chleb, zjadam go w caoŚci, choą jest twardy i bez
smaku.
Wosy... Mój Boe, ile bym daa za grzebie! Palce nie
wystarezajĄ.
Kiedy tu przybyam, ostrzygli mnie do goej skóry.
Pakaam. A teraz chciaabym, eby znów ogolili mi
gow. Wosy sĄ pene kotunów. I takie brudne.
Bardzo urosy, sĄ dusze ni kiedykolwiek.
Mój Boe, jak dugo ju tu jestem?
Jak dugo jeszcze bd musiaa zostaą?
Pacz rozsadza mi piersi, ale nie mog ju pakaą.
Wylaam wszystkie zy.
Dlaczego nikt si o mnie nie martwi? Ojciec i matka, co
si z nimi stao?
A ci inni, którzy tu krzyczĄ i paczĄ? WrzeszczĄ i ŚmiejĄ
si histerycznym Śmiechem? Kto martwi si o nich? Czy
kiedykolwiek ktoŚ do nich zaglĄda? JeŚli okazuje si im
tyle troski co mnie... To niewiele.
Tak dugo ju mieszkam przez Ścian z obcymi ludmi,
tylko o kilka okci od nich. Nic o nich nie wiem - ani jak
wyglĄdajĄ, ani kim sĄ.
Wiem jedynie, e cierpiĄ. Sychaą to w nocnej ciszy.
Có to za straszne miejsce! Kiedy si stĄd wydostan?
Jak mona tu zachowaą nadziej?
Sen...
Mam marzenie, którym mog si karmią. Wspomnie-
nie.
Spotkanie.
Byo takie krótkie, ale, ach! Jakie pikne. Najwaniej-
szy moment mojego ycia.
"Ach, ojcze! Ojcze, popatrz tylko! Czy widziaeŚ kiedyŚ
w yciu coŚ pikniejszego! Wydaje mi si, e jĄ kocham!"
Pamitam kade sowo.
"Nic si nie martw! Pomog ci, bo umiem czarowaą!"
Wychodzenie przez okno... "JesteŚ lekka jak piórko!
Co ty waŚciwie jesz? Pyek kwiatów?"
Mam dwóch przyjació.
Ciekawe, co si stao z moim wiernym towarzyszem
w domu? Czy on jeszcze yje? Czy sĄ dla niego dobrzy?
Znów popyny mi zy. Nie, nie wolno mi o nim
myŚleą, koniec ze zami, musz zachowaą spokój.
Inaczej nie przeyj.
Ale czy w ogóle chc przeyą, jeŚli tak ma wyglĄdaą
cae moje ycie?
Ta do, która trzymaa mnie za rk, taka gorĄca
i silna. Nadal jĄ czuj. "Czego si boisz?" "Nie wiem. Boj
si swoich snów." "MyŚl, e wcale nie snów si boisz,
lecz czegoŚ zupenie innego. W twoim yciu jest jakaŚ
mroczna plama.".
Tych kilka sów nadal budzi we mnie lk. SĄ przeraa-
jĄce, straszne!
"Czy nikt si o ciebie nie troszczy?" "Owszem, dziadek
jest dla mnie dobry. Ale on jest ju stary."
Ach, dziadek, kochany dziadek! Czy wie, e tu jestem?
By taki dobry, taki miy. Ale na pewno ju nie yje... On
by moim trzecim przyjacielem.
"Musisz byą bardzo samotna."
To nic w porównaniu z samotnoŚciĄ tutaj. Ona mnie
zniszczy.
Wtedy, przy oknie, ucaowa moje donie.
To bya najpikniejsza chwila w moim yciu.
Wspomnienie ogrzewa moje serce i ciao w zimne noce.
Czuj, jak przenika przez skór i owija mnie niczym welon
ze Świata i ciepa. Wtedy zauwaam, e na Świecie jest
lato, bo noce sĄ takie jasne. Wracam myŚlĄ do chropowa-
tych bali, do mokrej od rosy trawy, która ocieraa si
o moje stopy.
Wtedy chciaabym mieą lusterko, sprawdzią, czy jes-
tem doŚą adna, czy mog si podobaą.
Ach, móc pogadzią opalony policzek, ujrzeą zachwyt
w twych wesoych oczach i t zabawnĄ szczerb midzy
zbami, która tylko dodawaa ci uroku, nadawaa twarzy
charakter i wyraz.
Bogosawione wspomnienie, znów przemarzyam ko-
lejnĄ chwil. Co bym bez niego pocza?
Ale powrót do rzeczywistoŚci jest za kadym razem
równie bolesny.
Czasami nocĄ walĄ w moje drzwi - wtedy, kiedy
krzycz przez sen.
Senne koszmary... WciĄ niezrozumiae.
Pewnie nigdy si od nich nie uwolni.
Ile mog mieą lat?
Powinnam liczyą dni.
Ale skĄd mogam wiedzieą...
Boe! JeŚli moesz zajrzeą tu do mnie przez to mae
okienko... Spróbuj! Spojrzyj w dó, jestem tutaj! Oka mi
ask, taka jestem samotna. Pozostao mi jedynie dziwią
si i poddaą. Moje ycie upywa i nikt nie przychodzi.
Nikt.


Anna Maria i Kol Simon serdecznie przyjli Christera,
rzeczywiŚcie uszczŚliwieni wizytĄ krewniaka.
Christer zdumia si widzĄc, jak piknie mieszkajĄ.
Zapomnia, e ta gaĄ rodu Ludzi Lodu bya naprawd
zamona.
Byli waŚcicielami wspaniaego, eleganckiego domu.
Sprzedali gospodarstwo w Skenas w Sodermanlandii,
oboje piastowali wysokie stanowiska. Anna Maria bya
damĄ do towarzystwa hrabiny Evy Oxenstierna, z domu
Bielke, maonki bohatera wojennego Erika Oxenstierny,
a poza tym guwernantkĄ szlacheckich dzieci. Kol kiero-
wa wielkĄ manufakturĄ koo Norrtalje.
Dobrze im si powodzio, ale, jak sami mówili, nie
mieli tego, na czym zaleao im najbardziej.
A przecie oboje tak Świetnie potrafili porozumieą si
z dzieąmi.
Christerowi natychmiast przyszo do gowy, e powi-
nien wypowiedzieą kilka magicznych sów i obdarzyą ich
wasnym malestwem. Porzuci jednak t myŚl, bo przy-
pomnia sobie, e przecie obieca rodzicom, e nie bdzie
odprawiaą adnych czarów. Musi si z tym wstrzymaą do
chwili, gdy nadejdzie jego czas i dla caego Świata stanie
si jasne, e on jest najpotniejszym czarownikiem.
- Dlaczego nie porozmawiacie o tym z mojĄ matkĄ?
- zapyta. - A jeszcze lepiej z Heikem? On przecie zna si
na wszystkich czarodziejskich Środkach. Na pewno móg-
by wam pomóc.
- Nie moemy zawracaą mu tym gowy - odpara
zakopotana Anna Maria. - Heike kiedyŚ ju bardzo nam
pomóg. I wiesz, myŚl, e adna czarodziejska sztuka nie
pomoe na bezdzietnoŚą.
- Nie mów tak, nie mów - powiedzia Christer ze
ŚmiesznĄ dziecico-dorosĄ jowialnoŚciĄ. - I... nie musicie
si wcale baą, e urodzi wam si dziecko dotknite
przeklestwem.
Popatrzyli na niego ze zdziwieniem.
- Co chcesz przez ta powiedzieą?
Christer stara si przybraą min jak najskromniejszĄ.
- Hm... moe nawet ja sam mógbym wam pomóc,
gdyby mama nie prosia mnie, bym nie rozsiewa strachu
wŚród ludzi, okazujĄc me niezwyke zdolnaŚci.
Zapado milezenie.
- Czy ty...? Czy ty jesteŚ dotknitym w twoim pokole-
niu? - zapytaa Anna Maria zaskoczona.
Christer wzruszy ramianami.
- Tak si mówi. A ja nie zaprzeczam...
- Nigdy nie syszaam, by ktoŚ o tym wspornina.
JesteŚ tego pewny? Nie masz przecie adnych zewntrz-
nych oznak. Czy masz jakiekolwiek dowody na to, e
jesteŚ obciĄony zym dziedzictwem?
- Ach, cae mnóstwa! Mnóstwa! - Christer zatoczy
rkĄ jakiŚ nieakreŚlony krĄg. - Rozumiecie wic, e nie
macie si czego obawiaą, jeŚli chodzi o wasze wasne
dzieci.
- Wiesz chyba - odezwaa si Anna Maria zbolaym
gosem. - Wiesz, e powitalibyŚmy z radoŚciĄ kade
dziecko, nawet jeŚli byoby najciej dotknite, brzydkie
i okropne! OfiarowalibyŚmy mu caĄ mioŚą, jaka zebraa
si w nas przez te wszystkie lata daremnego wyczekiwa-
nia.
Kol pokiwa tylko gowĄ, z jego oczu bi smutek.
- Ach, to takie niesprawiedliwe! - wykrzyknĄ Chris-
ter. - To niesprawiedliwe, e nie macie dziecka! Akurat
wy dwoje, przecie jesteŚcie tacy... tacy wspaniali! Musz
koniecznie pomówią z Heikem.
UŚmiechnli si, wdziczni za jego mie sowa, ale
mona byo wyczuą, e nie wierzĄ w aden cud.
Christer uzna, e najwyszy czas zmienią temat. Opar
okcie na stole i pochyli si do przodu.
- A jakie jest wasze zdanie na temat moich planów
tutaj? Jakie mam moliwoŚci, by dowiedzieą si, co stao
si z MagdalenĄ Backman?
Egzotycznie ciemne oczy Kola spojrzay prosto w jego
twarz.
- Stary Molin yye, wiem a tym. Spotkaem go kilka
razy, bo jest waŚcicielem manufaktury, którĄ zarzĄdzam.
To zacny czowiek. To prawda, e jest teraz bardzo
zniedoniay, ale gow ma wciĄ jasnĄ. Wierz, e
postpuyesz susznie, Christerze. Angaowanie si caym
sercem w problemy sabszyeh to wszak zachowanie
typowe dla Ludzi Lodu. No i masz w tym swój malutki
osobisty interes, prawda? JeŚli wic chcesz, przedstawi
ci staremu Molinowi.
- Ach, stokratne dziki! - wylkrzyknĄ rozradowany
Christer. - Ale chyba powinienem postpowaą z nim jak
najostraniej?
- Staruszek potrafi wiele znieŚą - uŚmiechnĄ si Kol.
Ten uŚmiech musia kicdyŚ dziaaą na Ann Mari jak
prawdziwy dynamit, pomyŚla Christer. Kol nadal by
niezwykle pociĄgajĄcym mezyznĄ, o dziwnie brzydkopi-
knej twarzy i kolorycie, który wcale nie przyblad z wie-
kiem, jedynie na skroniach jakby osiad delikatny szron.
A Anna Maria, takie agadne stworzenie, noszĄce
w sobie tyle ciepa i mioŚci dla wszystkich...
Szkoda, wielka skoda... Naprawd musz pomówią
z Heikem.


W tydzie póniej zostali przyjci przez tego, który
niegdyŚ by najpotniejszym czowiekiem w caym mieŚ-
cie. Kol wezeŚniej przesa mu pozdrowienia, informujĄc
jednoczeŚnie, e jego mody krewniak Christer Tomas-
son, dobry znajomy wnuczki Molina, Magdaleny Back-
man, pragnie o niej porozmawiaą.
Natychmiast wyznaczono im audiencj.
Tak, bo bya to rzeczywiŚcie audiencja, inaczej nazwaą
si tego nie dao.
Przeszli przez rozlegy park, a potem suĄcy o nie-
przeniknionym wyrazie twarzy przeprowadzi ich przez
ogromny, wytworny dom. Christer zaoy swe najlepsze
ubranie, Kol take elegancko si wystroi.
Zaprowadzono ich na wielkĄ werand. Staruszek
siedzia skulony w fotelu, u jego boku staa pielgniarka.
SuĄcy zagrzmia gromkim gosem:
- Pan Kol Simon i pan Christer Tomasson, jaŚnie
panie.
Stary Molin nie by wcale szlachcicem, ale forma
"jaŚnie panie" bya jedynĄ, jakĄ mona byo zastosowaą
wobec niego.
Widaą byo, e czasy jego wielkoŚci jako czowieka
miny bezpowrotnie. Oczy mia zamglone, bardzo, a za
bardzo jasne, porusza si z trudem. Na stoliku obok leaa
trĄbka, którĄ przykada do ucha, by lepiej syszeą. Nadal
jednak ze starej, zniszczonej twarzy bia godnoŚą i do-
stojestwo. Christer odniós wraenie, e ten czowiek
doskonale wie, co mówi i robi.
Poprosi, eby usiedli przed nim tak blisko, by móg
ich widzieą i syszeą. Mówi niewyranie i trudno byo go
zrozumieą, choą stara si przemawiaą powoli i goŚno.
- Gdzie spotkaeŚ Magdalen, mody czowieku? SĄ-
dziem, e rodzice zabraniajĄ jej kontaktu z obcymi
ludmi.
- Spotkaem jĄ trzy lata temu w uzdrowisku Ramlosa,
jaŚnie panie - rzek Christer goŚno i wyranie. - Za-
chwyciem si niĄ od pierwszego wejrzenia.
Molin pokiwa gowĄ.
- Magdalena to czarujĄca dziewczynka. Tak, to praw-
da, bya kiedyŚ w Ramlosa razem z tym starym moczymor-
dĄ Juliusem Backmanem. Nie mog pojĄą, po co tam
pojechaa.
- Bardzo chciabym wiedzieą, jaŚnie panie, co potem
stao si z MagdalenĄ?
Musia powtórzyą pytanie.
Stary zasmuci si.
- Jej bezmyŚlny ojciec, którego staraem si odpowie-
dnio ustawią, ale wszelkie moje wysiki poszy na marne,
wbi sobie do gowy, e powinni przenieŚą si do
Linkoping.
- Kiedy to byo?
- Co? A, kiedy? Trzy lata temu, zaraz po powrocie
Magdaleny z Ramlosa.
Aha, pomyŚla Christer. To dlatego nie moga do mnie
napisaą. Ju wtedy musiaa nie yą. Moja maa dziewczyn-
ka o oczach jak dwa fioki! Jakie to smutne!
Ale ku jego wielkiemu zdumieniu Molin mówi dalej:
- JeŚli wic chcesz jĄ spotkaą, to jest w Linkoping.
Moesz dostaą adres...
Kol i Christer zdumieni popatrzyli po sobie.
- JaŚnie pan chce powiedzieą, e o niczym nie wie?
- wykrzyknĄ nieostrony Christer.
- Nie wiem? O czym takim? - ostro zapyta starzec.
- Ja... ja... - zaczĄ si jĄkaą Christer. - Nie wiem, jak
mam to powiedzieą! - zawoa przez trĄbk prosto do ucha
starego. - Czy jaŚnie pan jest doŚą silny, by przyjĄą bardzo
smutnĄ wiadomoŚą?
Popatrzy na stojĄcĄ obok pielgniark, która nie
wiedziaa, co ma robią.
- Co takiego? Co chcesz powiedzieą, chopcze? - Mo-
lin niecierpliwi si, z trudem wykona gwatowny gest.
Kiedy Christer nadal si waha, starzec wykrzyknĄ:
- Znios to, zapewniam! Dalej, mów!
Chopak odetchnĄ gboko.
- WaŚnie przyjechaem z Linkoping. Spotkaem
tam Backmanów i dlatego postanowiem odwiedzią
pana. Chciaem si dowiedzieą, co si stao z Mag-
dalenĄ. Bo u nich jest teraz inna dziewczyna, którĄ
take nazywajĄ MagdalenĄ. Ale to nie bya moja Mag-
dalena Backman.
- Co? Co takiego? Jak to wyjaŚnisz?
- Pani Backman powiedziaa... Boj si, e bdzie to
dla pana zbyt bolesne, jaŚnie panie, ale pani Backman
powiedziaa, e nasza Magdalena nie yje.
Molin siedzia nieruchomo jak skamieniay. Przypomi-
na jeden z kolosów Memnona, siedzĄcy posĄg równie
nieporuszony, równie niezgbiony jak one.
Wreszcie powoli, ale wyjĄtkawo wyranie rzek z gnie-
wem:
- Do diaba! Nic mi o tym nie powiedzieli!
Poczekali przez chwil, a staruszek przyjdzie do siebie
po wstrzĄsie. Jasne byo, e trzyma si tylko i wyĄcznie
dziki sile woli. Zdradzaa to twarz pozbawiona nagle
jakiegokolwiek wyrazu.
Kol powiedzia:
- Uwaam, e jaŚnie pan musi dowiedzieą si o wszyst-
kim, co pani Backman opowiedziaa Chrtsterowi po tym,
jak na wielkim oficjalnym przyjciu zawoa w gos, e
dziewczyna, którĄ mu przedstawiono, jest faszywĄ Mag-
dalenĄ.
Molin z uznaniem kiwnĄ gowĄ.
- Dobra robota! I co na to ta gŚ z wyszych sfer, którĄ
póniej poŚlubi Backman? Mam nadziej, e chopcu
naprawd udao si dokuczyą tym nic nie wartgm wydrwi-
groszom!
- MyŚl, e tak - odpar Kol. - Bo pani Backman
przyjechaa specjalnie do domu rodziców Christera, by
powiedzieą mu, e jej maonek tak ciko zniós utrat
córki, i musieli wziĄą do siebie innĄ dziewczynk o tym
samym imieniu.
- Ha! - wykrzyknĄ Molin, choą mówienie przy-
chodzio mu z takim trudem. Po udarze twarz mia
wykrzywionĄ w nieprzyjemnym grymasie. - Ten czo-
wiek nigdy nie troszezy si o mojĄ jedynĄ wnuczk.
- Dokadnie to samo mówia mi Magdalena! - zawoa
Christer. - Nigdy nawet na niĄ nie spojrza, nie lubi jej, bo
bya tylko dziewczynkĄ, a nie dziedzicem jego nie wiado-
mo jakiego majĄtku.
Molin z trudem wyciĄgnĄ rk.
- Masz mojĄ do, mody czowieku! O, tak, czuj, e
twoja jest mocna i uczciwa. Obaj kochaliŚmy Magdalen,
prawda?
- Tak, dlatego waŚnie zwróciem si do pana, bo
jaŚnie pan by jej jedynym przyjacielem. No i jeszcze
piesek, Sasza.
- Ach, ten may biedaczysko. Podarowaem go jej, ale
oni pewnie go ju uŚmiercili.
- Nie zdĄyli. WaŚnie miei zamiar to zrobią, bo kiedy
ja si pojawiem, sta si im tylko zawadĄ - powiedzia
Christer. - Na szczŚcie zdoaem go wykraŚą, przywioz-
em go ze sobĄ tu, do Roslagsbro. MyŚlaem, e... jeŚli
Magdalena...
Gos odmówi mu posuszestwa.
Staruszek uŚcisnĄ jego do. WestchnĄ gboko.
- SĄdz, e musimy spojrzeą prawdzie w oczy: nasza
Magdalena nie yje, Christerze. Czy wolno mi zwracaą si
do ciebie po imieniu, chopcze?
- Ale oczywiŚcie, bdzie mi bardzo mio. Ale, jaŚnie
panie, ja nie wierz, e ona nie yje. Nie mog w to
uwierzyą.
- Mój mody przyjacielu, jasne chyba, co si stao.
Magdalena umara, w jaki sposób, tego nie wiem, i Back-
manowie wpadli w panik. Ona jest mojĄ jedynĄ dziedzi-
czkĄ. Gdyby umara przede mnĄ, Backmanowie nie
dostaliby zamanego grosza. Ale gdyby mnie przeya,
ojciec moe pooyą rk na wielkiej fortunie. Praw-
dopodobnie odbierze jej cay majĄtek.
Christer zrozumia nagle wszystko z przeraajĄcĄ
jasnoŚciĄ. Opad na krzeso. Nie byo ju adnej nadziei.
Molin siedzia nieruchomo, zasoniwszy oczy domi.
Widaą byo, jak bardzo boleje nad utratĄ wnuczki.
Cisz przerwa Kol:
- A wic musieli znaleą innĄ dziewczyn, która
mogaby odegraą rol Magdaleny Backman. I pewnie
dlatego, by pan nie odkry oszustwa, przenieŚli si do
Linkoping.
- Naturalnie - odpar Molin zmczonym gosem.
- Wiem nawet, kim jest faszywa Magdalena. Faktycznie
ona take nazywa si Magdalena Backman, jest mniej
wicej równolatkĄ mojej wnuczki. To córka brata Back-
mana, tego nieznoŚnego rozpustnika Juliusa Backmana.
- Ach, jego - powiedzia Christer. - MyŚl, e on wiele
mógby nam wyjaŚnią. Ale, niestety, i on nie yje, prawda?
- Tak. Take od trzech lat.
Christer oywi si.
- Bardzo prosz, niech pan mnie posucha! Moi
rodzice pojechali waŚnie do uzdrowiska Ramlosa, eby
poszukaą jakiegoŚ Śladu.
- Oni take sĄ zaangaowani w t spraw? PomagajĄ?
- Moja matka nie moga znieŚą widoku pani Backman
- wyjaŚni Christer. - A kiedy ona kogoŚ nie lubi, nie
przebiera w Środkach. Ale to, co pan powiedzia, zgadza
si z drugĄ MagdalenĄ. Pani Backman mówia nam, e jej
rodzice umarli, dlatego oni wzili jĄ do siebie.
- Matka zmara jakoŚ wczeŚniej. Ach, jakie wszystko
stao si nagle smutne dla starego czowieka, który mia
w yciu tylko jednĄ jedynĄ radoŚą: nadziej, e wkrótce
znów ujrzy swĄ ukochanĄ wnuczk.
- Czy jaŚnie pan nie ma nic przeciw temu, bym jeszcze
troch powszy wokó tej sprawy? Bardzo chciabym si
dowiedzieą czegoŚ wicej o losie Magdaleny.
Starzec zwróci swe niedowidzĄce oczy na pielgniar-
k.
- Jak wyglĄda ten mody czowiek? Prosz mi go
opisaą.
- Jest bardzo przystojny, jaŚnie panie. I taki sym-
patyczny.
- Dzikuj, to mi wystarczy. Kolu Simonie, przy-
prowad chopca do mnie jutro o tej samej porze. Zjemy
obiad we trzech. A zresztĄ nie, we ze sobĄ swojĄ on.
Dzisiaj chc... chc...
- Rozumiemy - powiedzial Kol. - Trzeba mieą take
czas na zy.
Molin uŚmiechnĄ si ze smutkiem.
- Su wam wszystkimi informacjami, które mam,
i pozostawiam do dyspozycji wszelkie Środki finansowe,
jakie tylko mog wam ofiarowaą.
Podzikowali i opuŚcili go.
- A wic tak si sprawy majĄ - rzek Christer
stumionym gosem, kiedy szli przez otaczajĄcy dom park.
- To znaczy, e nie ma nadziei.
- Ja te si tego obawiam - odpowiedzia Kol.
- Wszystko wskazuje na to, e twoja Magdalena nie yje.
- Ale dlaczego? Jak to si mogo staą? Nie poddam si,
dopóki nie poznam wszystkich szczegóów i nie stan nad
jej grobem.
- Rozumiem ci, Christerze.
- Ale Backmanom nie ujdzie to na sucho.
- MyŚl, e o to si ju Molin postara. ZemŚci si na
pewno straszliwie. Przyjmijmy, e dziewczynka naprawd
umara, bya ponoą chora, jak zrozumiaem. Ale to, e
próbujĄ zagarnĄą caĄ jej fortun w taki sposób, dowodzi,
z jakimi ludmi mamy do czynienia. Uwierz mi, Molin te
ju do tego doszed. Nie chciabym byą teraz w skórze
nikogo, kto nosi nazwisko Backman.
Christer by zamyŚlony.
- Molin jest prawie Ślepy i prawie guchy i mierzĄc
zwykĄ ludzkĄ miarĄ, niewiele ycia mu jeszcze zostao.
ZapomnieliŚmy zapytaą go, czy spotka kiedykolwiek
nowĄ Magdalen, ale prawdopodobnie nigdy jej nie
widzia. Backmanowie liczyli pewnie, e gdyby doszo do
ich spotkania, staruszek nie odkryje rónicy, nie zorien-
tuje si, e to zupenie kto inny. Na wszelki wypadek
jednak uciekli stĄd, przeprowadzili si daleko, by nigdy
nie mia okazji spotkaą Magdaleny. Có za szczwane lisy!
Utrzymywaą "Magdalen Backman" przy yciu a do
chwili Śmierci Molina, tak by odziedziczya po nim cay
majĄtek i by oni mogli si w ten sposób wzbogacią!
- Nie mog zrozumieą tej faszywej Magdaleny
- stwierdzi Kol. - e te moda dziewczyna godzi si na
takie oszustwa!
- Najprawdopodobniej obiecano jej sporĄ sum pie-
nidzy.
- Pewnie masz racj. PomyŚl tylko, jaki skandal
wybuchnie, jeŚli uda nam si ujawnią ich postpki!
- O, tak, to pewne - odpar Christer przygnbiony.
aden z nich nie przypuszcza nawet, e mody Christer
wkrótce urzĄdzi jeszcze wikszy skandal. Niespodziewa-
ny, nawet dla niego samego.


Kiedy odeszli, stary wódz si zaama.
Pielgniarka, bardzo przejta jego stanem, postanowia
wezwaą doktora.
Molin lea ju wtedy w óku. Popatrzy na swego
lekarza, zdolnego i cenionego fachowca.
- Dobrze, e to pan przyszed, doktorze Ljungqvist.
Mój dawny lekarz domowy aplikowa mi tylko "coŚ na
sen". Przez cay czas yem jakby w mrocznym tunelu
midzy omdleniem a sennoŚciĄ. Tak nie mona na duszĄ
met. Paskie lekarstwa przynajmniej mnie oywiajĄ,
a w kadym razie to, co zostao z ludzkiego wraka.
- Staram si jak mog, jaŚnie panie - odpowiedzia
Ljungqvist. - Pielgniarka wspomniaa, e otrzyma pan
bardzo przykre wiadomoŚci.
- To prawda.
Doktor spodziewa si, e stary powie na ten temat coŚ
wicej, ale pacjent najwyraniej zatopi si we wasnych
ponurych myŚlach.
- Musimy zaradzią paskiej depresji. - Lekarz uŚmie-
chnĄ si krzywo. - WyjĄtkowo ja take mam ochot
zaordynowaą "coŚ na sen".
- Co takiego? Nie... nie chc. Prosz podaą mi coŚ
pobudzajĄcego.
- Ale to tylko zaostrzy myŚli.
- No waŚnie - odpar Molin.
- Ale...
- Prosz zrobią tak, jak mówi - podniesionym
gosem nakaza starzec w takim stylu, jakby zwraca si do
nieposusznego podwadnego.
- Jak jaŚnie pan sobie yczy - odpowiedzia doktor
Ljungqvist sztywno. Zawoa pielgniark. - Tutaj zo-
stawi panu zwyky wzmacniajĄcy lek, a po drugiej stronie
nocnego stolika poo proszek nasenny. Tylko bardzo
prosz o ostronoŚą. Wane, by pan si nie omyli. To
mogoby byą bardzo grone.
- OczywiŚcie, jeszcze wiem, co robi - mruknĄ
gniewnie staruszek. - Prosz mi wybaczyą, doktorze
Ljungqvist, trudno mi dziŚ wrócią do równowagi. Nie
jestem sobĄ. Bardzo jestem wdziczny za troskliwoŚą.
Doktor Ljungqvist, jasnowosy mczyzna w Średnim
wieku, uŚmiechnĄ si ze zrozumieniem. Mia adne,
wĄskie donie i szczupĄ twarz.
- Czy mam wrócią jutro rano?
- Zobaczymy. JeŚli to bdzie konieczne, wezw pana.
Doktor, opuszczajĄc dom Molina, powiedzia do
pielgniarki:
- Pilnie nad nim czuwaj, naprawd jest bardzo saby!
Najlepiej by byo, gdyby zay Środek nasenny, ale on jest
bardzo uparty. Co waŚciwie si wydarzyo?
Twarz pielgniarki wyranie si ŚciĄgna.
- Zachowanie posady w domu jaŚnie pana w ogrom-
nym stopniu zaley od umiejtnoŚei dochowania tajem-
nicy - odpara sucho.
- Ale oczywiŚcie, prosz mi wybaczyą. Jestem po
prostu troch zaniepokojony. Jego stan jest gorszy, ni si
to jemu samemu wydaje.
- To prawda, ostatnio nie czuje si dobrze. Ale siy
woli mu nie brakuje.
- Tak, to naprawd dzielny stary wojak.


Stary Molin wyciĄgnĄ w óku swe obolae ciao.
W imi czego mia teraz yą?
A gdyby tak zayą Środek nasenny doktora Ljungqvis-
ta? Cay na raz.
Koniec smutku. Nie bdzie Świadkiem, jak ciao
nieubaganie coraz bardziej widnie pomimo wszelkich
stara i jego, i doktora Ljungqvista.
O, nie! Nie pozwoli, by jego fortuna dostaa si
w szpony Backmanów. Niczym sobie na niĄ nie zasuyli.
Tak podle postĄpili wobec jego córki, spotykali si
w tajemniey za jej plecami, kiedy leaa chora. No tak, nie
mia na to adnych dowodów, sysza tylko plotki, ale one
musiay mieą jakieŚ podstawy.
I maa Magdalena! Po Śmierci matki prawie nie
pozwolono mu jej widywaą. Spotyka jĄ jedynie dwa razy
do roku, a przez ostatnie trzy lata nie widzia jej ani razu.
Musi yą dalej. Musi dowiedzieą si, co si stao
z wnuczkĄ. Zadbaą, by na jej grobie przynajmniej leay
Świee kwiaty.
Có to za dziwny chopiec, ten który go odwiedzi.
Christer Tomasson. Peen modzieczego zapau. Na pewno
zakocha si w Magdalenie! Molin Świetnie go rozumia, sam
uwaa, e jego wnuczka by a naprawd uroczĄ modĄ damĄ.
Taka podobna do swej matki, nie miaa w sobie nic
odpychajĄcego, adnej niesympatycznej cechy Backmanów.
Ach, mój Boe! Jak moesz pozwolią, sby stary czowiek
tak cierpia? Czy nie doŚą ju w yciu mnie spotkao? JeŚli
uwaasz, e powinienem odpokutowaą za ycie w subie
Mammona, to chyba dosyą ju mnie ukaraeŚ?
Pozwól mi przynajmniej yą dostatecznie dugo, bym
móg dowiedzieą si czegoŚ o losie, jaki spotka Magdalen.
I - wybacz zatwardziaemu grzesznikowi - pozwól mi
take zemŚcią si na Backmanach! Wiem, brakuje mi
pokory, choą caym ciaem czuj, e mój koniec jest ju
bliski.
Moja maa Magdalena...





ROZDZIA VI


Christer by tak podniecony, e siedzĄc w wielkiej
jadalni Molina bezustannie podskakiwa na krzeŚle.
Dziao si to nastpnego dnia po ich pierwszym
spotkaniu. Odwiedzili Molina we trójk, elegancko wy-
strojona Anna Maria siedziaa teraz po prawicy staruszka.
Tak piknie nakrytego do obiadu stou Christer nie
widzia nigdy w yciu. Na Śnienobiaym obrusie mieniy
si krysztaowe kieliszki, wypolerowane srebra i naczynia
z najdelikatniejszej porcelany. Bladoróowe, pokryte kro-
plami rosy róe w srebrnych wazonach dopeniay obrazu
wrcz artystycznej caoŚci.
Wraz z nimi do stou zasiad jeszcze jeden goŚą. Molin
przedstawi go, mówiĄc: "Mój przyjaciel, komendant
policji w Norrtalje. Jestem zdania, e tĄ sprawĄ powinna
si zajĄą waŚnie policja". W peni si z nim zgadzali.
Kiedy zaserwowano zup vichyssoise, podanĄ na kost-
kach lodu, komendant, patrzĄc na wiercĄcego si Chris-
tera, zauway:
- Wydaje mi si, e nasz mody przyjaciel ma coŚ
wanego do powiedzenia.
Molin odwróci si do Christera.
- Czy dowiedziaeŚ si czegoŚ nowego? Dlaczego nic
nie mówisz?
- Anna Maria prosia, bym siedzia cicho, dopóki
jaŚnie pan nie udzieli mi gosu.
Molin rozeŚmia si szczerze.
- A wic dobrze, udzielam ci gosu.
- Dzikuj! Owszem, mam nowe informacje! Jak
wiecie, moi rodzice udali si do uzdrowiska Ramlosa, by
tam poznaą wicej szczegóów. Dzisiaj otrzymaem od
nich list...
- O, to bardzo interesujĄce! Mów dalej!
Gospodarz zapomnia o jedzeniu, zbyt zajty by
trzymaniem trĄbki skierowanej ku Christerowi.
- Czy mam odczytaą cay list?
- Tak bdzie najlepiej. Poznamy dokadnie treŚą, nie
ominĄwszy adnego szczegóu.

Christer waha si.
- Napisaa go moja nzatka, a ona jest... hm... bardzo
bezpoŚrednia. W liŚcie peno jest wtrĄce, wykrzykników
i niedyskrecji.
- Czytaj od a do z, kady szczegó moe mieą jakieŚ
znaczenie. Co ona pisze?
- Brzmi to tak: Witaj, kochany sukinsynu! To taki nasz
art. ProwadziliŚmy kiedyŚ ostrĄ dyskusj i zdarzyo si jej
nazwaą mnie "you son of a bitch". Tak, tak, matka zna
angielski. A e to wyraenie ugodzio przede wszystkim
w niĄ samĄ, ŚmialiŚmy si z tego przez dobry tydzie. Ale
przejdmy dalej: Wierz mi, e jest nam tu po prostu wspaniale.
Ojciec ma najlepszĄ opiek, jakĄ mona sobie wyobrazią. No
i jeŚli chodzi o nasze Śledztwo, wywszyliŚmy to i owo.
A waŚciwie cae mnóstwo! Có to za wstrtne typy, z którymi
Ty i Twoja Magdalena si zadajesicie! Posuchaj tylko: Lekarza,
który rozmawia z dziewczynkĄ, nie ma ju tutaj. PrzyjĄ tylko
tymczasowe zastpstwo i wydaje si, e je sobie po prostu kupi.
Dyrekcja uzdrowiska bardzo si na nim zawioda. CzujĄ si
oszukani, bo prawie natychmiast porzuci prac.
A stryj Julius? Czy wiesz, co go spotkao? Jego powóz zawis
nad przepaŚciĄ, stryj wypad i zabi si na miejscu.
Christer opuŚci rk, w której trzyma list, i wrzasnĄ
prosto do trĄbki:
- To bardzo tajemnicze! Podwójnie tajemnicze, bo
Magdalena opowiadaa mi, e ju w drodze do Ramlosa
o may wos nie wpadli w przepaŚą. Ale wtedy sko-
czyo si na tym, e stangret musia spuŚcią si w dó
i pozbieraą kiebasy i szynki, który wysypay si z kosza
z jedzeniem.
- Dzikuj, chopcze, nie musisz tak goŚno krzyczeą!
- Christer by ogromnie wzburzony - odezwa si Kol
- kiedy po raz pierwszy przeczyta ten fragment listu.
Zawoa wtedy: "Ale to wydarzyo si w drodze do
Ramlosa!" SĄdz, e mona przypuszczaą, i wypadek
Juliusa Backmana zosta ju wtedy zaplanowany.
Molin i komendant policji pokiwali gowami.
- To rzeczywiŚcie interesujĄce - powiedzia staruszek.
- Ale czy czegoŚ tu nie brakuje?
- Ach, oczywiŚcie! - Christer ledwie nad sobĄ pano-
wa. - W drodze do Ramlosa byli w powozie obydwoje,
stryj Julius i Magdalena. Ale gdzie si podziaa dziewczyn-
ka, gdy wracali?
- Co pisze na ten temat twoja matka?
Christer podniós list.
- Tomas i ja natychmiast zareagowaliŚmy na wieŚą o wypad-
ku. Bo nikt ani sowem nie wspomnina o Magdalenie! OczywiŚcie
wypytaliŚmy dokadnie personel uzdrowiska i zgadnij, co nam
powiedziano! Nie mieli pojcia, co si stao z dziewczynka, bo
Magdalena i jej stryj opuŚcili Ramlosa w niedziel, a wtedy dyur
mia ten cholerny doktorek!
Prosz mi wybaczyą przeklestwo, moja matka nie przebiera
w sowach, a ja przecie miaem odczytaą wszystko.
- Naprawd nic nie szkodzi. Ludzie rzucali mi
w twarz gorsze obelgi, kiedy musieli ugiĄą si przed mojĄ
wolĄ, a ja triumfowaem.
- Chciaem zauwayą, jaŚnie panie, e niedziela bya
waŚnie tym dniem, kiedy i ja opuŚciem Ramlosa. I tego
samego dnia mój ojciec Tomas usysza pacz dziewczynki
i kogoŚ, kto na niĄ krzycza.
Molin w zamyŚleniu kilkakrotnie pokiwa gowĄ.
- Czy ten "cholerny doktorek" wspomnia coŚ o Mag-
dalenie?
- Mama pisze: Wydaje si, e nikt nie sprawdza, co stao
si z dziewczynkĄ. Wypadek mia wszak miejsce daleko od
Ramlosa. PytaliŚmy, rzecz jasna, gdzie si wydarzy. Podobno
gdzieŚ wŚród wysokich wzgórz w Smalandii. Spokojnie, spokoj-
nie, Christerze, oczywiŚcie zatrzymamy si tam w powrotnej
drodze i wypytamy okolicznych mieszkaców. W kadym razie
miy personel uzdrowiska móg nas odesaą jedynie do kartoteki
kuracjuszy. Zapisano tam, e Magdalena Backman i Julius
Backman zostali wypsani jednoczeŚnie, waŚnie w t niedziel.
Wypisani przez doktora Erika Berga. I nikt nie potrafi...
- Zatrzymaj si! - krzyknĄ Molin podniecony. - Po-
wiedziaeŚ: "Berg"?
- Tak.
Starzec milcza, a oni nie Śmieli przerywaą ciszy.
Podano gówne danie, najdeliikatniejszĄ piecze z wy-
szukanymi warzywami. Potrawa prezentowaa si jak
marzenie.
ZamyŚlony Molin nadzia kawaek misa na widelec,
ale nie woy go do ust, zamierza bowiem najpierw coŚ
powiedzieą:
- Berg... tak brzmi panieskie nazwisko drugiej ony
radcy handlowego Backmana. Tej wyniosej idiotki,
lodowatego potwora.
- Hmmm - komendant policji by tym faktem nie-
zwykle zainteresowany. - Zatem mamy do czynienia ze
spiskiem?
Anna Maria zapytala Molina:
- Moe jaŚnie pan wie, czy nowa pani Backman ma
w rodzinie jakiegoŚ lekarza?
- Ach, oczywiŚue. Miaem okazj spotkaą t nie-
przyjemnĄ kobiet zaledwie kilka razy, ale ona przez cay
czas powtarzaa tylko: "Mój kuzyn lekarz mówi tak, mój
kuzyn lekarz twierdzi inaczej..."
WtrĄci si Kol:
- W takim razie Magdalena musiaa go rozpoznaą?
- WĄtpi. Krewni owej pani mieszkali daleko stĄd,
w Skanii, a poza tym, jak ju wiecie, Magdalenie nie
wolno byo stykaą si z ludmi. Jedynie mnie od czasu do
czasu pozwalano z niĄ rozmawiaą.
- No, nareszcie mam jakiŚ konkretny Ślad - stwierdzi
komendant. - Musz odnaleą tego doktora Berga, sĄdz,
e nie bdzie to takie trudne. Dowiem si te, w jaki
sposób zmara maa Magdalena, co si wydarzyo tego
dnia w uzdrowisku i dlaczego nigdy póniej nie wspo-
mniano o niej w zwiĄzku z wypadkiem. Powiedz mi,
Molin, a co tobie powiedzieli o jej Śmierci?
- Nigdy przecie nie poinformowali mnie, e nie yje!
- Ach, wybacz mi, zapomniaem. ZachowujĄ si jak
gdyby nigdy nic z tĄ nowĄ MagdalenĄ. Prawdopodobnie
z niecierpliwoŚciĄ czekajĄ, a odejdziesz z tego Świata, by
dziewczynka moga odziedziczyą po tobie cay majĄtek.
Ale teraz koniec tego dobrego!
- Tak - potwierdzi Christer. - I musz przyznaą, e
w moim sercu na nowo zapona nadzieja. Jestem
w dostatecznym stopniu realistĄ, by przypuszczaą, e moja
nieszczŚliwa przyjacióka nie yje, ale dopóki nikt nie
ujrzy jej grobu, dopóki nie ma adnego wiarygodnego
dowodu na to, e Magdalena umara, zakadam, e ona
yje!
- Bardzo dobrze, mój chopcze - zgodzi si z nim
Molin. - Wszyscy musimy tak myŚleą. Bo jeŚli ona
naprawd yje, to zapewne jest jej bardzo ciko! Dlatego
trzeba si spieszyą!
Anna Maria jednak myŚlaa swoje. Trzy lata i ad-
nego znaku ycia od dziewczynki! To naprawd le
wróy.
Widziaa, e inni sĄ take podobnego zdania.
Wszyscy, oprócz Christera. W swej modzieczej
naiwnoŚci ywi nadziej na niemoliwe. Ale kiedy si
bardzo chce, mona znaleą wytumaczenie dla wszyst-
kiego.

Komendant policji wyruszy do Skanii. PragnĄ od-
wiedzią Tul i Tomasa i wspópracowaą z nimi. Zamierza
take odnaleą daktorsa Berga.
Z czasem planowa urwaą si do Linkoping i przyprzeą
Backmanów do muru. Na razie jednak byo na to zbyt
wczeŚnie. Nie mona ich wystraszyą, zanim nie bdzie
wiadomo czegoŚ wicej o losach Magdaleny.
Molin ogramnie si niecierpliwi, ubolewa, e osobiŚ-
cie nie moe podjĄą adnych dziaa. Ale Christer zosta
w okoicach Norrtalje, jak najbliej miejsca, gdzie ostatnio
mieszkaa Magdalena, i kadego dnia szczegóowo infor-
mowa staruszka, jak prasuwa si Śledztwo.
Chopak rozpoczĄ poszukiwania swej ukochanej od
odwiedzenia poprzedniego domu Backmanów, pooone-
go na poudnie od Norrtalje.
Okazao si, e ey on bliej Sztokholmu ni Norrtalje,
musia wic pojechaą tam powozem. Molin zaatwi to
jednym ruchem rki, dajĄc znak suĄcemu.
Powóz by pikny i wygodny, Christer uzna, e
podróuje iŚcie po królewsku. Siedzia wygodnie oparty
o wyŚcieane aksamitem oparcie i oczami chonĄ okolic.
Mia wraenie, e przemieszcza si lotem byskawicy
- troch co prawda trzsa - mijajĄc niedue chaty
i wielkie gospodarstwa. Wszdzie dookoa rozciĄgay si
Ąki i uprawne pola. Niebo byo wysokie, blkitne,
gdzieniegdie poakryte tylko maymi kbkami biaych
chmur, w powietrzu czuo si peni lata.
W dawnym domu Backmanów gospodarowali nowi
mieszkacy. Christer, wdrujĄc przez rozlegy park, myŚ-
la o tym, e po tych waŚnie Ściekach przechadzaa si
jego maa Magdalena, niespokojna i samotna, majĄc za
towarzystwo jedynie maego pieska, Sasz, którego pro-
wadzia na smyczy. A moe biega sobie wolno, ob-
wĄchujĄc zaroŚla i drzewa? Tego Christer nie wiedzia.
Celowo tego dnia nie zabra ze sobĄ Saszy, choą zwykle
pies nie odstpowa go ani na krok. Christer by z nim
wielokrotnie u starego Molina i Sasza poczu si tam do
tego stopnia u siebie, e raz nawet podniós nog przy
balustradzie werandy. SzczŚliwie nikt poza chopcem
tego nie zauway. Molin zwykle ze smutkiem gaska
pieska. Christet wiedzia, e w takich chwilach myŚli
starego wdroway zawsze ku ukochanej wnuczce.
Nowi waŚciciele domu Backmanów niewiele mu mieli
do powiedzenia, ujawnili jednak kilka istotnych szczegó-
ów. Stwierdzili mianowicie, e sprzeda domu odbya si
niewiarygodnie wprost szybko. Backmanowie sprawiali
wraenie bardzo zdenerwowanych, jak gdyby w popochu
pragnli wynieŚą si stĄd moliwie najprdzej. Nie, kiedy
przyszli oglĄdaą rezydencj, nie widzieli ich córki.
A kiedy to byo?
Trzy lata temu, w roku 1833. Odszukali stare doku-
menty i z kontraktu odczytali dokadnĄ dat.
Christer pokiwa gowĄ. Tak, to by si zgadzao,
Magdalena przebywaa wówczas w uzdrowisku.
Tak bardzo spieszyli si ze sprzedaĄ domu?
"A jaki powód opuszczenia tak piknej posiadoŚci
i rezygnacji z doskonaego urzdu w Sztokholmie poda
Backman?" - zapyta Christer nowych waŚcicieli.
"Radcy handlowemu zaproponowano Świetne stano-
wisko w kolegium handlowym miasta Linkoping" - od-
powiedzieli.
Có za bzdura, pomyŚla Christer. Wedug tego, co
mówi Molin, Backman po przyjedzie do Linkoping
musia zadowolią si znacznie niszĄ pensjĄ. A ich nowy
dom Christer widzia przecie na wasne oczy. Nie by
nawet w poowie tak wspaniay jak ten! Na pewno gdzie
indziej trzeba szukaą przyczyn.
Ucieczka. Ucieczka przed bystrym staruszkiem Moli-
nem. Innego powodu nie byo.
Podczas gdy Christer skada wizyt waŚcicielom
domu Backmanów, stangret Molina odwiedzi ich sĄsia-
dów. Kiedy znów spotkali si przy powozie, wymienili
zdobyte informacje. Wonica opowiedzia chopcu, e
choą wikszoŚą okolicznych mieszkaców wiedziaa, e
Backmanowie majĄ modziutkĄ córk, nikt prawie jej nie
widzia. Moe raz czy dwa w koŚciele. Taka blada
i nieŚmiaa dziewczynka.
To na pewno moja Magdalena, stwierdzi Christer.
Stangret, nie bez satysfakcji w gosie, opowiedzia, e
nikt nie aowa przeprowadzki Backmanów. Panowaa
powszechna opinia, e byli wstrtnymi snobami. Mieli te
doŚą pokane dugi!
Bardzo to zainteresowao Christera, zaczĄ wic wypy-
tywaą stangreta o szczegóy.
Tak, Backmanowie yli bardzo rozrzutnie, ponad stan,
ale dopiero po ich wyjedzie okazao si, e pozostawili
cae mnóstwo nie zapaconych rachunków. Stangret
z podstpnĄ radoŚciĄ poda wierzycielom nowy adres
Backmanów, bo, jak si okazao, nikt nie wiedzia, gdzie
szukaą duników. Kupiec i inni, którzy waŚciwie prze-
stali ju liczyą na odzyskanie pienidzy, dzikowali z wiele
mówiĄcym uŚmiechem.
Dobra robota, pochwali Christer.
Z poczuciem satysfakcji wracali do domu.
Kiedy wrócili, zoyli szczegóowy raport Molinowi.
- Biedne dziecko - westchnĄ staruszek. - Moja
biedna Magdalena! Staraem si przejĄą opiek nad niĄ po
Śmierci mojej jedynej córki, ale radca Backman patetycz-
nym tonem oŚwiadczy, e nigdy nie odda swego ukocha-
nego dziecka. A przecie dziewczynka nic a nic go nie
obchodzia! Interesowa go jedynie spadek, jaki miaa
otrzymaą. A ja wtedy byem ju po wylewie. Pierwsze
ostrzeenie otrzymaem, kiedy straciem córk, ale to byo
ju wiele lat temu. Udar nie by taki grony, doŚą szybko
odzyskaem siy. Ale potem nastĄpi kolejny. Cztery lata
temu. To on zrobi ze mnie wrak czowieka.
- Musi to byą bardzo cikie doŚwiadczenie dla tak
ruchliwego czowieka jak pan - zauway Christer. - Pa-
ski umys nadal jest jasny.
- Tak, najbardziej irytujĄce jest, e mog mówią tylko
powoli i musz patrzeą, jak bardzo niecierpliwiĄ si moi
rozmówcy. Nie, nie ty, mój chopcze, ty zdajesz si
Świetnie mnie rozumieą. I to, e nie mog si poruszaą tak
jak chc. To ogromnie upokarzajĄce. Ale teraz ty jesteŚ
moimi oczami i nogami, Christerze.
- To dla mnie wielki zaszczyt. Bd stara si najlepiej
jak potrafi, jaŚnie panie. Magdalena tak wiele dla mnie
znaczya. Przez tyle lat czekaem na jej list. Nie zrezygnuj
tak atwo.
Nie byy to wcale puste sowa. Christer bezustannie
wypytywa, wszy i przemyŚliwa wszystko od poczĄtku.
Czasami wydawao mu si, e dostrzega w mroku prze-
bysk Świata, ale ono prdko gaso. Pojecha do Sztokhol-
mu, do domu Juliusa Backmana, ale tam nie umiano mu
powiedzieą nic poza tym, e do domu przetranspor-
towano zwoki konsula. Czy podczas wypadku bya z nim
jakaŚ dziewczynka? Nie, o niczym takim nie syszeli. Brat
i szwagierka konsula okazali wiele serca, przygarniajĄc
córk konsula, sierot...
Christer rzeczywiŚcie napisa do Heikego. Wzburzony
niesprawiedliwoŚciĄ losu, który poskĄpi dziecka ludziom
tak tego godnym jak Anna Maria i Kol, zasiad i napisa
dugi, chaotyczny list. Nie omieszka te opowiedzieą
w nim historii swej zaginionej Magdaleny i choą wtrĄci to
niejako w nawiasie, by to jednak nawias doŚą dugi
i przepojony uczuciem.
Otrzyma wreszcie odpowied Heikego. Pisaa waŚ-
ciwie Vinga, bo Heike rzadko uywa pióra, najwidocz-
niej w tej mierze nigdy nie wyzby si kompleksów.
Odpowied bya duga, jak to zwykle bywao z listami
Vingi. Heike informowa, e przyjeda. Z wielu rónych
powodów. Po pierwsze by zdania, e rodzina musi
utrzymywaą kontakt, dlatego bardzo sobie ceni inic-
jatyw Christera. Poza tym od dawna ju planowa
odwiedzią Tul i Tomasa, bardzo mu byo przykro, e nie
móg przybyą na wezwanie Tuli wtedy, kiedy prosia go
o pomoc podczas choroby Tomasa. Teraz zajmie si
Tomasem, we dworach jest akurat troch spokojniej
i Vinga da sobie rad sama. Do pomocy miaa wszak
Eskila i Solveig, mieszkajĄcych w Lipowej Alei. Nie
mogli natomiast liczyą na pomoc modych chopców,
Jolina i Viljara. Jolin poŚlubi bowiem pann, która jako
jedyne dziecko miaa odziedziczyą gospodarstwo po
rodzicach, Jolin musia wic zaangaowaą wszystkie siy
tam. Wyrós na adnego, miego modzieca i wszystkim
sprawia wiele radoŚci.
Jak mogli si zorientowaą z listu Vingi, gorzej przed-
stawiaa si sprawa z Viljarem. Mia ju szesnaŚcie lat
i zachowywa si jak prawdziwy samotny wilk. Przekle-
stwo Ludzi Lodu nie ciĄyo nad nim, by zwykym
czowiekiem, ale przecie i wŚród takich zdarzajĄ si ludzie
szczególni. Viljar by maomówny, tajemniczy, zamknity
w sobie, usposobienie mia raczej melancholijne, zawsze
z gowĄ w chmurach. Nieodmiennie sam, przemierza
konno lasy i Ąki. Nie wiedzieli, jakie myŚli kbiĄ si
w jego gowie, i doszo wrcz do tego, e bali si prosią go
o pomoc. OczywiŚcie uczestniczy w pracach, kiedy byo
to niezbdne, ale dla wszystkich stao si jasne, e
gospodarowanie na wloŚciach to zajcie absolutnie nie dla
niego. Vinga próbowaa si z nim rozmówią, ale w od-
powiedzi otrzymaa jedynie ponure spojrzenie ciemnych
oczu. Spojrzenie to Świadczyo o niezwykej wprost
wraliwoŚci, ale nie powiedziao jej nic ponadto. Zaraz
potem znów wyjecha.
Jego rodzice, Eskil i Solveig, bardzo niepokoili si
o syna. Wydawao si jednak, e Viljara nic nie zdoa
sprowadzią na ziemi, upomnienia odnosiy skutek prze-
ciwny do zamierzonego.
Teraz jednak Heike odby z nim powanĄ rozmaw,
opowiedzia o swej podróy, a Viljar z kwaŚnĄ minĄ
obieca, e przynajmniej w czasie nieobecnoŚei Heikego
pomoe Vindze w zawiadywaniu Grastensholm.
Heike przyrzeka w swym liŚcie, e natychmiast wyru-
sza z Norwegii. Najpierw mia przybyą do Norrtalje, gdy
najwikszego poŚpiechu wymagao waŚnie spenienie
proŚby Christera. PrzejĄ si bowiem nie tylko bezdziet-
noŚciĄ Anny Marii i Kola, sprawa Christera take bardzo
go zaciekawia i pragnĄ dowiedzieą si czegoŚ wicej
o zaginionej Magdalenie. Nie by przekonany, czy uda mu
si pomóc Annie Marii i Kolowi, ale spróbowaą warto.
Póniej mia zamiar odwiedzią Tul i Tomasa.
- Mama bardzo si ucieszy - powiedzia Christer do
Anny Marii. - Tak bardzo niepokoi si o ojca.
Anna Maria uŚmiechna si ze smutkiem. Ten szaony
Christer! Niepokoi Heikego jej bezdzietnoŚciĄ!
Tego wieczoru jednak ona i Kol, splótszy rce,
siedzieli dugo nie kadĄc si spaą. WyglĄdali przez okno
na zapadajĄcy zmierzch i nie odzywali si do siebie ani
sowem. Christerowi, który mia wraenie, e znalaz si
jakby poza rodzinĄ, wydawao si, i w skupieniu od-
mawiajĄ modlitw do gwiazdy wieczornej.


Nastpnego dnia po otrzymaniu informacji od Heike-
go Christer oczywiŚcie wyruszy do Molina.
Ledwie zasta wprowadzany do ulubionega saloniku
staruszka, nie witajĄą si nawet, wykrzyknĄ uradowany:
- JesteŚmy ocaleni, jaŚnie panie. Heike przyjeda!
Z Norwegii.
- A kime jest ów Heike? Policjantem?
- Nie, to czarownik. Najpotniejszy ma Świecie.
Molin opanowa uŚmiech.
- Czy nie wspomniaeŚ kiedyŚ, e najpotniejsym
czarownikieml na Świecie jesteŚ ty sam? To byo chyba
w zeszym tygodniu.
Christer zaczerwieni si. Czy naprawd tak powie-
dzia? Tak, w istocie, teraz gotów by odgryą sobie jzyk.
- Moje umiejtnoŚci nadal pozastajĄ skryte przed
oczami Świata - odpar ze ŚmiertelnĄ powagĄ. - Ale Heike
potrafi wszystko. Absolutnie wszystko!
- Có on takiego robi? WyciĄga króliki z kapelusza?
- Nie, to przecie dziecinada. Heike jest prawdziwym
mistrzem magii. Jeszcze dwieŚcie lat temu sponĄby na
stosie. A przecie on jest taki dobry! Napisa, e zniknicie
Magdaleny bardzo go zainteresowao.
- Czy tylko z tego powadu przyjeda?
- Nie, waŚciwie przybywa, by zaradzią bezdzietnoŚci
Anny Marii i Kola. Zna cae mnóstwo prastarych tajem-
nych zaklą. A póniej bdzie si stara uleczyą mego ojca.
Bo Heike jest te doktorem. W Norwegii.
Molin w zderzeniu z takĄ naiwnoŚciĄ i modzieczym
zapaem z trudem zachowywa powag.
- Tak, ty i Anna Maria pochodzicie z niezwykego
rodu, wspominaliŚcie mi ju o tym. Jak nazywa si wasz
ród? Ludzie Lodowatego Oceanu?
- Ludzie Lodu. Heike jest gowĄ caego rodu. Nikt
z nas nie chce, by gaĄ rodziny, z której wywodzi si
Anna Maria, skomczya si na niej. Z naszego wielkiego
rodu pozostay tylko trzy gazie: moja, Anny Marii
i Heikego. Heike ma syna i wnuka, moja matka Tula,
która jest prawdziwĄ wiedmĄ, ma mnie. Tylko Anna
Maria nie ma dziecka.
- I to waŚnie ty nosisz w sobie owo czarodziejskie
dziedzictwo?
- Tak - odpar Christer z udawanĄ rozpaczĄ w go-
sie. - Ale na razie nikt jeszcze o tym nie wie, inaczej
ludzie mogliby si wystraszyą. Dziedzictwo to napraw-
d wielki ciar, ale byą jednym z wybranych to ogrom-
ny zaszczyt.
- Rozumiem. - Molin mia szczerĄ nadziej, e cho-
piec nie dosyszy w jego gosie z takim trudem skrywane-
go Śmiechu. - A... czy nie mógbyŚ zademonstrowaą mi na
jakimŚ przykadzie swych nadzwyczajnych umiejtnoŚci?
Choąby na najbahszym, tylko dla mnie?
- Z najwikszĄ przyjemnoŚciĄ - ucieszy si Christer.
- Prosz popatrzeą na Sasz. Samym tylko spojrzeniem
zmusz go, by pooy si i zasnĄ.
- To na nic, ja ledwie widz Sasz.
- Ach, oczywiŚcie, przepraszam! Co wic moemy...?
Na szczŚcie dla Christera akurat w tym momencie
wszed suĄcy z listem.
- Od komendanta policji - stwierdzi Molin. - SĄdz,
e powinniŚmy go najpierw przeczytaą.
- Ale naturalnie! - Christer jak zawsze by peen
zapau.
Chopiec z troskĄ przypatrywa si, jak niezgrabne
stare palce jego przyjaciela nieudolnie usiujĄ otworzyą
list. Nie byo wĄtpliwoŚci, stan Molina pogorszy si
znacznie od dnia, kiedy Christer ujrza go po raz pierwszy.
Twarz mia poszarzaĄ, ŚciĄgnitĄ, oczy zmatowiay,
jeszcze bardziej skurczy si w sobie.
Christer bardzo si tym przejĄ. Chcia, by staruszkowi
zostaa dana chwila szczŚcia przed ŚmierciĄ.
I nagle jak zwykle nie zapanowa nad sobĄ i wyrwao
mu si z gbi serca:
- Poprosz Heikego, by, jak przyjedzie, zbada i jaŚnie
pana.
- No, no - zaŚmia si Molin, ale jego oczy spoglĄday
ze smutkiem. - MyŚl, e chyba nie naley liczyą na cud.
Ale czy zechcesz przeczytaą mi list?
Christer zaczĄ czytaą na gos:
- Drogi Przyjacielu! Posuchaj tylko. Przybyem do uzdro-
wiska Ramlosa i spotkaem tu rodziców Chrirtera. Doskonale
nam si ze sobĄ wspópracuje. wszyscy ju teraz wiemy, e
uzdrowisko Ramlosa jest ze wszech miar szacownym przedsi-
wziciem i nikomu tutaj nic nie mona zarzucią.
Doktor Berg sprawowa tu zastpstwo jedynie przez kilka
tygodni. Mia doskonae referencje i wzorowo wywiĄzywa si
w tym krótkim czasie ze swych obowiĄzków.
Pochodzi z Kristianstad i, rzecz jasna, pojechaliŚmy tam.
Najpierw jednak zaatwiliŚmy wszystko do koca w Ramlosa.
Tula i Tomas, tak, tak waŚnie ich nazymam, to ludzie bardzo
bezpoŚredni, szybko zaczliŚmy sobie mówią po imieniu. Nic
dziwnego, e Chrirter jest takim miym chopcem, choą czasami
bywa byą moe zbyt swawolny.
Christer pokraŚnia, niezadowolony, e musi czytaą
o samym sobie.
- Tak wic, zanim przyjechaem, Tula i Christer zdĄyli
ju wypytaą wszystkich o t nieszczsnĄ niedziel, kiedy to Tomas
sysza pacz dziewczynki. Z dziennika wynikao, e w gómnym
budynku uzdrowiska przebywa wówczas tylko doktor Berg i dwie
pielgniarki.
OdnaleliŚmy jednĄ z nich, lecz ona niczego nie syszaa,
zajta kurajacjuszem w innej czŚci budynku. Druga pielgniarka
przestaa tu pracowaą, ale, jak si okazao, mieszkaa niedaleko,
wic Tula i ja pojechaliŚmy do niej. Przekazaa nam sporo
interesujĄcych informacji.
Owego dnia usszaa pacz dziewczynki, pobiega do gabinetu
doktora Berga, skĄd waŚnie dobiegay szlochy i wzburzone mskie
gosy...
- Mskie gosy? - sam sobie przerwa Christer. - To
znaczy, e byo ich wicej?
- Tak z tego wynika - odpowiedzia Molin. - Czytaj
dalej!
- Pielgniarka zapukaa, pytajĄc, co si stao. Doktor Berg
zaledwie uchyli drzwi i wyjaŚni, e to nic powanego, tylko jedna
z pacjentek dostaa nagle ataku histerii. Pielgniarka usiowaa
zajrzeą do Środka, ale pacjentki nie dostrzega, przed oczami
migna jej jedynie postaą rosego, utuczonego mczyzny, w któ-
rym rozpoznaa konsula Juliusa Backmana.
- Tak, to brzmi doŚą logicznie - orzek Molin.
- Pielgniarka musiaa odejŚą, a póniej nie widziaa ju ani
konsula, ani jego bratanicy. Tego samego dnia zostali wypisani
przez doktora Berga.
- Có za samowola! Ale to w niczym nie wyjaŚnia
zagadki Magdaleny.
- Tak, to prawda. Ale czytajmy dalej: Tula i ja
rozpytywaliŚmy jeszcze w sĄsiedztwie, Tomas natomiast zosta
w uzdrowisku, by tam dalej prowadzią Śledztwo. MieliŚmy sporo
szczŚcia, odnaleliŚmy wieŚniaczk, która mieszka tu przy
goŚcicu wiodĄcym na pónoc. Pamitaa, e tego dnia widziaa
przejedajĄcy odkryty powóz. Nie wiaa adnych wĄtpliwoŚci co
do daty, gdy poprzedniego dnia odby si pogrzeb jej ma.
W owĄ niedziel siedziaa przed domem rozpamitujĄc swój al
i z goryczĄ myŚlaa o wspaniaym ekwipau. W odkrytym
powozie poza stangretem siedzia tylko jeden jedyny pasaer. By
nim wielki, otyy mczyzna, ubrany na czarno, Wydawa si
elegancki i bogaty. Zapamitaa go waŚnie dlatego, e ona zostaa
sama i bez Środków do ycia.
- To musia byą Julius Backman - oŚwiadczy Molin.
- Zawsze ubiera si na czarno i nosi bardzo eleganckie
stroje. Ale to znaczy, e Magdalena nie wyjechaa z nim
z Ramlosa?
- Chyba nie. Przeczytajmy dalej: Okazao si, e nastp-
nego dnia, a wic w poniedziaek, doktor Berg porzuci prac
w uzdrowisku. Wymówi si wanymi sprawami rodzinnymi i po
prostu wyjecha, ku wielkiej irytacji zarzĄdzajĄcych, gdy
natychmiast musieli, szukaą nowego lekarza. Nikt, poza odwier-
nym, nie widzia, jak Berg opuszcza uzdrowisko. Odwierny
twierdzi, e doktorowi bardzo si spieszyo, nawet sowa nie
rzuci na poegnanie, tylko popdzi konia i zaraz zniknĄ.
- Czy by sam w powozie? - zapyta Molin. Sasza
wskoczy mu na kolana, staruszek pogaska go od-
ruchowo.
- Zaraz zobaczymy.
Na nasze pytanie, czy doktor mia jakiegoŚ pasaera,
odwierny odpar, e chyba nie, ale dobrze nie pamita,
bo przecie wydarzyo si to ju tak dawno temu.
- No tak, to zrozumiae.
- Kiedy jednak przyparliŚmy go do muru, przyponmia sobie,
e tylne siedzenie w caoŚci byo zasonite, jak gdyby doktor mia
tam wiele bagau przykrytego kocem. OczywiŚie mogo chodzią
o zupenie innego czowieka i zupenie inny powóz, odwierny
naprawd niewiele pamita.
- No i co? - niecierpliwie zapyta Molin. - Czy
natraflli na jakiŚ Ślad Berga?
- Tak, zaraz poiem najwyraniej wyruszyli do Kris-
tianstad - powiedzia Christer, który zdĄy ju po cichu
przeczytaą nastpny kawaek listu.
W Kristianrtad dowiedzieliŚmy si, e nie widziano go tu
od czasu, gdy wyjecha do Ramlosa, by podjĄą tam prac.
Póniej jednak przysa list do rodziny. Informowa w nim, e
zosta zatrudniony w lazarecie zakonu rerafinów m Sztokholmie.
Byo to mniej wicej dwa lata temu, póniej nie przesa ju
adnych wieŚci.
JesteŚmy zdania, e w Skanii zrobiliŚmy ju wszystko, kiedy
wic otrzymasz ten list, bdziemy ju w drodze na pónoc.
Wszystko bowiem wskazuje na to, e doktor Berg t waŚnie
drog obra, kiedy opuŚci uzdrowisko Ramlosa. Z MagdalenĄ
ukrytĄ w powozie, gotowi jesteŚmy to przysiĄc.
Molin skinĄ gowĄ.
- Pozostaje pytanie, czy bya wówczas jeszcze ywa,
czy martwa?
Zapada cisza. Odpowied nasuwaa si sama.
Christer oŚwiadczy z udawanĄ wesooŚciĄ:
- Moga byą gboko uŚpiona, jaŚnie panie. Berg by
przecie lekarzem. Nie wolno nam tracią wiary.
Dla obu by to jednak niezwykle trudny moment.
- Czy to ju koniec listu?
- Nie, jest jeszcze króciutkie postscriptum. Zaraz,
zaraz, napisano je tak maymi literami, e ledwie mog
odczytaą: Zapomniaem powiedzieą, e w drodze do Skanii
odwiedziem koŚcioy w Linkoping. W ciĄgu ostatnich trzech
- czterech lat nie pochowano tam adnej Magdaleny Backman.
Christer zoy list.
- MyŚl, e jest w tym jakaŚ nadzieja, prawda?
- Chyba tak - odpar Molin zamyŚlony.
Christer, ochrypy po goŚnym odczytaniu tak dugie-
go listu, powiedzia:
- Bardzo chciabym pojechaą do Sztokholmu, by
spotkaą ich tam i pomóc w poszukiwaniach, ale, po
pierwsze, Sztokholm to wielkie miasto, nie bdzie atwo
ich znaleą, zwaszcza e nie wiedzĄ, kiedy przyjad. A po
drugie, prosiem Heikego, by przyjecha do Kola i Anny
Marii. Powinienem oczekiwaą go wraz z nimi.
- Musisz take dotrzymaą mi towarzystwa - uŚmiech-
nĄ si Molin. - WnioseŚ tyle Świata w moje ycie, ty
i twoje czarodziejskie sztuczki!
Christer jednak nie uwaa wcale, by staruszek by
jakoŚ szczególnie oywiony.
Szczerze powiedziawszy, wyglĄda na umierajĄcego.
- A propos czarodziejskich sztuczek... - z byskiem
w oku rzek dziadek Magdaleny. - ObiecaeŚ, e mi jakĄŚ
pokaesz!
- Ale oczywiŚcie! - zawoa Christer z tym samym
wielkim entuzjazmem co zawsze. Rozejrza si dookoa.
- Zaraz zobaczymy... coŚ, co jaŚnie pan moe wyczuą
dotykiem... Ju wiem!
PrzesunĄ wazon z róami bliej rki starego.
- Bardzo prosz, prosz dotknĄą tej róy. Mog
sprawią, e zaraz zwidnie.
- A czy nie lepiej byoby, gdybyŚ znalaz zwidĄ ró
i na powrót tchnĄ w niĄ ycie?
Christer by tak przejty, e nie wyczu rozbawienia
w gosie Molina.
- Naturalnie, jaki ze mnie gupiec! O, ta róa ju
zwiesia gówk i widz, e opado z niej kilka patków.
Czy wystarczy, jeŚli sprawi, e znów si wyprostuje?
- O, tak, w zupenoŚci. Moesz te nie przyczepiaą
patków, które opady - rzek starzec dziwnie zduszonym
gosem.
- To Świetnie, bo zostay ju zmiecione - naiwnie
odpar Christer. - A wic zaczynam.
Ze ŚmiertelnĄ powagĄ uczyni kilka tajemniczych
gestów wokó biednej róy, która najpewniej nic z tego
nie moga pojĄą.
Nic si nie wydarzyo.
- To bardzo wyczerpujĄce - objaŚni Molinowi Chris-
ter i skupi si jeszcze bardziej, a pot wystĄpi mu na
czoo. - Nie, jakoŚ dzisiaj nie chce zadziaaą...
- O, czary wymagajĄ czasu, by nabraą mocy - rzek
Molin z powagĄ. SuĄcy prawie ju cakiem odwróci si
tyem, by nie byo widaą, jak zagryza wargi, starajĄc si
powstrzymaą Śmiech.
Stary Molin poprosi:
- Moe tymczasem wyjdziesz na werand i spraw-
dzisz, czy przypadkiem nie zanosi si na deszcz? Mam
ochot posiedzieą dziŚ troch na dworze, mój drogi.
Zdumiony, e róa nie zareagowaa na jego zaklcia,
Christer spuŚci gow i wyszed.
Molin natychmiast zwróci si do suĄcego:
- Wymie t zwidĄ tó na identycznĄ, tylko ŚwieĄ.
UmieŚą jĄ dokadnie w tym samym miejscu.
- OczywiŚcie, jaŚnie panie.
Pospiesznie wybieg do sĄsiedniego pokoju, by po-
szukaą podobnej jasnoczerwonej róy, a potem szybko
zamieni kwiaty. Kiedy Christer wróci, suĄcy sta ju
w swym zwykym miejscu, dyskretnie z boku:
- Nie, nie bdzie deszczu - uspokoi Molina Christer.
Nagle zatrzyma si, wpatrzony w wazon z kwiatami.
- Ona... ona...
Molin wyciĄgnĄ rk i dotknĄ waŚciwej róy.
- Och, naprawd! Jest cakiem jak Świeo zerwana!
- zawoa z niewyobraalnym zdziwieniem. - Chris-
terze! Nigdy nie spodziewaem si, e jesteŚ do tego
zdolny!
- I ja take nie - odpar Christer sabym gosem, gdy
jego silna wiara we wasnĄ magicznĄ moc przyblada nieco
na skutek niepowodze w ostatnich kilku latach. By tak
wstrzĄŚnity, e natychmiast musia usiĄŚą. WestchnĄ
wyczerpany: - To doprawdy fantastyczne, ile potrafi!





ROZDZIA VII


Podczas gdy Christer goŚci u Molina, do domu Anny
Marii przyby Heike Lind z Ludzi Lodu.
OsiĄgnĄ ju wiek szeŚądziesiciu dwóch lat, ale jak
wikszoŚą dotknitych z Ludzi Lodu zachowa modzie-
czĄ sylwetk, spzystoŚą ruchów i z powodzeniem móg
uchodzią za piądziesiciolatka. By teraz prawdziwym
pater familius Ludzi Lodu, gowĄ rodu, najstarszym synem
najstarszego syna od czasów Tengela Dobrego. Niewiele
dynastii mogo si poszczycią tak prostĄ liniĄ przez
stulecia: Tengel Dobry, Are, Tarjei, Mikael, Dominik,
Tengel Mody, Dan, Daniel, Solve i Heike. I linia ta wcale
si na nim nie koczya, bo by przecie jeszcze syn
Heikego Eskil i wnuk Viljar, który kiedyŚ take mia staą
si gowĄ rodu.
Anna Maria na widok Heikego nie posiadaa si
z radoŚci, choą jednoczeŚnie czua si nieco zakopotana.
- Ach, mój drogi - mówia bez tchu. - Mój drogi
Heike! Jak dobrze znów ci widzieą po tylu latach! Nic
a nic si nie zmienieŚ. Ale e ten nicpo Christer ŚciĄgnĄ
ci a tutaj! Taki szmat drogi! To naprawd nazbyt wiele
poŚwicenia!
- Mam kilka spraw, Anno Mario, a poza tym od-
czuwaem potrzeb, by wyrwaą si na troch z domu
i rozprostowaą koŚci. OdpowiedzialnoŚą za nasze trzy
dwory powoli nas wykacza. Drogi Kolu, jake si ciesz,
e znów ci widz. Nikt nie móg uczynią Anny Marii
równie szczŚliwĄ jak ty!
- Dzikuj za te mie sowa - uŚmiechnĄ si Kol. - Ale
to raczej ona uszczŚliwia mnie. A wic w dalszym ciĄgu
macie kopoty z utrzymaniem dworów? wietnie to
rozumiem, nam te byo ciko, a wreszcie postanowili-
Śmy sprzedaą gospodarstwo. A przecie mieliŚmy znacz-
nie wiksze zasoby, z któryąh mogliŚmy czerpaą, ni wy.
Pastwo jednak pochaniao je kawaek po kawaku.
- Oj, tak, tak - ze smutkiem pokiwa gowĄ Heike.
- SkĄd ja to znam! Ale teraz wszystko ju w porzĄdku?
- Naprawd dobrze nam si yje - wyzna Kol.
Kiedy Heike zosta ugoszczony wystawnym posikiem
i odpoczĄ po podróy, zasiedli przy winie w wygodnych
fotelach.
Heike w zamyŚleniu obraca swój kieliszek w doniach,
a wreszcie rzek z wahaniem:
- Christer wspomnia w swoim liŚcie...
- Ach, o to chodzi - przerwaa mu Anna Maria. - Nie
powinien by tego robią.
- Owszem, powinien. Ale teraz powiem wam coŚ
dziwnego. Miaem ŚwiadomoŚą, e nieatwo bdzie zara-
dzią bezdzietnoŚci. Dlatego zwróciem si z proŚbĄ
o pomoc do moich... doradców.
- Masz na myŚli naszych przodków? - cicho zapytaa
Anna Maria. Nastrój w pokoju si zmieni, jakby do
Środka wtargnĄ zmierzch, a cisza nagle zgstniaa.
- Tak - odpar Heike. Kol przysunĄ si bliej goŚcia.
Nigdy nie zapomnia cudów, jakieh Heike dokona
w Martwych Wrzosach.
- Zapytaem, czy mam jakĄkolwiek szans, by pomóc
Annie Marii i Kolowi, zrobią coŚ, by ta gaĄ rodu nie
wymara - mówi dalej Heike. - Szukaem rady, w jaki
sposób powinienem przystĄpią do dziea, które zioa
wybraą. Usyszaem zadziwiajĄcĄ odpowied.
Umilk na chwil.
- Ci, którzy pojawili si na wezwanie, uŚmiechnli si
tylko tajemniczo. A byli to Tengel Dobry, Dida, Wd-
rowiec w Mroku i Sol, cztery jake wane postacie.
A potem Tengel Dobry rzek spokojnie: "Biedna Anna
Maria tak dugo cierpiaa z powodu naszej decyzji. Ale
ktoŚ musia to wziĄą na siebie i wybór pad na niĄ".
- Co to ma znaczyą? - przerazia si Anna Maria, a Kol
nie zdoa ukryą zaskoczenia.
- Zareagowaem dokadnie tak jak wy - uspokoi ich
Heike. - Ale Tengel Dobry powiedzia mi: "Nic nie
musisz robią, Heike. Anna Maria i Kol ju spodziewajĄ si
dziecka".
Maonkowie zaskoczeni popatrzyli na siebie.
- Czy wyjaŚnili to bliej? - zapyta Kol zduszonym
gosem.
- Tak - odpar Heike. - Z poczĄtku nie mogem pojĄą,
co mieli na myŚli, ale w kocu ich zrozumiaem. Oznajmili
mi: "Dotychczas pokolenia Ludzi Lodu nastpoway po
sobie bardzo precyzyjnie. Na przykad ty, Heike, Vinga,
Gunilla i Ola przyszliŚcie na Świat mniej wicej w tym
samym czasie. Tak byo te i z waszymi rodzicami,
i z dzieąmi, Eskilem, AnnĄ MariĄ i TulĄ.
- Zgadza si - przyŚwiadczya Anna Maria. - Jak
daleko moemy signĄą pamiciĄ wstecz, dzieci w kadym
pokoleniu przychodziy na Świat prawie równoczeŚnie.
- No, waŚnie - potwierdzi Heike. - Tak byo a do
teraz, Anno Mario. Nagle jakby si coŚ zacio, wydawao
si, e jesteŚ pierwszĄ osobĄ rodu Ludzi Lodu, która nie
moe mieą dzieci. Oprócz Shiry, ale jej bezdzietnoŚą ma
inne przyczyny. Mój wnuk Viljat i Christer Tuli sĄ ju
prawie doroŚli i twoje dzieci, Anno Mario, powinny ju
byą w ich wieku.
- Moesz mi wierzyą, e brak potomstwa jest dla nas
obojga bardzo bolesny - szepna Anna Maria.
- Rozumiem. A1e duchy wyznay, e stao si tak za ich
sprawĄ. Jak stwierdziy: "Pokolenia muszĄ teraz wypaŚą
z rytmu, to niezwykle istotne dla rodu Ludzi Lodu".
- Nie rozumiem...?
- Zrazu ich sowa dla mnie take pozostaway niejas-
ne. Póniej jednak miaem czas, by si nad nimi za-
stanowią...
- Wytumacz nam - poprosi Kol, twarz nadal mia
bez wyrazu, jakby wyrzebionĄ z kamienia.
- Dobrze. A wic wiecie, co myŚl? Poniewa duchy
odeszy, nie mówiĄc nic wicej, to, co wam teraz powiem,
jest tylko moim przypuszczeniem. SĄdz, e ostateczna
rozprawa z Tengelem Zym bdzie wymagaą od nas
zgromadzenia nieprawdopodobnych wprost si. Podejmie
jĄ ów wybrany, obdarzony nadprzyrodzonymi mocami
w stopniu wikszym ni ktokolwiek inny. Ale byą moe
i on bdzie potrzebowa pomocy...
- Pomocy innego wybranego! - dokoczya myŚl
Heikego Anna Maria. - Równolatka, ale z poprzedniego
pokolenia!
- Do takiego waŚnie wniosku doszedem - powie-
dzia Heike.
Na twarzy Anny Marii odmalowa si strach.
- Nie chcesz chyba powiedzieą, e waŚnie moje
dziecko bdzie owym wybranym z poprzedniego pokole-
nia?
- Nie, o tym nic nie wiemy. Ale... Anno Mario, ani
Viljar, ani Christer nie przejawiajĄ najdrobniejszych na-
wet oznak niezwykych zdolnoŚci.
Kol uŚmiechnĄ si.
- Christer niezomnie twierdzi, e jest wybranym
i umie czarowaą. Nie zwaajĄc na niezliczone poraki,
uparcie tkwi w swoim przekonaniu.
Heike take si uŚmiechnĄ.
- Syszaem o tym.
- Ale jeŚli ani Viljar, ani Christer... - przeja si Anna
Maria.
- Niestety, tak - kiwnĄ gowĄ Heike. - Ale od dawna
ju chyba jesteŚcie przygotowani, e narodzi wam si
dziecko dotknite przeklestwem? Albo kolejny wy-
brany?
- Naturalnie - odpara Anna Maria. - JesteŚmy
gotowi ofiarowaą wszystko za potomka. Nawet moje
ycie, jeŚli okae si to konieczne.
- MyŚl, e tak le nie bdzie - stwierdzi Heike.
- Teraz ju sĄ dobre szpitale. Musisz przygotowaą
wszystko zawczasu, by znaleą si pod opiekĄ lekarzy we
waŚciwym momencie. Z pewnoŚciĄ pomogĄ ci, gdybyŚ
miaa trudnoŚci. Za nic w Świecie nie chcemy ci stracią.
Kol objĄ Ann Mari gestem penym ciepa i mioŚci.
Heike ciĄgnĄ w zamyŚleniu:
- MyŚl, e ów szczególny wybrany kae na siebie
czekaą jeszcze przez jakiŚ czas. Wiele jednak wskazuje na
to, e sytuacja si zaostrza. Pamitajcie, zarówno Tula, jak
i Eskil zbliyli si do Tengela Zego na bardzo niebez-
piecznĄ odlegoŚą.
- I Eskil take? - zdziwia si Anna Maria. - Ach,
rzeczywiŚcie, znalaz przecie flet Tengela Zego w Elda-
fjord.
- Tak, z pewnoŚciĄ taki by zamiar Tengela Zego,
chcia, by to Eskil odnalaz flet... - UŚmiechnĄ si.
- PrzyciĄganie poszukiwaczy skarbów to take podstpne
dziaanie naszego zego przodka. Do takiego waŚnie
wniosku doszliŚmy póniej. To Tengel Zy rzuca urok na
ich dusze, zmusza, by szukali skarbu Jolina. Gdyby im si
powiodo, tym samym odnaleliby flet, który wreszcie
obudziby Tengela Zego ze snu. Ale sam na siebie ukrci
bat - rozeŚmia si Heike. - Niepojtym zrzĄdzeniem losu
Jolin tkwi nadal w swej zrujnowanej twierdzy i zabija
wszystkich kolejnych Śmiaków. Doprawdy, le to si
skoczyo dla Tengela Zego! Có za ironia losu!
- A kim waŚciwie by ów pierwszy Jolin? - zapyta
Kol.
- Na razie tego nie wiemy, choą dobrze by byo...
Heike popatrzy na nich.
- Wydarzyo si coŚ jeszcze, o czym nie syszeliŚcie...
Anna Maria przerwaa mu, bo nagle coŚ zaŚwitao jej
w gowie:
- Ten parobek, który opowiedzia Eskilowi o skarbie,
rozpali w nim pragnienie, gdy chopiec mia dwanaŚcie
lat... czy chcesz powiedzieą, e by wysannikiem Tengela
Zego?
- Nigdy nie myŚlaem o tym w ten sposób! - Dla
Heikego w jednej chwili wszystko stao si jasne. - Uwa-
am, e masz racj, Anno Mario! To by najemny parobek
z rodzaju tych, co to przychodzĄ i odchodzĄ. Nikt inny
poza Eskilem go nie pamita.
Anna Maria uŚmiechna si nie bez dumy.
- Ale zaczĄeŚ o czymŚ mówią, a ja ci przerwaam.
Przepraszam!
- Nic nie szkodzi. Chciaem wam opowiedzieą
o czymŚ, o czym nigdy nie syszeliŚcie, mówiem o tym
jedynie Vindze. To zbyt straszne przeycie, by roz-
powiadaą wszystkim dokoa. SyszeliŚcie, e przywiĄzano
mnie do drzewa wówczas, gdy Tengel Zy wdar si
w mojĄ dusz i chcia zmusią mnie, bym wypenia jego
rozkazy?
- Tak - odpar Kol. - To byo wtedy, gdy znaleliŚcie
jego flet i zabraliŚcie go ze sobĄ.
- WaŚnie. Vinga okazaa doŚą rozsĄdku, by spostrzec
niebezpieczestwo. PrzywiĄzaa mnie do drzewa, zanim
zdĄyem zagraą na flecie i zbudzią ze snu naszego zego
przodka.
- A póniej wrzucili flet w ognisko.
- Tak, i to byo straszne. W tym momencie pozo-
stawaem cakowicie we wadzy Tengela i nie moecie
sobie nawet wyobrazią, co dziao si w moim wntrzu.
A póniej Vinga wezwaa Shir... Gdybym by swobodny,
zamordowabym wasnĄ on!
Anna Maria zadraa. Dopiero teraz w peni zro-
zumiaa, jak potna jest moc Tengela Zego, mimo e
przecie jeszcze nie obudzi si ze snu!
- A potem wydarzyo si to, o czym nie chciaem
mówią - ciĄgnĄ Heike. - Jak wiecie, krople jasnej wody
Shiry unicestwiy flet. To, co w tym momencie dziao si
w mojej duszy, ciĄgle jeszcze powraca jako koszmar.
Tengel Zy rozsierdzi si na mnie, bo nie speniem jego
Ąda. Miaem wraenie, e zmiady kadĄ koŚą w moim
ciele, w yy wla roztopione elazo, serce omal nie
wyskoczyo mi z piersi, walio szalonym rytmem. Gowa
pkaa, przed oczami wiroway snopy iskier, jakby ktoŚ
wbija mi sztylet w mózg. Cay staem si tylko bólem
i Śmiertelnym strachem. Najgorszy jednak by krzyk,
wrzask gniewu Tengela Zego, kiedy opuszcza mojĄ
dusz. Bbenki w uszach wibroway mi tak, jakby zaraz
miay pknĄą. Caa gowa pena bya owego nieludzkiego
krzyku, kada komórka ciaa wia si w bólu. Vinga
powiedziaa mi póniej, e oni niczego nie syszeli.
Potworny krzyk wŚciekoŚci trwa przez chwil, która
mnie wydawaa si wiecznoŚciĄ, wreszcie zaczĄ przyci-
chaą i w kocu rozpynĄ si w dali. Dopóki go syszaem,
wwierca si w moje uszy, ciĄ niczym ostrze noa, a
wreszcie straciem przytomnoŚą.
Heike umilk. OdetchnĄ gboko, zanim podjĄ wĄtek:
- Wiele doŚwiadczyem w yciu, o wiele wicej, ni
dane jest przeyą zwykym Śmiertelnikom, nic jednak nie
byo równie straszne jak zemsta Tengela Zego za to, e
pozwoliem si zwiĄzaą.
Zapada cisza.
- Doprawdy, ciesz si, e nie jestem w twojej skórze,
Heike - przerwa milczenie Kol. - Choą mao jest ludzi,
których podziwiabym tak jak ciebie.
- Dzikuj.
- Jednym z tych, których take szczerze podziwiam,
jest mój pracodawca, stary Molin - mówi dalej Kol.
- Ten czowiek wiele w yciu wycierpia. Mody Christer
ma zamiar prosią ci, byŚ mu pomóg, spróbowa wyle-
czyą...
Dugo rozmawiali póniej o burzy wywoanej przez
Christera, w której wszyscy brali udzia, o Molinie i maej
Magdalenie. Christer wróci do domu i niepomiernie
uradowa si widokiem Heikego. Rozmowa przeciĄgna
si do póna w noc. Ukadali plany, omawiali wszelkie
moliwoŚci uratowania Magdaleny, a w najgotszym
przypadku odnalezienia jej grobu. Christer mia im wiele
nowego do opowiedzenia, a im wicej mówi o tajem-
niczym zaginiciu Magdaleny, tym wiksze zainteresowa-
nie caĄ sprawĄ okazywa Heike. Obieca te zajrzeą do
starego Molina, bo, jak stwierdzi Kol, staruszek wart by
wysiku, albowiem w dniu jego Śmierci Norrtalje ponios-
oby naprawd wielkĄ strat.
Christer tak bardzo ucieszy si przybyciem Heikego,
e cakiem zapomnia o wielkiej nowinie, którĄ mia do
przekazania. A tak si z niĄ spieszy! Teraz, kiedy
rozmawiali o Molinie, niesamowite wydarzenie na nowo
odyo w pamici.
JĄkajĄc si z podniecenia, powiedzia:
- Wiecie co? Ja... czarowaem! To najprawdziwsza
prawda, mam na to dwóch Świadków. A wic nareszcie
nadszed mój czas! Spodziewaem si tego ju od dawna!
Sprawiem, e zwida róa na nowo oya!
Poniewa spoglĄdali na z obraliwym powĄtpiewa-
niem, wyjaŚnia dalej:
- Kwiat smtnie zwisa z wazonu, opado z niego
nawet kilka patków. Ale wypowiedziaem magiczne
zaklcie i kiedy wróciem z werandy, róa bya jak Świeo
zerwana! Tak, przysigam! Nawet patki jej odrosy! Nogi
si pode mnĄ ugiy na ten widok.
Heike spostrzeg, e w oczach Anny Marii i Kola
zapony iskierki nadziei. JeŚli Christer naprawd nosi
w sobie dzaedzictwa Ludzi Lodu, oni mieli szans na
cakiem zwyczajne dziecko!
Skierowa wzrok na niepoprawnego syna Tuli, które-
mu oczy byszczay radoŚciĄ, a na ustach wykwit czarujĄ-
cy uŚmiech, odsaniajĄc biae zby z wyranĄ szczerbĄ.
- Poka no mi si - rzek powoli.
Tak jak kiedyŚ podprowadzi Tul do okna, by
przyjrzeą si jej oczom, przytrzyma teraz lamp na
wysokoŚci twarzy Christera.
- Nie widz nawet przebysków ótego ani bodaj
zielonego - stwierdzi Heike. - Ale u twojej matki Tuli
take nie dostrzegaem adnych oznak, a nie byo wĄt-
pliwoŚci, e jest dotknita, choą ona, co prawda, za
wszelkĄ cen staraa si ukryą ten fakt. Ty natomiast
goŚno chwalisz si wszem i wobec swoimi zdolnoŚciami.
- Jak to si mówi, Christerze? - dobrodusznie uŚmie-
chnĄ si Kol. - Próna beczka brzmi goŚno?
Christer, uraony, zaperzy si:
- Nie jestem adnĄ prónĄ beczkĄ! PowinieneŚ by sam
zobaczyą t ró!
- Ja tylko artowaem - uspokoi go Kol. - Wierz ci.
- Ci twoi Świadkowie - odezwa si Heike z powagĄ
w gosie, ale nie patrzy Christerowi w oczy, by chopak
nie spostrzeg, jak bardzo go rozbawi. - Jednym z nich,
by rzecz jasna, Molin, a drugi?
- Jego suĄcy.
- Tak wic wróciliŚcie z werandy i ujrzeliŚcie, e
nastĄpi cud?
- Tak. To znaczy... nie. SuĄcy cay czas by w poko-
ju, widziaby wic, gdybym oszukiwa. A przecie wcale
nie miaem takiego zamiaru.
Heike i Koi wymienili znaczĄce spojrzenia. Czy ludzka
naiwnoŚą ma granice?
Christer jednak by tak podniecomy swoimi nad-
zwyczajnymi zdolnoŚciami, e nie widzia lasu spoza
drzew.
Mczyni powstrzymali si od komentarzy. Zachowa-
nie Christera byo wszak takie niewinne.


Tego wieczoru Anna Maria i Kol dugo leeli w óku
nie ŚpiĄc. Trzymali si za rce, wpatrzeni w suft, targani
na przemian nadziejĄ i zwĄtpieniem.
Wreszcie Kol cicho zapyta on:
- Jak sĄdzisz, czy istnieje bodaj cie szansy?
- Od dawna ju o tym myŚl - odszepna. - W ciĄgu
ostatnich kilku miesicy pojawiy si pewne zakócenia.
Jestem spóniona o kilka tygodni, ale sĄdziam, e to
przekwitanie. Ogromnie mnie to zasmucao. Koniec
marze.
- Przekwitasz, ty? Przecie nie jesteŚ taka stara!
TrzydzieŚci dziewią lat to aden wiek.
- Wkrótce bd miaa czterdzieŚci.
- To bez rónicy. A wic uwaasz, e to, co powiedzia
Heike, moe byą prawdĄ?
- Nie mam ŚmiaoŚci rozbudzaą nadziei. Ale jeŚli...?
SyszaeŚ, e Christer jest dotknity przeklestwem.
- Uwaam, e nie powinniŚmy temu zbytnio ufaą.
Christer wierzy we wszystko, w co chce wierzyą. Ale
zaakceptujemy dziecko bez wzgldu na to, czy bdzie
znieksztacone, ze czy te naznaczone blaskiem wy-
branych, prawda? Ofiarujemy mu caĄ naszĄ mioŚą.
- Tak. Dzikuj ci, Kolu, e tak przyjmujesz przekle-
stwo Ludzi Lodu.
Otoczy jĄ ramieniem i mocno ptzytuli do siebie.
- Wiesz przecie, e jestem wdziczny Ludziom Lodu,
bo ofarowali mi ciebie!
Kiedy Christer opuŚci dom Molina, staruszek,
wspomagany przez suĄcego, pooy si do óka.
Lekarz, doktor Ljungqvist, zoy mu codziennĄ wizy-
t.
PoddajĄc si zabiegom, Molin podniós zmczone,
póŚlepe oczy na wiernego suĄcego i powiedzia:
- To dobry chopak, prawda?
- Bardzo dobry - odpar suĄcy. - I tak si niepokoi
o naszĄ Magdalen.
- Wiesz sporo myŚlaem... o nim, o tym modziecu.
Czy bdziesz tak dobry i sprowadzisz jutro mego ad-
wokata? Chc zmienią testament, poczynią odpowiedni
zapis na rzeez chopca.
- To wielce askawe, jaŚnie panie. Powiadomi ad-
wokata. Czy jaŚnie pan raczy teraz odwrócią si do
doktora Ljungqvista, by móg pana zbadaą?
- No, jak si sprawy majĄ z tĄ starĄ ruinĄ, doktorze?
- JeŚli jaŚnie panu chodzi o jego szacowne ciao, to
stan si nie zmieni. Choą wydaje mi si, e mona
zaobserwowaą lekkĄ popraw.
- Co za nonsens! Czuj si tak parszywie.
- To normalne. Kuracja jest bardzo silna i z poczĄtku
samopoczucie zawsze nieco si pogarsza. Dobry znak, e
ciao reaguje na ten rodzaj lekarstw. Za kilka dni
zdecydowanie si poprawi, jaŚnie pan sam zobaczy. Ale
sĄdz, e powinniŚmy zwikszyą dawk. Albo... tak, mam
jeszcze inne uzupeniajĄce lekarstwo. Prosz zayą dwie
pastylki jutro rano przy Śniadaniu. Dzisiaj dosta pan ju
odpowiedniĄ porcj.
- Dobrze, dobrze, bd grzecznie ykaą te paskie
paskudztwa. Ale teraz jestem ju zmczony. Wybaczy
pan, doktorze.
Molin chcia zostaą sam, by w spokoju zaplanowaą
zmiany w testamencie na rzecz Christera. Teraz, kiedy
jasne si stao, e straci spadkobierczyni, chodzio mu
przede wsystkim o to, by fortuna nie wpada w szpony
Backmanów.
SuĄcy odprowadzi doktora do drzwi.
- Jaki jest waŚciwie stan jaŚnie pana? - zapyta
zaniepokojony.
Doktor Ljungqvist odpar z troskĄ w gosie:
- Duo gorszy ni przypuszcza. PrawdĄ jest, e
moe umrzeą dziŚ w nocy. Jedyna nadzieja w tej kura-
cji.
- Dzikuj za wszystko, doktorze Ljungqvist.


Komendant policji wraz z TulĄ i Tomasem przybyli do
lazaretu zakonu serafinów i wkroczyli do biura.
- Doktor Berg? - Dam w wykrochmalonym far-
tuchu zdumiao ich pytanie. - Nie ma u nas adnego
doktora Berga.
- To bardzo moliwe - cierpliwie tumaczy komen-
dant. - Móg ju zrezygnowaą z pracy. Ale czy byaby pani
tak askawa i sprawdzia, czy nie pracowa tutaj trzy lata
temu?
Z niechtnĄ minĄ zasznurowaa usta, ale z póki za
plecami wyciĄgna zapisanĄ ksig. Dugo jĄ kartkowaa.
W powietrzu unosi si zapach karbolu, nieodĄczy
element kadego szpitala.
- To nie takie atwe! - zaprotestowaa wreszcie, nie
wiadomo, do kogo si zwracajĄc. - O! Nareszcie mam!
Doktor Erik Berg zosta zatrudniony we wrzeŚniu roku
tysiĄc osiemset trzydziestego trzeciego, zgadza si. Zaraz
zobaczymy... - Dalej przerzucaa karty ksiĄki, mruczĄc
coŚ pod nosem: - Tu nadal jest wpisany, a tu ju nie.
- I znów wertowaa do tyu. - Nie mog si zorientowaą.
- Energicznie przekadaa kartki to w jednĄ, to w drugĄ
stron. - O, jest! Tu napisano, e zakoczy prac, jest
nawet data. Doktor Erik Berg zakoczy prac trzeciego
sierpnia tysiĄc osiemset trzydziestego czwartego, to zna-
czy dwa lata temu. Wydaje si, e powodem by zatarg
z ordynatorem.
- Czy zapisano, dokĄd si uda?
- A i owszem. Chcia objĄą stanowisko w szpitalu
w Uppsali dwudziestego sierpnia tego samego roku.
- Dzikujemy, serdecznie dzikujemy za pomoc.
Bez sowa wyciĄgna skarbonk, dajĄc do zrozumie-
nia, e "dzikuj" w tym przypadku absolutnie nie
wystarczy. Poniewa jednak pieniĄdze miay zostaą prze-
znaczone na szczytny cel, kade z nich wysupao co nieco.
NadĄsana dama poegnaa ich odrobin askawszym
uŚmiechem.
Znów znaleli si na ulicach Sztokholmu.
- Uppsala - westchnĄ Tomas. - No có, stĄd nie jest
tam tak bardzo daleko. Ruszamy od razu.
- Bez wĄtpienia jesteŚmy na jego tropie - stwierdzia
Tula. Oczy jej byszczay jak psu, który zwszy zwierzy-
n.
- Bardzo prosz, zapanuj troch nad swojĄ ĄdzĄ krwi
- uŚmiechnĄ si Tomas.
Byli teraz tak przejci, e jechali przez caĄ noc.
Zatrzymali si dopiero nad ranem, by konie mogy
wypoczĄą, a oni zdrzemnĄą si przez kilka godzin.
Podróowanie bardzo nadszarpno siy Tomasa, ale
nie chcia si do tego przyznaą. By tak bardzo uszczŚ-
liwiony, e osobiŚcie moe braą udzia w wanych
wydarzeniach.
Przemarznici od porannego chodu dotarli do Uppsali
i choą byo jeszcze nie po chrzeŚcijasku wczeŚnie,
skierowali si do szpitala.
Lecznica ta okazaa si znacznie mniejsza od lazaretu
zakonu serafinów. Nie byo tu miejsca dla zbyt wielu
pacjentów, myŚleli wchodzĄc do cichego hallu.
Pozwolono im na rozmow z lekarzem, który sprawia
wraenie bardzo wanego i bardzo zajtego, jak gdyby
wszyscy jego pacjenci nagle okazali si umierajĄcy i nikt
nie powinien mu zawracaą gowy i przerywaą nader
istotnych czynnoŚci.
- Doktor Berg? Berg? Nie mamy tu adnego doktora
o takim nazwisku.
- Strasznie niespokojny duch z tego Berga - mrukna
Tula. - CzybyŚmy musieli jechaą jeszcze dalej?
- No có - komendant policji zwróci si do lekarza.
- W kadym razie pracowa tu przez jakiŚ czas.
- To absolutnie niemoliwe - odpowiedzia medyk
surowo. - Nie pamitam nikogo o tym nazwisku.
Policjant jednak nie ustpowa.
- Dwa lata temu, dwudziestego sierpnia tysiĄc osiem-
set trzydziestego czwartego roku objĄ stanowisko, przy-
by wówczas z lazaretu zakonu serafinów.
WtrĄci si Tomas:
- Doktor Berg jest nieco modszy ode mnie, ma doŚą
jasne wosy, szczupej budowy. Z usposobienia raczej
chodny.
Lekarz nagle straci pewnoŚą siebie.
- Ten opis jak ula pasuje do... Czyby naprawd moja
pamią a tak szwankowaa? Prosz poczekaą, zaraz
sprawdz.
ZniknĄ. Kiedy pozostali sami w penym przeciĄgów
westybulu, Tula mrukna:
- Musimy odnaleą tego doktora Berga. Musimy, bo
on trzyma w rku klucz do rozwiĄzania caej tajemnicy.
Jest jedynym, który wie, co si stao z MagdalenĄ. Wie,
czy dziewczynka umara, i jeŚli tak, to w jaki sposób.
SĄdz te, e nie jestem daleka od prawdy, twierdzĄc, e
macza palce w nagej Śmierci konsula Juliusa Backmana,
prawda?
Tomas oderwa wzrok od portretów szacownych
zaoycieli szpitala, którymi obwieszono smutne Ściany.
- Konsul najwidoczniej wiedzia zbyt wiele. Podej-
rzewam jednak, e doktor Berg nie jest jedynym, który
zna tajemnic Magdaleny.
- Z pewnoŚciĄ maonkowie Backman te majĄ na ten
temat coŚ do powiedzenia - stwierdzi komendant policji.
- Wyprowadzili si przecie w popochu i byskawicznie
znaleli zastpczyni zaginionej dziewczynki.
- Bo chcieli zawadnĄą majĄtkiem Molina - uzupeni
Tomas.
- Nie mog tego pojĄą, musi si za tym kryą coŚ wicej.
Chodzi mi o to, e pani Backman, kuzynka doktora Berga,
jest tylko macochĄ Magdaleny i nie musi ywią dla
dziewczynki adnych ciepych uczuą. Ale Backman?
Rodzony ojciec Magdaleny? Jak moe dziaaą tak na zimno?
- Magdalena nigdy go nic nie obchodzia - przypo-
mniaa Tula.
- O, nie, jestem przekonany, e tak zimny nie potrafi
byą aden ojciec - wtrĄci Tomas. - Wszystko wic
przemawia za tym, e dziewczynka nie yje.
- Tak, to zrozumieliŚmy ju dawno temu - zgodzi si
policjant. - Ale i tak musimy wyjaŚnią okolicznoŚci...
Ciiicho, lekarz wraca.
Doktor niós w rku teczk penĄ szeleszczĄcych
papierów.
- Owszem, wszystko si zgadza, dwudziestego sierp-
nia trzydziestego czwartego roku rozpoczĄ u nas prac
pewien lekarz, ale bardzo szybko opuŚci stanowisko.
Dobrze go pamitam, zresztĄ opis Świetnie pasuje, to na
pewno on. Ale an nie nazywa si Berg...
- No, a jak?
- Przedstawi si jako Ljungqvist.
- O mój Boe! - wykrzyknĄ policjant.
Lekarz z alem rozoy rce.
- Niestety, nie wiem, co si z nim póniej stao.
- Ale za to ja wiem - odparowa zdenerwowany
komendant. - Dzikuj, doktorze. Szybko, moi drodzy.
Teraz trzeba si naprawd spieszyą!

Kiedy znaleli si ju w powozie, wyjaŚni:
- Doktor Ljungqvist to osobisty lekarz Molina. Mój
przyjaciel przechodzi kuracj przepisanĄ przez doktora
Ljungqvista, czyli Berga, i z kadym dniem wyglĄda coraz
gorzej!
- Aha - powiedziaa Tula z pozornĄ obojtnoŚciĄ.
- SĄdz, e teraz bardziej ni kiedykolwiek im si spieszy,
by doprowadzią do zgonu Molina przed ŚmierciĄ Mag-
daleny, o ile ona oczywiŚcie jeszcze yje, ale i tak majĄ
rezerw... Trzeba si spieszyą, bo ten nasz nicpo trafi do
domu Molina i poruszy cae to bagno. Doktor, który
oczywiŚcie nie moe zachowaą wasnego nazwiska, musi
byą zdecydowany na wszystko!
- Zwaszcza e Christer wszdzie chodzi z zaginionym
psem Magdaleny, którego faktycznie skrad Backmanom.
Có za grzzawisko!
- Bagno i grzzawisko - powtórzy pod nosem ko-
mendant, popdzajĄc konie. - Ale to dobre okreŚlenia.
Doo jeszcze od siebie "szumowiny".
RozeŚmieli si wszyscy troje, ale w ich Śmiechu
wyranie byo sychaą rozpacz.
- Ach, jak daleko do tego Norrtalje! - alia si Tula.
- Przybdziemy za póno!
- A tak daleko nie jest - uspokaja komendant.
- Sztokholm, Uppsala i Norrtalje tworzĄ trójkĄt o mniej
wicej równych bokach. Dojedziemy przed wieczorem.
- W tym czasie wiele moe si wgdarzyą.
- Zdaj sobie z tego spraw. Par rzeczy bardzo mnie
niepokoi. Nie wiemy, czy doktara Berga-Ljungqvista
poinformowano o tym, e Christer wie o oszustwie
z dwiema Magdalenami. Wiele jednak za tym przemawia,
na przykad pies. Backmanowie mogli te napisaą do
Berga o tym, co wgdarzyo si na przyjciu w Linkoping.
Po drugie Molin wspomnia mi, e jeŚli rzeczywiŚcie okae
si, i straci wnuczk, rozwaa umieszczenie Christera
w testamencie zamiast niej.
- CoŚ podobnego! - odezwaa si Tula niemĄdrze.
- To na razie by tyiko projekt. Ale jeŚli doktor Berg
o tym usyszy...! Molin moe poegnaą si ze Światem?
Tula egoistycznie zatona w marzeniach o tym, co by
byo, gdyby rzeczywiŚcie Christerowi spada z nieba taka
fortuna, nieprzeliczone dobra. Zaraz jednak, zawstydzo-
rza, oderwaa si od takich myŚli.
- Przepraszam - mrukna, a mczyni popatrzyli na
niĄ ze zdumieniem. - PomyŚlaam tylko o czymŚ. Czy nie
moemy jechaą szybciej?
- Owszem, nawet powinniŚmy - zgodzi si z niĄ
komendant. - Bo, niestety, niebezpieczestwo zawiso
nad jeszcze jednĄ osobĄ. Nad waszym symem Christerem.
Tula i Tomas pobledli.
W milczeniu jeehali dalej, zdjci straszliwym prze-
czuciem, e, niestety, na wszystko jest ju za póno.




ROZDZIA VIII


Stary Molin siedzia przy stole nakrytym do Śniadania,
ale jedzenie wyranie mu nie smakowao. Duba yeczkĄ
w jajku, ale nie mia ochoty ani na nie, ani na nic innego.
Specjalne lekarstwo doktora Ljungqvista, element ko-
skiej kuracji, która podobno miaa postawią go na nogi,
leao na osobnym spodeczku.
WestchnĄ. Tak wiele medykamentów przyjmowa
w ostatnim czasie i tylko gorzej si po nich czu. Na myŚl
o zayciu kolejnego robio mu si niedobrze.
Bdzie jednak musia poknĄą to Świstwo.
Musi wyzdrowieą ze wzgldu na Magdalen. Nikt
w rodzinie nie dba o t dziewczynk, która bya jego
oczkiem w gowie. Zabrali jĄ od niego i wywieli a do
Linkoping.
Ale to ju wtedy bya inna dziewczynka...
Magdaleno, gdzie jesteŚ, dziecko drogie? Kto si
o ciebie troszczy?
Niechtnie przysunĄ spodeczek.
W drzwiach stanĄ suĄcy. Na twarzy malowa mu si
nieodgadniony wyraz.
- Wizyta, jaŚnie panie. Czy mam wpuŚcią goŚcia?
- Kto tam znowu? - zapyta Molin zmczonym
gosem.
SuĄcy chrzĄknĄ.
- Nazywa si Heike Lind z Ludzi Lodu. Musz
powiedzieą, e wyglĄda... doŚą niecodziennie.
Heike? ąw podziwiany przez Christera czarownik?
Na ustach Molina zaigra leciutki uŚmieszek.
- Wprowad go tutaj.
Wypi yk porannej kawy.
Nagle zorientowa si, e coŚ przesonio cay otwór
drzwi od podogi do framugi. Podniós wzrok i dech
zaparo mu w piersiach.
Jego niedowidzĄce oczy niewiele mogy zobaczyą.
Dostrzeg jednak zarysy postaci.
Sta przed nim olbrzym o splĄtanych, czarnych, choą
prawdopodobnie przyprószonych siwiznĄ wosach
i oczach, które przypominay raczej óte Ślepia kota.
Choą Molin nie widzia wyranie, oblicze goŚcia przera-
zio go swojĄ nieziemskoŚciĄ, twarz przypominaa nie-
zdarnie wyrzebione figurki z drewna. Albo diabelskĄ
mask.
I te niesamowite ramiona!
Kolos przywita si uprzejmie, donoŚnym, jak przyka-
zali mu Kol i Christer, ale agodnie brzmiĄcym gosem.
Molin wyczu w nim delikatny smutek i mioŚą do ludzi,
z jakĄ nigdy dotĄd nie mia do czynienia.
- Prosz wejŚą - wydnsi z siebie wreszcie. - Prosz
siadaą, czy jest pan godny?
- Nie, dzikuj, dopiero co jadem Śniadanie.
- Przypuszczam, e u przemiej rodziny Simonów.
Tak, Christer opowiada mi o panu, panie Lind z Ludzi
Lodu. Ma pan w jego osobie gorĄcego wielbiciela.
Potwór uŚmiechnĄ si i cae jego oblicze zmienio si
w jednej chwili. Siedzia teraz na tyle blisko, e Molin
doŚtrzeg nawet rysy twarzy. Staruszek zaczyna troch
rozumieą t bawochwalczĄ wprost czeŚą Christera dla
Heikego.
- Christer jest taki impulsywny - powicdzia Heike.
- Ale to dobry chopak.
- O, tak, to prawda - rzek Molin ciepo. - Sysza pan
pewnie o naszych kopotach?
- Wiem o wszystkim. Proszono mnie take, bym pana
zbada. Tak, tak, ma pan naprawd oddanego przyjaciela
w Kolu Simonie. On twierdzi, e Świata nie staą na to, by
pan go opuŚci.
UŚmiechnĄ si nieco krzywo, chcĄc, by wszystkie te
pikne sówka nie zabrzmiay zbyt sodko.
- Mio to syszeą. - Molin, zrozumiawszy jego inten-
cj, odpowiedzia w podobnym stylu: - Choą musz
przyznaą, e nie zawszc byem anioem.
- Anio nie potraftby poradzią sobie z takim im-
perium interesów. Ale nie wiem, co na moje badame
powie paski lekarz. Nie chciabym wtrĄcaą si w nie-
swoje sprawy.
- Rozumiem. Ale doktor Ljungqvist przyjdzie dopie-
ro wieczorem, a czego oczy nie widzĄ... W dodatku musz
przyznaą, e nie jestem z niego zadowolony.
- Co panu aplikuje?
Molin gestem przywoa suĄcego i poprosi, by
przyniós wszystkie lekarstwa wchodzĄce w skad kura-
cji.
- Wydaje mi si, e mój stan od jego leczenia tylko si
pogarsza - wyzna Molin Heikemu. - Ale doktor twier-
dzi, e to normalne. Poprawa nastĄpią ma póniej.
Heike zmarszczy brwi. Jego reakcja nie usza uwagi
Molina, choą przecie dokadnie nie widzia wyrazu
twarzy goŚcia. Zachcio go to do dalszych wyzna:
- Poddaj si tej kuracji ju od wielu tygodni. Wczoraj
si poskaryem, a doktor stwierdzi, e uzupeni jĄ
nowym Środkiem. Da mi to tutaj. - Molin padniós
spodeczek. - Miaem zayą ten proszek teraz przy Śniada-
niu, ale poniewa nie mam apetytu, zwlekaem z tym jak
najduej.
Heike wziĄ do rki maleki opatek do lekarstw
i otworzy go. Przyjrza si biaemu proszkowi. Jedno-
czeŚnie wszed suĄcy i ustawi na stole caĄ bateri
rozmaitych mikstur i eliksirów.
Heike obejrza je wszystkie, wĄcha, poliza paec
i wziĄ odrobin na czubek jzyka, wreszcie wróci do
lekarstwa na spodku.
- adnej nazwy - mrucza pod nosem. - Same
numerki, a na flaszeczkach napis "wzmacniajĄce".
Kiedy wreszcie spojrza Molinowi w oczy, na twarzy
malowa mu si wyraz niespotykanej powagi.
- Nie wiem, co si tu dzieje - powiedzia zgnbiony.
- Ale nie wolno panu zayą z tego ani jednej kropli, ani
odrobiny proszku!
- Co pan chce pczez to powiedzieą?
- Ten tak zwany lekarz przez duszy czas systematy-
cznie stara si pozbawią pana ycia. Musi pan mieą
niebywale silny organim, jeŚli zdoa si oprzeą wszyst-
kim tytn próbom.
Molin i suĄcy patrzvli na siebie w milczeniu.
- CoŚ mi mówi, e sytuacja osiĄgna punkt kryty-
czny - ciĄgnĄ Heike. - Prasz spojrzeą na ten metali-
czny proszek na spodeczku! To boleŚnie zabijajĄca tru-
cizna. W ciĄgu kilku godzin ju by pan nie y, jaŚnie
panie.
SuĄcy odchrzĄknĄ:
- Prosz mi wybaczyą, e si oŚmiel wtrĄcią, jaŚnie
panie, ale kto w takim wypadku okreŚliby przyczyn
zgonu?
- Doktor Ljungqvist, rzecz jasna - pokiwa gowĄ
Molin z cikim westchnieniem. - Wczoraj wieczorem
wspomnialem, e mam zamiar zmienią mój testament na
korzyŚą mlodego Christera, a w kadym razie umieŚcią go
poŚród spadkobierców. Doktor Ljungqvist by przy tym,
a zaraz potem przepisa mi ten lek. Dlaczego to zrobi, nie
pojmuj, bo on przecie nie zosta wspomniany w tes-
tamencie. Najwidoczniej jednak coŚ si za tym kryje. Có
za szczwany lis! - szeptem dokoczy Molin.
- Prosz nie obraaą lisów - uŚmiechnĄ si Heike, ale
jego spojrzenie nadal wyraao powag. - Proponuj, by
pan natychmiast przekaza te trucizny, tak, bo wszystko to
sĄ trucizny, policji.
- OczywiŚcie, e tak waŚnie zrobi. Szkoda, e
mojego starego przyjaciela, komendanta policji, nie ma
w domu - westchnĄ Molin. - Ale mój wierny suga moe
natychmast iŚą na policj. I... najlepiej chyba bdzie
udawaą wobec doktora Ljungqvista, e nic si nie stao?
- Bez wĄtpienia! On na pewno z niecierpliwoŚciĄ
oczekuje na wiadomoŚą o paskiej Śmierci.
- Tej radoŚci niestety go pozbawimy - zdecydowanie
orzek Molin. - Czy zechce mnie pan teraz zbadaą,
doktorze Lind? Sprawdzią, jak wielkich zniszcze doko-
nay leki mojego doktora?
Pomogli Molinowi przenieŚą si do sypialni. Subie
wydano polecenie, by w razie gdy pojawi si doktor
Ljungqvist, pod adnym pozorem go nie wpuszczaa,
gdy "jaŚnie pan nie moe teraz nikogo przyjĄą". Niech
sobie doktor myŚli, co chce.
Heike dokadnie, od stóp do gów, zbada starego
czowieka.
- To przeraajĄce - szepnĄ zduszonym gosem. - Ta-
kie silne, zdrowe ciao, rujnowane systematycznie, dzie
po dniu.
- No, mimo wszystko dwukrotnie przeszedem wy-
lew.
- Ale po pierwszym stanĄ pan na nogi.
- Owszem.
Heike wyprostowa si.
- Byą moe bd móg wrócią panu czŚą dawnego
"ja". Zaczn od razu, od najprostszego. Czy jaŚnie pan
zechce uoyą si wygodnie? Prosz leeą spokojnie,
z zamknitymi oczami. O, tak.
Pozostali sami w pokoju. SuĄcy pospieszy na policj.
Molin czu donie Heikego nad swojĄ twarzĄ. Nie
dotykay skóry, pozostaway w pewnej odlegoŚci, czu
jednak promieniujĄce od nich ciepo. Coraz mocniej,
coraz intensywniej przenikao przez jego powieki. Ciep-
o, zmieniajĄce si w gorĄco, skierowane byo ku
oczom.
- Czy sprawiam panu ból? - rozleg si gboki
gos.
- Troch parzy - odpar Molin. - Ale wytrzymam.
Serce uderzao mu mocno. Nie pojmowa niczego,
zdumiony, jak szybko obdarzy penym zaufaniem t
niezwykĄ osobistoŚą. By wŚzak racjonalistĄ, z dziaalno-
Ści zawodowej wyniós przyzwyczajenie do myŚlenia
konkretnego, nigdy nie wierzy w nadnaturalne moce.
Takich jak Heike okreŚla zawsze jednym tylko sowem:
szarlatani.
Teraz jednak przesta odczuwaą wobec nich pogard.
Na pewno wiele sprawi strach przed ŚmierciĄ
i wstrzĄs, jakiego dozna poznawszy prawd o doktorze
LjungqviŚcie. NiewĄtpliwie take Christer przyczyni si
do tego, e stary Molin zaakceptowa Heikego, zagodzi
jego sceptycyzm. Czarownik, tak nazywa Christer swego
zadziwiajĄcego krewniaka. No tak, jeŚli rzeczywiŚcie
istnieliby czarownicy, powinni wyglĄdaą waŚnie tak jak
ten potwór.
Potwór, ale tylko z zewnĄtrz. Molin czu, e tak
naprawd jest przy nim wspaniay, peen zrozumienia
czowiek.
Strumie gorĄca pynĄcy ku oczom zaczyna stawaą si
nieznoŚny.
- Mam uczucie, e powieki zaraz mi sponĄ - zaŚmia
si niepewnie. - Tak jak suche liŚcie, kiedy wystawi si je
na dziaanie promieni sonecznych skupionych w kawaku
szka.
- To dobry znak. Prosz wytrzymaą jeszcze przez
chwil, zaraz kocz.
- Spróbuj - obieca udrczony Molin.
- Kiedy odsun rce, nic pan nie bdzie widzia.
Odniesie pan wraenie, jakby po dugim wpatrywaniu si
w soce wszed pan nagle do ciemnego pokoju. Przez
reszt dnia dokuczaą te panu bdzie silny ból gowy. Ale
to minie.
A potem? mia ochot zapytaą Molin. Nie odway si
jednak.
Nareszcie donie odsuny si od jego gowy, powiet-
rze mogo schodzią rozgrzane powieki.
- JeŚli pan chce, moe pan teraz otworzyą oczy, ale
ostrzegam, to bdzie bolesne.
- Chyba jeszcze si wstrzymam - stwierdzi Molin
sabym gosem. - SĄdziem, e nie jestem tchórzem,
ale...
Wszed suĄcy.
- Lekarstwa zaniesione, jaŚnie panie. Obiecali, e
zaraz wezwĄ aptekarza.
- Mam nadziej, e poprosieŚ o dyskrecj?
- Naturalnie. Jak si jaŚnie pan czuje?
- Dzikuj, w gowie sypie mi iskrami niczym w ku-
ni, ale najwyraniej tak byą musi. Czy mog ju otworzyą
oczy?
- Bardzo prosz - odpar Heike.
Molin z dreniem zauway, e w gosie olbrzyma
brzmi napicie.
Starzec powoli podnosi powieki. Jak powiedzia
Heike, nie widzia nic, choą przedtem móg dostrzec
kontury przedmiotów i ruch. Uprzedzono go jednak, e
tak waŚnie bdzie. W gowie dudnio mu, w uszach
szumiao, ponownie musia zamknĄą oczy.
SuĄcy wpatrywa si we z lkiem.
- Nie ma w tym nic gronego - zapewni Heike.
- MyŚl, e opuŚcimy pana teraz na jakiŚ czas, aby móg
pan wypoczĄą. Ale gdyby pan czegoŚ potrzebowa,
bdziemy w sĄsiednim pokoju. Wkrótce pan zaŚnie
i prosz mi uwierzyą, e tak bdzie najlepiej.
Molin tylko kiwa gowĄ, By oszoomiony, prze-
straszony i, co tu duo ukrywaą, zy, tak jak si
to czsto zdarza, kiedy czowiekowi dokuczajĄ silne
bóle.
Heike i suga wyszli. Usiedli w foteflach w salonie
i czekali.
- Czy jest szansa, e jaŚnie pan wyzdrowieje? - ostro-
nie zapyta suĄcy. - Czy mona naprawią wyrzĄdzonĄ
ciau szkod?
- Trudno mi powiedzieą - rzek Heike w zamyŚleniu.
- Ten drugi wylew mia bardzo przykre konsekwencje.
Ale on ma niesychanie silny organizm i jestem pewien, e
bd móg zaradzią przynajmniej skutkom ciĄgego za-
truwania go przez doktora.
- Wszgscy bylibyŚmy panu ogromnie wdziczni.
Niedugo po równym oddechu Molina poznali, e
staruszek zasnĄ gboko. Heike nie wspomnia, e to on
waŚnie uŚpi Molina.
W pokoju panowa przyjemny nastrój, wyczuwao si
przyja, zrozumienie i mioŚą bliniego.
- Mog posiedzieą przy nim przez par godzin - Hei-
ke, jak zawsze uprzejmie, zwróci si do suĄcego.
- Póniej moe mnie pan zastĄpią albo, jeŚli pan woli,
moemy zrobią odwrotnie.
- Dzikuj - odpar suga. - Na pewno jakoŚ sobie
wspólnie poradzimy.
Heike wyczu spokój pynĄcy od suĄcego, ulg, e
ktoŚ naprawd zaufany odciĄy go w obowiĄzkach.
Molin mia w nim naprawd wiernego przyjaciela.


Po poudniu najpierw pojawili si Kol i Christer
z nieodĄcznym SaszĄ, plĄczĄcym si im pod nogami,
a wkrótce nadciĄgnli z haasem komendant policji, Tula
i Tomas.
Innymi sowy, zanosio si na wielkie rodzinne spot-
kanie. Nie byo jednak czasu na orgie powita, jedynie
Sasza nie skrywa niepohamowanej radoŚci na widok Tuli
i Tomasa.
Wszyscy troje ledwie mogli mówią z podniecenia.
- Doktor Ljungqvist... - wyrzuci z siebie komen-
dant.
- Co takiego doktor? - zapyta Heike.
- To waŚnie doktor Berg!
Na par chwil zapado miiczenie.
- Kuzyn pani Backman? Ten, który zajmowa si
MagdalenĄ w uzdrowisku?
- Ten sam.
I znów milczenie.
- A wic to tak! - jednoczeŚnie wykrzyknli Heike
i suĄcy. - A zatem wszystko skada si w caoŚą!
- Co takiego? - zapytaa Tula.
Heike odpowiedzia:
- Doktor Ljungqvist od duszego czasu usiowa
otruą Molina. Wczoraj wieczorem zdecydowa si na
ostateczne posunicie, da mu ŚmiertelnĄ trucizn. Przeka-
zaliŚmy jĄ paskim ludziom, komendancie. Zwrócili si
o pomoc do aptekarza.
- Doskonale! Dobrze wiedzieą, e beze mnie take
potrafiĄ myŚleą. Wiemy wic, na czym stoimy. Co
zrobimy teraz?
- Zaczekamy, a Molin si obudzi - odpar Heike.
- Próbowaem... przeprowadzią zabieg. Nie wiem, czy si
powiód.
- No, a póniej chyba powinniŚmy zajĄą si Ljung-
qvistem.
- Nie wiem - z namysem powiedzia Heike. - Wierny
suga pana Molina i ja omawialiŚmy dalsze posunicia, ale
wtedy nie wiedzieliŚmy jeszcze, e to Berg. Jak sĄdzicie,
czy nie lepiej byoby rozesaą wiadomoŚą, e jaŚnie pan
ley na ou Śmierci, nadeszy jego ostatnie chwile i po raz
ostatni pragnie ujrzeą wnuczk? Tym samym sprowadzili-
byŚmy tu równie Backmanów, bo oni na takĄ wieŚą
stawiĄ si na pewno.
Komendant policji dugo si zastanawia:
- Tak, to nie jest wcale gupi pomys. Ale nie mogĄ
zastaą tu Christera i psa. Chopiec sam jest w niebez-
pieczestwie.
- Dlaezego?
- Poniewa doktor Ljungqvist-Berg by obecny
w chwili, gdy pan Molin wspomnia, i pragnie zmienią
testament i zapisaą majĄtek chopcu.
- O, to niedobrze. Ale pojmamy tego oszusta, zanim
zdĄy dopuŚcią si kolejnych bezecestw.
- Zaraz, chwileczk - powiedzia Christer, siedzĄcy na
krzeŚle z psem na kolanach. - To, co mówicie o zapaniu
tych ludzi, jest z pewnoŚciĄ istotne, ale zapominacie
o najwaniejszym.
Popatrzyli na niego pytajĄco.
SpuŚci wzrok.
- O Magdalenie - powiedzia cicho.
- Przez cay czas o niej myŚlimy - wtrĄcia si Tula.
- Chopiec ma racj - przyzna Heike. - Przede
wszystkim musimy dowiedzieą si, co si z niĄ stao.
PostpujĄc zbyt pochopnie moemy zaprzepaŚcią wszel-
kie szanse odnalezienia dziewczynki. StanĄ si bardziej
czujni i zamknĄ usta na zawsze.
- Przecie tak waŚnie jest i bez tego - stwierdzia
Tula. Jak zwykle ubrana bya na zielono, gdy ten kolor
podkreŚla barw jej oczu, z czasem coraz bardziej
przybierajĄcĄ ów przeklty charakterystyczny odcie.
- Heike, czy nie moesz si czegoŚ dowiedzieą? Czy
dziewczynka jeszcze yje, czy ju nie?
- To bardzo trudne - odpar Heike zamyŚlony. - W ta-
kim razie musz...
Urwa. Rozleg si dwik dzwonka wzywajĄcego
suĄcego.
Molin si obudzi.
Wszyscy udali si do gotowalni pana, ale tylko suĄcy
i Heike przeszli dalej do sypialni.
- JaŚnie pan wzywa?
Molin nakry uszy domi.
- Nie musisz tak do mnie krzyczeą.
- Ale przecie mówiem jak zwykle...
SuĄcy wpatrywa si we oniemiay. Widzia, e
staruszek ma zy w oczach, ale Śmia si do nich.
- JaŚnie panie...? - zapyta ostronie Heike.
Z oczu Molina. niepowstrzymanym strumieniem
pyny zy. Ociera je wierzchem doni, mówiĄc urywa-
nie:
- Gdyby nie te... przeklte... zy... to widziabym was
wyranie jak soce!
- JaŚnie panie! - SuĄcy klasnĄ w donie, sam bliski
paczu.
- Tak, tak, mój wierny przyjacielu - powiedzia
Molin. - Znów widz i sysz jak kiedyŚ, jak za najlep-
szych czasów.
- I twarz jaŚnie pana... Nie jest... nie jest ju tak
wykrzywiona jak przedtem. I mówi pan wyranie, bez
trudu.
- Tak, mój drogi. Mona powiedzieą, e jestem ju
zdrowy. I naley za to dzikowaą temu...
Urwa w pó zdania, bo o may wos nie zawoa: "Na
Boga, jake pan wyglĄda, doktorze Lind z Ludzi Lodu?"
Molin by jednak czowiekiem zbyt kulturalnym na taki
wybuch. Przecie on wyglĄda jak Mefstofeles, pomyŚla
wzburzony, albo jak potwór ze Świata baŚni. A mimo to
chtnie zoybym cae moje ycie w jego rce. Có za
niezwyky czowiek!
Zdoa dokoczyą rozpoczte zdanie tak, by przerwa
nie wydawaa si zbyt uderzajĄca:
-... temu wyjĄtkowemu lekarzowi. Dzikuj! Z cae-
go serca dzikuj!
Dugo Ściska do Heikego. Wymieni spojrzenie ze
swym wiernym sugĄ, wiedzĄc, e obaj myŚlĄ tak samo:
czowiek prdko si przyzwyczaja do niecodziennej
powierzchownoŚci doktora Heikego Linda z Ludzi Lodu.
Obaj uznali, e jest wspaniaym czowiekiem pomimo
odpychajĄcego w pierwszej chwili wyglĄdu.
Molin ciĄgnĄ:
- Zostanie pan hojnie wynagrodzony za to, co pan dla
mnie zrobi. Nie, prosz nie protestowaą. Ach, musz
wstaą, czuj, e rozpiera mnie energia!
- Z poczĄtku naley postpowaą ostronie - zaleci
Heike. - Ale jeŚli pan ma ochot wstaą, to bardzo prosz,
na pewno nie zaszkodzi.
- Wiele osób pragnie porozmawiaą z jaŚnie panem
- powiedzia suĄcy. - CzekajĄ w salonie wszyscy pana
przyjaciele.
- To wspaniale! Wspaniale! Po tym, co mnie spot-
kao, potrzebuj spotkania ze szczerymi, yczliwymi
ludmi!
- O tym jaŚnie pan moe byą w peni przekonany.
Niedugo póniej staruszek wyszed do zebranych, co
prawda wsparty o pomocne rami sugi, ale trzyma si
bardziej prosto i patrzy o wiele bystrzej. Przywita si
z TulĄ i Tomasem, pogratulowa im niezwykle sym-
patycznego i oryginalnego syna, a potem usiedli wokó
stou w jadalni, poniewa by on okrĄgy i najlepiej
nadawa si do narady, jakĄ zamierzali teraz przeprowa-
dzią. Wszyscy byli jednakowo wani. Nie zasiad z nimi
jedynie suĄcy, ale traktowano go jak równoprawnego
czonka caej grupy.
CzekajĄc, a pokojówka poda obiad, dyskutowali
o dalszych dziaaniach, jakie naley podjĄą.
- Ljungqvist, czyli Berg, jak brzmi jego prawdziwe
nazwisko, wkrótce przyjdzie z codziennĄ wieczornĄ wizy-
tĄ - powiedzia Molin. - Co wtedy zrobimy?
Komendant policji si zamyŚli.
- Musz przyznaą, e nie wiem, jak powinniŚmy go
przyjĄą. W kadym razie nie naley aresztowaą go od razu,
to jasne. Czy mamy powiedzieą, e jaŚnie pan jest
umierajĄcy, czy nie? I co z maĄ MagdalenĄ?
- Poczekajcie chwil - wtrĄcia si Tula. - Kiedy
jaŚnie pan zadzwoni, Heike akurat coŚ mówi. MówiliŚmy
o... No, o czym to mówiliŚmy?
- ZapytaaŚ, czy Heike nie mógby si dowiedzieą, czy
Magdalena jeszcze yje. - Tomas patrzy na on jak
zawsze, z nieustajĄcym podziwem.
- Tak, tak, Heike, odpowiedziaeŚ: "W takim razie
musz..." W tym momencie zadzwoni dzwonek. Co
takiego musisz?
Heike zmarszczy brwi.
- Naprawd tak powiedziaem? Tak, rzeczywiŚcie.
Chodzio mi o to, e w takim razie musiabym mieą coŚ, co
naleao do maej Magdaleny. Ale przypuszczam, e tutaj
mogĄ byą z tym kopoty. Ostatni raz bya tu ju bardzo
dawno temu, prawda?
- Zbyt dawno - westchnĄ Molin. - Nie, nie wiem, czy
jest tu jakaŚ czŚą garderoby albo zabawka, która naleaa
do Magdaleny. Jej rodzice zabrali stĄd wszystko, kiedy
wyprowadzali si w takim poŚpiechu.
- I jaŚnie pan nie rozmawia z niĄ wówczas?
- Nie, powiedzieli mi, e jest przezibiona i musi leeą
w óku. Nie pozwolili mi si nawet z niĄ poegnaą!
- OczywiŚcie, nie mogli ryzykowaą - stwierdzi ko-
mendant. - Ju wtedy zamienili Magdalen na bratanic
Backmana.
- I lekarz, który zajmowa si prawdziwĄ MagdalenĄ
w uzdrowisku Ramlosa, a póniej samym jaŚnie panem,
by kuzynem pani Backman - gniewnie zauwaya Tula.
- Có za rodzina oszustów!
- Nie rozumiem, jakimi torami krĄĄ wasze myŚli
- Christer w modzieczym zapale wcale nie dba o za-
chowanie szczególnej uprzejmoŚci. - Oczywiste przecie,
e Magdalena coŚ tu zostawia!
- Co takiego?
- Sasz, rzecz jasna!
- O, do diaska, to prawda! - wykrzyknĄ Molin.
- JeŚli on moe si do czegoŚ przydaą - westchna
Tula. - By przecie u Backmanów przez cae trzy lata.
- MyŚl, e to nic nie szkodzi. - W Heikem na nowo
rozbudzia si nadzieja. - Pies nigdy nie zapomni kogoŚ,
kogo raz pokocha.
Sasza zastrzyg uszami, syszĄc swoje imi.
- Ale czy taki may pies wystarczy? - z powĄt-
piewaniem zapyta Heikego Tomas.
- Pies? - uŚmiechnĄ si Heike. - Nie ma lepszego
medium. Chod tu do mnie, Sasza!
Tak dugo drczony piesek grzecznie podsunĄ si do
Heikego, spojrzeniem pytajĄc najpierw Christera o po-
zwolenie. Chopiec z uŚmiechem skinĄ gowĄ.
Heike wziĄ psa na kolana i zaczĄ go gaskaą, chcĄc
uspokoią zwierz.
- Usyszycie zaraz interesujĄcĄ teori, którĄ przed-
stawi mi kiedyŚ pewien niemiecki profesor. Gdyby y
par setek lat wczeŚniej, z pewnoŚciĄ spalono by go na
stosie za herezj. Spotkaem go podczas mej podróy
przez Europ ze Sowenii.
- Znasz take niemiecki? - zaczepnie spytaa Tula.
Zwróci na niĄ swe kocie oczy. Midzy nimi nieustan-
nie trwaa swego rodzaju przyjacielska walka. Oboje
dotkno przeklestwo, oboje wiedzieli o drugim zbyt
wiele, znali swoje tajemnice.
- Niemiecki to jzyk mego najwczeŚniejszego dzieci-
stwa - wyjaŚni Heike. - Jako dziecko nie wypowiedzia-
em ani sowa, ale suchaem i uczyem si. NiemkĄ wszak
bya moja matka.
O tym zapomnieliŚmy, pomyŚlaa Tula, spuszczajĄc
oczy. O matce Heikego nigdy nic nie mówiono. Nie
uczynia niczego poza wydaniem go na Świat i sama
musiaa zapacią za to yciem.
Nie byo ju nikogo, kto mógby o niej opowiedzieą.
Nic jednak nie wskazywao na to, by Heike odziedzi-
czy po niej jakĄŚ cech. By nieodrodnym synem Ludzi
Lodu.
- Czy moemy wreszcie poznaą teori niemieckiego
profesora? - niecierpliwi si Molin.
- Tak - odrzek Heike, gboko zamyŚlony. - Musz
przyznaą, e sam potraktowaem jĄ doŚą sceptycznie
i nadal nie jestem do niej przekonany. Ale dobrze, sami
bdziecie mogli ocenią. Czy zastanawialiŚcie si kiedykol-
wiek nad psami? Pies to jedyne zwierz, które towarzyszy
czowiekowi, a nie swoim wspóbraciom, choą przecie
w istocie jest zwierzciem stadnym.
- To prawda - przytaknĄ Kol.
- ZwróciliŚcie na pewno uwag, e na spacerze psy
majĄ zwyczaj wybiegania naprzód, jak gdyby uwaay
za swój obowiĄzek sprawdzenie, czy droga jest bez-
pieczna.
- SĄdziem, e to instynkt owcy - powiedzia komen-
dant.
- I ciekawoŚą.
- O, kryje si za tym coŚ wicej - rzek Heike.
- O wiele, wiele wicej.
Pogaska Sasz po ebku, uŚmiechem odpowiedzia na
ufne spojrzenie zwierzcia.
- Musz teraz wspomnieą o czymŚ, co moe si wam
wydaą herezjĄ. Wszyscy wszak czytaliŚcie Bibli, historie
o anioach i niebie. SĄ jednak uczeni, tacy jak midzy
innymi ten niemiecki profesor, którzy nie majĄ odwagi
ogosią swych teorii, lecz uwaajĄ, e dawne opowieŚci
o przedchrzeŚcijaskich czasach tumaczy si w zupenie
inny sposób.
KtoŚ, jakby uraony, poruszy si gwatownie, Heike-
mu na moment stay rysy twarzy, ale nie przerwa:
- PrzypuszczajĄ, e przed picioma, szeŚcioma tysiĄ-
cami lat Ziemi odwiedziy istoty z przestrzeni kosmicznej.
- Co pan chce przez to powiedzieą? - stumionym
gosem przerwa mu Molin.
Heike odwróci gow i wyjrza przez okno.
- Z innej planety. Z odlegej gwiazdy. Nie anioy, lecz
istoty takie jak my, rzecz jasna róniĄce si od nas
wyglĄdem. Powiem wam teraz, co myŚla ów profesor:
twierdzi, e znaleziono wiele dowodów na potwierdzenie
jego koncepcji, lecz nie czas jeszcze, by je ogaszaą. Nie
naley mówią o Śladach cywilizacji istniejĄcej poza ob-
rbem naszego Świata. Sam póniej wiele o tym myŚlaem.
RzeczywiŚcie wystpujĄ pewne osobliwe zjawiska. Vinga
wiele mi czytaa na ten temat, wiem wic, e ludzkoŚą
waŚnie wtedy, czyli okoo szeŚciu tysicy lat temu,
rozwina si wprost niewiarygodnie. Ze spoeczestwa
jaskiniowców wyoniy si nagle wysoko rozwinite
kultury Sumerów, Egipcjan i Asyryjczyków. Doprawdy,
trudno si oprzeą twierdzeniu, e pomoc nadesza z ze-
wnĄtrz.
Heike przyjrza si twarzom suchaczy. Dostrzeg
dwie, które zdaway si woaą: "Nie bunir przeciw
Bogu!" Wszyscy jednak suchali z najwikszĄ uwagĄ:
- Teoria owego profesora brzmiaa nastpujĄco: jeŚli
u zarania dziejów otrzymaliŚmy pomoc z innego Świata,
mona przyjĄą, e owe istoty pozostawiy nam, ziemia-
nom, moliwoŚą nawiĄzania kontaktu ze sobĄ.
Cisz, jaka zapada, przerwa Tomas:
- Kontaktu midzy istotami z przestrzeni a nami?
- Tak.
- W postaci pism lub czegoŚ podobnego?
- Nie, to nie aden zapis. Z poczĄtku profesor
zastanawia si, czy nie chodzi przypadkiem o roŚliny.
I Tuli, i mnie czsto zdarzao si zaobserwowaą, e wicej
w nich ycia, ni nam si wydaje. RoŚliny takie czujĄ, jak
i my.
Kilkoro ze suchaczy uŚmiechno si z niedowierza-
niem, ale Heike postanowi dokoczyą.
- T koncepcj jednak profesor odrzuci. RoŚliny nie
byy a tak rozwinite. Ale psy? One waŚnie mogĄ
stanowią ogniwo ĄczĄce nas z owymi pozaziemskimi
istotami. Profesor wysunĄ teori, e istoty z odlegej
gwiazdy wyznaczyy waŚnie psa, by czuwa nad czowie-
kiem, suy mu, dba, by nic zego mu si nie przytrafio
a do czasu, gdy czowiek osiĄgnie taki poziom inteligen-
cji, by owe gwiezdne istoty mogy go wykorzystaą.
- Wykorzystaą? - powtórzya Tula. - Musz przy-
znaą, e to brzmi doŚą zowrogo.
- Komunikowaą si z nim, czy tak lepiej? Widzicie,
profesor przeprowadza eksperymenty ze swoim psem...
Powiedzia mniej wicej tak: "Czy mógbyŚ zwrócią si
z proŚbĄ do swych przyjació z przestrzeni kosmicznej
o troch pienidzy dla mnie, bym móg kontynuowaą
moje prace badawcze?" I tydzie póniej otrzyma nie-
oczekiwane stypendium.
Poruszyli si niespokojnie, coraz bardziej zaintereso-
wani.
- Poczyni jeszcze wiele prób. Na przykad z zaginio-
nym listem, na który bardzo czeka. Zwróci si do psa
i list si odrialaz. A potem nagle pies zachorowa, mia
sparaliowane tylne apy, nieomylny znak zbliajĄcego si
koca. Wówczas profesor postawi wszystko na jednĄ
kart, poprosi, by pies zwróci si do swych przyjació
z proŚbĄ o uzdrowienie. I zwierz wyzdrowiao! Widzia-
em je na wasne oczy, spotkaem profesora zaraz potem,
jak pies odzyska siy, i dlatego profesor zdradzi mi swĄ
teori.
- O, to na pewno nie dlatego - stwierdzi Kol.
- Raczej zorientowa si, e jesteŚ odpowiedniĄ osobĄ,
której mona o tym opowiedzieą!
- Z pewnoŚciĄ - zgodzi si Molin. - No i co byo
póniej?
- PodjĄem dalszĄ wdrówk na pónoc - uŚmiechnĄ
si Heike. - Dlatego nic wicej nie wiem. Ale musz
przyznaą, e i mnie trudno byo zaakceptowaą t teori.
- Ale teraz znów przysza ci do gowy? - zapyta Kol.
- eby stwierdzią, czy Magdalena yje?
Heike popatrzy na sympatyczny pyszczek zwierzcia
i uŚmiechnĄ si niepewnie. I to ten piesek miaby
stanowią ogniwo ĄczĄce ludzkoŚą z istotami od niej
rozumniejszymi? Czy nie byo chocia jakiegoŚ bardziej
dostojnego psa?
- Sasza - agodnie przemówi do zwierzcia. - Spójrz
na mnie! Nie, nie patrz na t much, tylko na mnie. Siadaj,
tu na stoliku. Siad!
UmieŚci pieska na maym stoliku. Ku jego zdumieniu
Sasza usucha i przycupnĄ na koronkowej serwetce.
Heike usiad tu przed nim, usiujĄc wzrokiem utrzymaą
wzrok zwierzcia. Sasza gboko, ufnie spojrza mu
w oczy. Trwao to zaledwie króciutkĄ chwil, bo przecie
psu nie da si patrzeą w oczy zbyt dugo, jest na to zbyt
ruchliwy.
Heike przepraszajĄco rzek do zgromadzonych:
- Wiem, e komuŚ moe si to wydaą niemĄdrĄ
dziecinadĄ, ale musimy wypróbowaą wszystkie moliwo-
Ści, prawda?
Zgodnie przytaknli.
Nagle Heike uniós gow.
- Jeszcze nie zdĄyem wezwaą wadców psa, czy jak
ich zwaą, a ju napywajĄ sygnay! Tak, naprawd! Od
tego maego stworzenia?
- I co?
Heike zawaha si.
- Jak ju mówiem wczcŚniej, sygnay pochodzĄce od
psa sĄ znacznie silniejsze, ni byyby gdybym trzyma
w doni jakĄŚ czŚą garderoby dziewczynki. Ja... Po-
czekajcie... Ja... Wszystko wskazuje na to, e Magdalena
yje!
Z piersi zgromadzonych przy okrĄgym stole wyrwao
si westchnienie ulgi. Wniesiono zup, ale nie poŚwicono
jej uwagi, na jakĄ zasuya. Wszyscy siedzieli zwróceni
twarzami ku oknu, pod którym sta stolik z pieskiem.
Naleao im to jednak wybaczyą. Naprawd trzeba si
byo spieszyą.
Heike mówi dalej, nie wierzĄc wasnym sowom:
- To nie ma nic wspólnego z ewentualnymi istotami
pozaziemskimi, to may Sasza przekazuje mi myŚli i wrae-
nia o Magdalenie. Poniewa kiedyŚ do niej nalea, mog
wyczuą jĄ poprzez niego. - Zmarszczy czoo i popatrzy
na zebranych niepewnie. - Ale myŚl, e nie powinniŚmy
radowaą si zbyt wczeŚnie. JeŚli naprawd wyczuwam
Magdalen, to musi jej byą teraz bardzo trudno. Wydaje
mi si, e... cierpi.
Molin westchnĄ ciko.
- Ale gdzie? Gdzie ona jest? - wykrzyknĄ Christer,
podrywajĄc si od stou.
elazny uŚcisk doni Tuli osadzi go z powrotem na
krzeŚle.
- Nie... nie mog si zorientowaą - odpar Heike.
- I to waŚnie budzi mojĄ rozpacz. Nie mog do niej
dotrzeą.
KtoŚ od czasu do czasu odruchowo wkada do ust
yk z zupĄ, poza tym w pokoju panowaa cisza i spokój.
Heike z caych si stara si skoncentrowaą.
- Ale wiesz, e ona jeszcze yje? - trzewo zapytaa
Tula. - Nie wyczuwasz adnych wibracji Śmierci?
- Nie, nic o Śmierei.
- Dziki ci, dobry Boe - szepnĄ Molin. Dyskretnie
da znak pokojówkom, by wstrzymay si z gównym
daniem i wyszy z pokoju.
- Chod, pomó mi - poprosi Heike Tul, która
natychmiast si podniosa, uradowana, e nareszcie zwró-
ci na niĄ uwag.
Piesek najwyraniej by oszoomiony faktem, e stano-
wi centrum zainteresowania. Doprawdy, co za dziwne
stworzenia z tych ludzi!
- Ja te mog pomóc - powiedzia Christer.
- Nie, nie - wstrzyma go Heike. - Sasza nie zniesie
wicej ni dwóch osób naraz.
Christer, pooywszy uszy po sobie, musia si wyco-
faą. Nikt nigdy nie traktowa go powanie! A on przecie
umia oywiaą zwide kwiaty i jednym ruchem rki
uŚmiercaą zarzĄdców dworu, którzy martwi padali na
ziemi!
Heike spostrzeg, e chopcu zrobio si bardzo przy-
kro, i obieca sobie w duchu, e póniej mu to wyna-
grodzi. Na razie jednak nie mia czasu na udawanĄ magi.
- Doskonale ci idzie, Tulo - powiedzia cicho. - Na-
prawd Świetnie.
RozjaŚnia si. Pochwaa Heikego bya cenniejsza od
zota.
- I ja jĄ wyczuwam - rzeka bez tchu, nie odrywajĄc
doni od tylnych ap psa. Moe to troch uwaczajĄce byą
przypisanym do tej czŚci, ale Heike mia naturalnie prawo
do gowy i serca. Sasza z niepokojem odwraca ebek.
- Bardzo wzmacniasz wraenie - szepnĄ Heike.
- Co wyczuwasz?
Tula rozgniewaa si.
- Do diaska, nie mog tak staą wczepiona palcami
w psi zadek! Przesu si, bo teraz Tula ma wizje!
ObserwujĄcy stumili uŚmiechy. Niewiele rozumieli
z tajemniczych wydarze, ale Heike wzbudza ogromny
respekt. Tula, niestety, mniejszy.
Jednake ku ich zdumieniu Heike usunĄ si na bok
i ustĄpi jej miejsca.




ROZDZIA IX


Zamienili si na miejsca, tak by Tula moga siedzieą
przed SaszĄ, trzymajĄc jego ebek w doniach.
Heike cicho mruknĄ do pozostaych:
- Wydaje si, e Tul obdarzono znacznie silniejszymi
zdolnoŚciami, jeŚli chodzi o odbieranie wrae wysya-
nych przez martwe przedmioty i ywe istoty. Istnieje
bardzo adne sowo dla okreŚlenia waŚnie takich umiejt-
noŚci, ale nigdy si go nie nauczyem. Nam, dotknitym
albo wybranym z rodu Ludzi Lodu, zawsze przydzielano
rozmaite zdolnoŚci...
- Czy moesz byą tak uprzejmy i zamknĄą si chocia
na moment? - zaĄdaa Tula. Ju tylko te sowa wskazy-
way, jak bardzo jest wzburzona.
Heike umilk, ale nie dugo zdoa zachowaą milczenie.
Piesek siedzia zdumiony, caym sobĄ przypomina wielki
znak zapytania.
- No i co? - powtórzy Heike. - Co wyczuwasz?
- Mury - szepna Tula, jakby nieobecna duchem.
- Mury zagradzajĄ.
- Dokadnie to samo odebraem przed chwilĄ.
Zebrani wstrzymali oddech, nasuchiwali. JeŚli ktoŚ
z poczĄtku nie dowierza albo z lekcewaeniem obser-
wowa rozwój sytuacji, to zostao ju zapomniane. Zro-
zumieli, e tych dwoje natrafio na coŚ bardzo istotnego.
Tula odchylia si w ty.
- Nic wicej nie potrafi wyczuą. Mury mnie po-
wstrzymujĄ.
Heike odetchnĄ gboko i przykucnĄ obok Saszy.
ZaczĄ mruczeą psu do ucha sowa, które obserwatorzy
starali si rozrónią. Sasza drgnĄ, oszoomiony, jakby
chcia zrozumieą, o co chodzi Heikemu, ale maemu
psiakowi nie przychodzio to wcale atwo.
- Pamitasz Magdalen? - szepta Heike. - Mag-
dalena. PoproŚ swych przyjació z przestrzeni pozaziems-
kiej, by pokazali nam, gdzie ona teraz jest!
WypowiadajĄc te sowa, Heike czu si idiotycznie, ale
teraz ju nie dao si ich cofnĄą. Kto chce, moe si z niego
Śmiaą, on musi wypróbowaą wszystko.
Sasza pisnĄ cichutko. Poruszy si niespokojnie i ma-
chnĄ ogonem na dwik znanego imienia.
Heike znów zwróci si ku zebranym:
- Fakt, e istniejĄ dwie Magdaleny, ogromnie nam
wszystko utrudnia. Pies tskni za jednĄ, a boi si drugiej.
Wyczuwamy jedynie, e Magdalena yje, pozostaje w za-
mkniciu i bardzo cierpi.
- Biedne dziecko! - szepnĄ Molin.
- Poczekaj chwil! - wykrzykna Tula. - To, e
poprosieŚ pieska, pomogo! Wychwytuj coŚ... JakaŚ
informacja, tak, chyba waŚnie tak...
Urwaa, mocniej przyciskajĄc donie do ebka Saszy.
Troch si opiera, najpewniej przestraszony. Gdy Tula
przestaa Ściskaą go tak mocno, natychmiast si uspokoi.
- Dostrzegam te jakieŚ istoty - szepna Tula.
- Naprawd jesteŚ zdolna - mruknĄ Heike. - Ja
niczego nie wyczuwam.
PrzesunĄ si w bok, pozostawiajĄc Tul sam na sam
z pieskiem.
- Och! - szepna Tula. Wszyscy pochylili gowy w jej
stron. - Wibracje!
Heike milcza wyczekujĄco.
Tula mówia powoli, z wahaniem, jakby nasuchujĄc:
- Znów mam wizje, tym razem znacznie silniejsze.
KtoŚ je do mnie wysya...
Heike ruchem gowy da jej znak, by mówia dalej.
- Wizje... takie róne... jakiŚ mczyzna?
- Tula nigdy nie widziaa doktora - przypomnia
Tomas.
Mówia dalej:
- I góra?
- Moe chodzią o prawdziwĄ gór - orzek Heike.
- Albo o doktora Berga.
[Berg (szw.) - góra (przyp. tum.).]
- O doktora Berga - zdecydowaa krótko. - Bo teraz
widz gaĄzk wrzosu.
- Ljungqvist. Doskonale! Masz kontakt z tymi
[Ljung (szw.) - wrzos; qvist (szw.) - gaĄzka (przyp. tum.).]
waŚnie istotami, o których mówiem. Profesor wspo-
mnia, e one najprawdopodobniej potrafiĄ porozumiewaą
si za pomocĄ obrazów, symboli. Czy jeszcze coŚ widzisz?
- Tak. JakiŚ dokument. Nie mog tego zrozumieą. Na
samym wierzchu jest znak, okrĄgy, myŚl, e to jakiŚ
emblemat.
Opisaa to tak dokadnie jak umiaa.
- Ju gdzieŚ to kiedyŚ widziaem! I to niedawno!
- wykrzyknĄ komendant policji. - Pozwólcie mi si
zastanowią! Tak! Tak, ju wiem! To dokumenty doktora
Berga-Ljungqvista! Mam je nawet, wydano mi je w szpita-
lu w Uppsali. Zaraz, zaraz, gdzieŚ tu powinny byą!
- Ja take je mam - stwierdzi Molin. - Musia mi je
przecie przekazaą, zosta wszak moim osobistym leka-
rzem.
Wezwa suĄcego, który natychmiast wyszed po
dokumenty.
Heike i Tula pozwolili Saszy zeskoczyą na podog.
Zachwycony biega od czowieka do czowieka, domaga-
jĄc si pochwa za to, e tak dzielnie si spisa. Zatrzyma
si wreszcie przy Tomasie, widaą przy nim poczu si
najbezpieczniej. Tomas, w którego oczach wyranie
odbijao si wycieczenie, podniós pieska i posadzi sobie
na kolanach. Sasza zwinĄ si w kbek i sapnĄ za-
chwycony. Byą moe porównywa swoje obecne ycie
z tym, co nie tak dawno jeszcze byo jego udziaem - zy
czas spdzony u Backmanów?
Molin i komendant studiowali, kady swojĄ, histori
zawodowĄ doktora. Pozostali starali si zajrzeą im przez
rami.
- wietne referencje - mruknĄ Kol pod nosem.
- Tylko jakoŚ czsto zmienia prac.
- ZadziwiajĄco czsto - przyzna policjant.
- Poczekaj moment - poprosi Molin. - Twoja lista
zdaje si znacznie dusza ni moja.
- Tak, to prawda - zgodzi si komendant. - Naj-
wyraniej nie wszystko wymieni. Zobaczcie tutaj! Tu
zaczynajĄ si rozbienoŚci. Zanim przyby do uzdrowiska
Ramlosa, pracowa w nieduym szpitalu, noszĄcym nazw
"Miosierdzie". Po krótkim okresie w uzdrowisku po-
wróci tam, a zaraz potem przystĄpi do pracy w lazarecie
zakonu serafinów.
- "Miosierdzia" nie wymieniono na mojej liŚcie
- stwierdzi Molin. - Nie ma tu te uzdrowiska Ramlosa.
- Jasne wic - rzek Heike - e ten czowiek chcia
ukryą przed jaŚnie panem waŚnie te miejsca. Ale jak on si
w nich nazywa? Berg czy Ljungqvist?
- Ljungqvist - odpar policjant. - Ale to praw-
dopodobnie dlatego, e tak mu bardziej pasowao. Te
papiery z pewnoŚciĄ nie raz poprawiano wedug wasnego
widzimisi.
- Ale to oznacza chyba, e "Miosierdzie" jest waŚnie
tym miejscem, gdzie powinniŚmy szukaą Magdaleny
- zdecydowaa Tula.
- To prawda, skoro tak mu zaley, by wymazaą
z ludzkiej pamici czas, jaki tam spdzi - zgodzi si
komendant. - A w kadym razie nie dopuŚcią, by
dowiedzia si o tym dziadek dziewczynki.
- Magdalena w szpitalu? - dziwi si Christer. - No
tak, to moe si zgadzaą. I Backmanowie, i stryj Julius,
a take doktor Berg w uzdrowisku Ramlosa twierdzili, e
dziewczynka jest chora. Ale tak wcale nie byo!
- Gdzie ley "Miosierdzie"? - zapytaa Tula.
- O, w Szwecji wiele jest miejsc, które noszĄ t
nazw - powiedzia Molin. - Czy nic na ten temat nie
napisano?
Komendant jeszcze raz zajrza do dokumentów.
- Nie, niestety... Owszem, tutaj jest adres! Ach,
przecie to cakiem niedaleko stĄd! Midzy Norrtalje
a Sztokholmem! Teraz, kiedy si zastanowi, dochodz do
wniosku, e znam to miejsce! Cieszy si zĄ sawĄ.
- Dlaczego? - zapyta Tomas. To chyba nie jest...
zakad dla trdowatych?
- Nie, nie. Instytucja znana jest z tego, e zamone,
zacne rodziny umieszczajĄ tam swoich uomnych na ciele
lub umyŚle krewnych. ChcĄ ukryą przed Światem czarne
owce swoich rodów, sono za to pacĄc.
- Ale to wydaje si wrcz godne pochway - rzek
Molin. - JeŚli ci nieszczŚnicy pozostajĄ pod dobrĄ
opiekĄ! Nie zawsze przecie rodzina umie si odpowied-
nio zajĄą tak chorymi ludmi.
- To prawda, ale jeŚli chodzi o "Miosierdzie", szepce
si, e chorzy zostajĄ tam umieszczeni wyĄcznie dla
wygody ich rodzin, a póniej natychmiast si o nich
"zapomina". Dopóki paci si za opiek, wyrzuty sumie-
nia nie sĄ tak dokuczliwe. Ten dom ley poza obrbem
mojego dystryktu, nie wiem wic, ile z tego jest prawdĄ.
Tula w duchu podzikowaa "przyjacioom" Saszy,
przebywajĄcym gdzieŚ w jakimŚ miejscu przestrzeni kos-
micznej, za wskazanie róde informacji w papierach
doktora i naprowadzenie na tak wyrany Ślad.
A jeŚli wszystko to sobie wmówili? Istoty komunikujĄ-
ce si za poŚrednictwem psów? Dopiero teraz musiaa
przyznaą, e brzmi to zupenie niedorzecznie.
A mimo wszystko?
Christer zerwa si z miejsca. W biaej koszuli z szero-
kim konierzem wyglĄda niezwykle modzieczo, by
o wiele modszy od pozostaych zebranych. I choą moe
nie wszyscy uwaali, e jest doŚą dorosy, by braą udzia
w dyskusji, on, rzecz jasna, nie móg si nie wĄczyą.
- Ale jeŚli chcieli umieŚcią Magdalen w takim miejs-
cu... dlaczego, na mioŚą boskĄ, ciĄgnli jĄ najpierw a do
Skanii, do uzdrowiska Ramlosa?
Molin popatrzy na niego swym przenikliwym wzro-
kiem wieloletniego króla Norrtalje.
- Dlatego, e konsul Julius Backman mia tam jechaą.
Zniszczonemu yciem hulace naprawd potrzebny by
pobyt w uzdrowisku. Ale kiedy w dodatku Berg w tym
samym czasie wystara si o prac w kurorcie, wszystkim
Świetnie pasowao, by konsul zabra ze sobĄ bratanic.
Tak, tak, to tylko moja teoria, ale wiedziaem, e konsul
Backman ma zamiar wyjechaą i zabraą Magdalen. Cieszy-
em si nawet, e zechcia wziĄą ze sobĄ to biedne,
sabowite dziecko.
- Magdalena wcale nie bya sabowita - zaprotestuwa
Christer. - Owszem, bardzo drobna, chudziutka, ale tak
po prostu bya zbudowana. Czy nie mam racji, jaŚnie
panie?
- OczywiŚcie, mój chopcze. To tylko ja wykazaem
si niezmiernĄ gupotĄ, dajĄc wyraz swej wdzicznoŚci
za trosk o mojĄ wnuczk. A co wy myŚlicie? Czy
powinniŚmy uwierzyą w to, co "opowiada" nam Sa-
sza?
- Spróbowaą nie zaszkodzi - orzek komendant poli-
cji, choą w jego gosie nadal dao si wyczuą niedowierza-
nie. - Poza tym jedynym tropem nie mamy innych
wskazówek ani pomysów, a sprawa nagli. Przyoenie
doktorowi noa do garda sprawi, e zamknie si jak
ostryga i ycie dziewczynki naprawd zawiŚnie na wosku.
W jaki sposób moe dojŚą do najgorszego, nie wiemy, ale
nie wolno nam ryzykowaą. O ile w ogóle Magdalena
jeszcze yje - mruknĄ pod nosem. - Ale kto zajmie si
zbadaniem "Miosierdzia"?
- Pan - odpar zdecydowanie Heike. - Prosz skon-
taktowaą si z miejscowĄ policjĄ lub innymi wadzami.
Zabierze pan take Christera.
- Mnie? - zaskoczony chopak w jednej chwili roz-
promieni si jak soce, ale decyzja Heikego wzbudzia
ogólne zdumienie.
Molin jednak zrozumia olbrzyma. Chopiec tak nieda-
wno przecie zosta odrzucony, uraono jego godnoŚą
czarownika. Teraz przyszed czas na rehabilitacj. Mimo
e nie powiody mu si czarodziejskie sztuczki, zaufano
mu. W dodatku widzia kiedyŚ Magdalen i na pewno by
jĄ rozpozna. To bardzo wany szczegó.
Heike nie powinien z nimi jechaą, jego wyglĄd zawsze
budzi zainteresowanie, co Ączyo si z wieloma niewygo-
dnymi pytaniami. Podczas dyskusji przypomniao im si,
e w Szwecji istnieje coŚ takiego jak okrgowe komisje
zdrowia. Nie wszdzie, co prawda, ale przecie nic nie
stao na przeszkodzie, by przy tej okazji takowĄ stworzyą.
Dlatego wybrano do niej take Tomasa, wyglĄdajĄcego
z nich wszystkich najbardziej dystyngowanie. Z powo-
dzeniem móg uchodzią za przedstawiciela wadz, pomi-
nĄwszy drobne niedociĄgnicia w ubiorze. Na jego
koszulach zwykle pojawiay si dodatkowe zakadki,
pozostawione przez elazko, bo Tula nie bya osobĄ, która
marnotrawiaby czas na takie drobiazgi. Tomas jednak
z przykroŚciĄ musia odmówią udziau w ekspedycji, by
ju bowiem zanadto wyczerpany. Stano wic na tym, e
na jego miejsce wyznaczono Kola, ale Tomas i tak
wdziczny by za propozycj i okazane mu zaufanie.
Rozpieraa go duma, e wybrano go do takiej roli.
Chciano, by w "komisji" znalaza si take osoba
obdarzona nadprzyrodzonymi zdolnoŚciami, ale Heike
przecie jechaą nie móg, a Tula jako kobieta nie miaaby
powaania. Miejsce kobiet byo w domu, przy dzieciach
i rcznych robótkach.
Ale przecie ja pojad, ju chcia puwiedzieą Christer,
uzna jednak, e nie ma to wikszego sensu. RozpaczĄ
napeniao go uczucie, e nikt nie traktuje powanie jego
niezwykych zdolnoŚci. Ale on jeszcze kiedyŚ pokae, co
potrafi. Wprawi wszystkich w zdumienie.
Nareszcie mogli powrócią do wzgardzonego obiadu.
Wszyscy nagle poczuli, jak bardzo sĄ godni. Przerwany
posiek wróci do ask, Heike i Tula dostali Świee porcje
gorĄcej zupy, a personel kuchenny odetchnĄ z ulgĄ.



"Komisja zdrowia" wyjechaa na inspekcj natych-
miast po obiedzie. Inni take si rozeszli, w domu Molina
zosta tylko Heike. Kiedy nadszed doktor Berg-Ljung-
qvist, Heike ukry si we wnce sypialni Molina, schowa-
ny za zasonĄ, gotów w kadej chwili interweniowaą,
gdyby zasza taka potrzeba.
SuĄcy by naprawd zatroskany.
- Ach, doktorze Ljungqvist, jak dobrze, e pan
przyszed! Z jaŚnie panem tak le, tak le!
- Naprawd? - powiedzia doktor, Heike usysza
w jego gosie ton nieudolnie skrywanego triumfu.
- Tak, myŚl, e nic ju nie zdoa go uratowaą,
doktorze - mówi suga. - JaŚnie pan sam zdaje sobie
z tego spraw, bo pragnie wezwaą rodzin.
- Czy ju si tym zajĄeŚ?
- Nie, jeszcze nie. Chciaem najpierw poznaą paskie
zdanie, doktorze.
- A wic zrób to natychmiast! Ale wezwij tylko
zicia i jego maonk. Dziewczynka, wnuczka Molina,
jest za moda, jej widok moe tylko le wpynĄą na
jaŚnie pana.
- Ale on waŚnie jĄ pragnĄ zobaczyą! Panna Mag-
dalena jest przecie jego jedynĄ krewnĄ!
Doktor Ljungqvist zawaha si.
- Dobrze, niech i ona przyjedzie. Napisz tylko, by byli
ostroni!
Znaleli si ju przy óku. Heike przez zason widzia
doktora przypatrujĄcego si staruszkowi z nieprzenik-
nionym wyrazem twarzy. Molin nie otworzy oczu,
oddycha ciko, urywanie, jakby nie móg zapaą powiet-
rza. Czyni to doprawdy bardzo umiejtnie.
- Twarz jakby mu si zmienia - ze zdziwieniem
zauway doktor. - Jest jakby bardziej... symetryczna?
- Tak, to stao si wtedy, kiedy nagle po poudniu
gorzej si poczu.
- Hm. RzeczywiŚcie, nie pomogĄ tu adne lekarstwa
- stwierdzi doktor, radujĄc si w duchu. - Pozostaje nam
tylko modlią si do WszechmogĄcego, by pozwoli mu
bez cierpie odejŚą z tego Świata.
- Tak, doktorze Ljungqvist - odpar suĄcy bez-
namitnym tonem. - Ach, jakie to smutne. To taki dobry
czowiek.
- Najlepszy ze wszystkich - westchnĄ doktor.
Molin jknĄ kilka razy i przesta oddychaą.
- Czy moesz podaą mi lusterko? - zapyta doktor.
Z wyranym wahaniem i rzuciwszy ostrzegawcze
spojrzenie w kierunku Heikego, suĄcy opuŚci sypialni.
Doktor Ljungqvist zosta sam z cierpiĄcym magnatem.
SzepnĄ cicho:
- Nareszcie, nareszcie, ty Ślepy, guchy dziadu!
W kocu dostaniemy to, co od dawna nam si naleao!
Heike i Molin dobrze zachowali sobie w pamici te
sowa.
Wróci suĄcy z lusterkiem, doktor przyoy je do ust
Molina.
Wyprostowa si i westchnĄ.
- Tak, tak, niewiele ju mu zostao.
- Bd czuwa przy jaŚnie panu - oznajmi suĄcy
z alem w gosie - Bo doktor ma pewnie te i innych
pacjentów?
- Co takiego? Tak, tak, naturalnie. Wróc tutaj
jutro rano. Ale prosz mnie wezwaą, gdyby nastĄpio
pogorszenie! I... moe dobrze byoby sprowadzią ksi-
dza... ?
- Dopilnuj tego.
- A... co z testamentem?
- Z testamentem?
- Tak, jaŚnie pan chcia w nim umieŚcią nowego
spadkobierc.
- Niestety, jaŚnie pan nie zdĄy dokonaą adnych
zmian.
- Ach, tak, moe to i lepiej. To byoby niesprawied-
liwe wobec maej Magdaleny. I nie zapomnij wezwaą
Backmanów! Tak bardzo byli zwiĄzani z jaŚnie panem.
- Napisaem list jeszcze przed przybyciem pana dok-
tora.
- Zabior go ze sobĄ i wyŚl natychmiast pilnĄ
przesykĄ. Tak bdzie najszybciej.
Doktor nie móg si doczekaą, kiedy wreszcie bdzie
móg opuŚcią dom Molina. Tak mu pilno przekazaą
radosnĄ nowin, pomyŚla z goryczĄ suĄcy.
Kiedy tylko lekarz si wyniós, Molin usiad na óku.
- Co za ajdak! - wykrzyknĄ. - Czy ktoŚ sysza coŚ
podobnego? Ledwie si powstrzymaem, by nie otworzyą
oczu i nie zawoaą: "Syszaem ci, ty otrze!"
Wszyscy trzej uŚmiechnli si leciutko, ale sytuacja
wcale nie bya wesoa. Uzgodnili, e Molin "utrzyma si
przy yciu" do czasu przyjazdu Backmanów. Mogli mieą
tylko nadziej, e wysannicy zdoajĄ w tym czasie
odnaleą Magdalen.
JeŚli jeszcze ya... Czy mona zawierzyą "sygnaom"
przekazanym przez maego psiaka?
Ale i tak tajemnicze miejsce pracy doktora Berga,
szpital "Miosierdzie", wart by odwiedzenia!
- Dobrze si spisaem? - dopytywa si Molin.
- Po prostu wspaniale, jaŚnie panie - odpar suĄcy.
Heike uŚmiechnĄ si.
- W pewnym momencie nawet ja miaem wraenie, e
jaŚnie pan umiera. Serce mi zamaro.
- O, tak. To by mój popisowy numer!
Chwila Śmiechu po tak cikim dniu dobrze im zrobia.





ROZDZIA X


Zakadem "Miosierdzie" zarzĄdzaa para, pod której
opiekĄ ani komendant policji, ani Kol, ani Christer nie
umieŚciliby nawet najwikszego wroga. Ponury mczyz-
na o trupio bladej twarzy i ylasta kobieta z wosami
uczesanymi z przedziakiem i ŚciĄgnitymi w mocny wze
na karku. Na wysokim, zapitym pod samĄ szyj ko-
nierzu nosia brosz z kameĄ.
- Komisja zdrowia? - spytaa nieuprzejmie. - Nigdy
o czymŚ takim nie syszaam.
- Moe wic najwyszy czas usyszeą - zauway
komendant. Nie przyzna si, kim jest, w tym okrgu
bowiem nie mia adnej wadzy, a co gorsza nie zasta
nikogo na miejscowym posterunku policji, wtargnĄ wic
bez pozwolenia na cudzy obszar. Nie mogli jednak czekaą
i tracią cennego czasu.
- To polecenie najwyszych wadz. - Kol machnĄ im
przed nosem urzdowym dokumentem, dotyczĄcym,
rzecz jasna, cakiem innej sprawy. - Czy pozwolicie nam
wejŚą do Środka? - zapyta wadczym tonem.
- OczywiŚcie, nie mamy nic do ukrycia - syknĄ ze
zoŚciĄ blady mczyzna. - Rodziny, które umieszczajĄ
u nas swoich bliskich, mogĄ byą cakiem spokojne.
Panowie zdajĄ sobie, mam nadziej, spraw, e nieatwo
jest utrzymaą czystoŚą u wariatów?
"KomisjĄ" wstrzĄsno to sformuowanie, ale niczego
po sobie nie pokazali. ZarzĄdcy niechtnym spojrzeniem
obrzucili Sasz, którego Christer prowadzi na smyczy.
- To mój pies - wyjaŚni komendant policji. - Wsz-
dzie ze mnĄ chodzi. A chopiec jest studentem, przyucza
si do zawodu.
Kobieta syszĄc to parskna opryskliwie.
- Ilu macie pomocników? - zapyta Kol, kiedy weszli
do urzĄdzonego bez smaku, ale mimo wszystko doŚą
zadbanego hallu.
- SĄ dwie nierozgarnite dziewki do gotowania
i sprzĄtania. I jeszcze trzech pielgniarzy. To puste gowy,
nie rozumiejĄ, co si do nich mówi. JeŚli stwierdzicie coŚ
nagannego, to ich wina, bo my nie mamy czasu, by czuwaą
nad wszystkim. A poza tym ci pacjenci, którzy mogĄ,
muszĄ obsugiwaą si sami. To przecie nie hotel!
- JeŚli dobrze zrozumiaem, przebywajĄ tu przewa-
nie pacjenci wywodzĄcy si z zamonych rodzin - w gosie
komendanta dwiczao pytanie.
- Tak, niczego nie robimy za darmo - wypalia
kobieta. - Ale moecie mi wierzyą, moi panowie, to
paskudna robota.
- DomyŚlamy si. - Kol w imieniu pacjentów poczu
si uraony.
Przeszli do pomieszczenia, które najwyraniej musiao
byą ŚwietlicĄ. Na niewygodnych krzesach siedziao tu
kilka apatycznych dam, ledwie podniosy oczy na widok
obcych. Christer dostrzeg przebysk strachu w czyimŚ
wzroku, wywoany widokiem zarzĄdców.
W nastpnym pokoju siedzieli panowie. Widaą dbano
tu o moralnoŚą. Jeden z pacjentów podjĄ aosnĄ prób
przemówienia do nowo przybyych, byą moe chcia
zwrócią si z proŚbĄ o pomoc, ale zarzĄdca tylko uniós
do i mczyzna z powrotem opad na krzeso. Christer
gotów by przysiĄc, e ten gest by zapowiedziĄ póniej-
szego bata...
- Ci tutaj nie sĄ niebezpieczni - wyjaŚnia kobieta.
- Dlatego mogĄ swobodnie si poruszaą.
Niegroni, owszem, ale tylko dlatego, e stan ich
umysów nie pozwala, by czemukolwiek si przeciw-
stawiali. Christer zauway, e Kol z trudem panuje nad
sobĄ. Sam te nie móg sobie poradzią ze ŚciskajĄcym go
za gardo wspóczuciem. Ze ŚciĄgnitej twarzy komen-
danta policji wyczytaą móg postanowienie, e z tym
miejscem naley coŚ zrobią. Ale na razie mieli zwiĄzane
rce, bez pomocy miejscowej policji nie mogli podjĄą
adnyeh dziaa.
Obie Świetlice trudno nazwaą przytulnymi lub choąby
zadbanymi. Tynk patami odpadajĄcy od Ścian, brudne
podogi, stare rozsypujĄce si meble... Nie byo tu nic, co
mogoby przemówią do wyobrani, ucieszyą oko - ani
serwetki, ani choąby poduszki. Szaro i smutno, od samego
przebywania w takim wntrzu mona byo postradaą
zmysy.
Mieli jednak odegraą rol komisji, badajĄcej stan
zakadu. Kol wyda wic odpowiednie zalecenia dotyczĄce
koniecznych zmian. Zauwayli, e kierownictwa nie
nastawio to wcale przychylniej.
Wdrowali dalej wŚród ponurych, grubych Ścian
w kierunku innego oddziau. Chorzy mieszkali tu poje-
dynczo w ciasnych klitkach, odgrodzeni od Świata za-
mknitymi na elazne sztaby drzwiami, w których umiesz-
czono jedynie niewielki otwór. Ku oburzeniu wygaszajĄ-
cych przykre komentarze gospodarzy trzej goŚcie komisji
nalegali, by zajrzeą do kadego pomieszczenia. Zro-
zumieli, e mieszkajĄ tutaj ci, którzy zachowali jeszcze
dostatecznĄ jasnoŚą umysu, by si buntowaą. Niektórzy
byli doŚą elegancko ubrani, gdzieniegdzie dao si
dostrzec mizerne efekty wysików podejmowanych
dla upikszania nieprzyjemnych cel. Zorientowali si,
e przynajmniej niektórych z pacjentów od czasu
do czasu ktoŚ odwiedza, bo zauwaao si pewne
starania zarzĄdzajĄcych, by wszystko wyglĄdao jak
naley. Znajdowali si tu kalecy tak zdeformowani,
e rodziny najpewniej wstydziy si pokazaą ich Światu,
chorzy cierpiĄcy na zaburzenia umysowe, nieszczŚliwe
istoty, niektórzy wyranie agresywni. Otwór
w drzwiaąh by tak may, e wikszoŚą z nich nie
zdoaa si zorientowaą, e w domu przebywa ktoŚ
obcy. Inaczej - Christer by o tym przekonany - rzu-
ciliby si do drzwi i walĄc w nie piŚciami domagali
si ratunku.
Wszyscy trzej nabierali coraz bardziej stanowczego
postanowienia, e z tym aosnym przybytkiem naley si
rozprawią.
Skoczyli oglĄdanie "stajni" i przeszli dalej. ZarzĄdcy
szybkim krokiem minli cikie, elazne drzwi.
- Co znajduje si za nimi? - natychmiast zapyta Kol.
- Nic takiego, stara piwnica, nie uywana od dziesi-
ciu lat - odpara kobieta.
- ChcielibyŚmy jĄ zobaczyą.
- To raczej niemoliwe, klucz od tych drzwi zginĄ
gdzieŚ ju dawno temu.
NapierajĄc caym ciaem popchna ich w kierunku
schodów.
Christer jednak si zatrzyma. Wzrokiem porozumia
si z komendantem, który przyzwalajĄco skinĄ gowĄ.
Obydwaj bowiem dostrzegli to samo: prawie niewido-
czny klucz zawieszony wysoko na gwodziu w Ścianie
przy owych cikich drzwiach. Poza tym Sasza okaza
nagy niepokój, wszy i drapa przy szparze midzy
drzwiami a podogĄ, nie pozwalajĄc si stamtĄd odciĄg-
nĄą.
- Pies musi wyjŚą - oznajmi Christer goŚno, od-
suwajĄc Sasz od tajemniczych drzwi. - Czy pozwolicie,
bym zawróci?
Gospodarze nie byli temu przeciwni, wrcz odwrotnie:
- Prosto i zaraz na lewo! - zawoaa kobieta.
Christer uda, e zawraca, ale tu za wgem przystanĄ.
Kiedy tylko grupka znikna na górnym pitrze,
powróci do tajemniczych drzwi, zdjĄ klucz ze Ściany
i otworzy. Zazgrzytay lekko, ale gosy jego towarzyszy
dobiegay teraz z tak daleka, e oŚmieli si wstĄpią do
pomieszczenia za elaznymi drzwiami. Musia zejŚą kilka
stopni w dó i znalaz si w mrocznym piwnicznym
korytarzu.
Pią par drzwi... Podobnie jak w "stajni" na górze, one
take byy zamknite na elazne sztaby, a w kadych
widnia nieduy otwór. Ale tutaj wszystko wydawao si
cakowicie zaniedbane jak w starym brudnym chlewie.
I có za odór, co za okropny smród! Ale... tak, to z caĄ
pewnoŚciĄ ludzki zapach!
Christer poczu, e krci mu si w gowie, musia
kilkakrotnie gboko odetchnĄą. Prawdopodobnie miesz-
kajĄ tu ci, za których nie paci si tak dobrze, pomyŚla.
Albo tacy, których nikt nie odwiedza.
Które z tych piciorga drzwi...? Nie mia czasu na
pomyk. Nie chcia te niepotrzebnie zakócaą spokoju
tym, którzy byli tu zamknici, rozbudzaą ich nadziei.
Na razie.
Ale co to za pomys, Magdalena nie moga tu przeby-
waą! Nie! Pomylili si, nie moga mieszkaą tu, w tym
strasznym domu. Wszyscy razem musieli chyba doznaą
zaąmienia umysu! Podejrzewaą coŚ takiego na podstawie
niemĄdrych sygnaów, przekazanych podobno przez psa,
i kilku niezgodnoŚci w papierach doktora? Magdalena
musiaa umrzeą ju trzy lata temu, to jedyne wyjaŚnienie...
Przerwa swe rozmyŚlania, bo kiedy nie móg si
zdecydowaą, czy natychmiast stĄd wyjŚą, czy jeszcze
próbowaą, Sasza dokona wyboru za niego. ZaczĄ wszyą
pod jednymi z drzwi, popiskujĄc przy tym cichutko.
Kiedy wydawao si ju, e podniecony zaraz zacznie
goŚno szczekaą, Christer doniĄ przytrzyma go za pysk.
- Cicho - szepnĄ. - Zaraz otworzymy.
Ale jak? Tu nie byo ju adnego klucza.
Christer przybra powanĄ, skupionĄ min.
- Sezamie, otwórz si - mruknĄ z ustami przy zamku,
ale nic si nie wydarzyo. Moje zdolnoŚci nigdy nie
dziaajĄ, kiedy ich naprawd potrzebuj, odzywajĄ si
spontanicznie, same z siebie, pociesza si w myŚli. Musz
si z tym pogodzią.
Nie Śmia zajrzeą przez otwór w drzwiach, móg si
pomylią, przeszkodzią komuŚ innemu. A gdyby rzeczywi-
Ście znalaz tam Magdalen i nie móg jej wydostaą,
zepsuby wszystko.
OgarnĄ go paniczny lk. Pozostaa mu teraz jedna
jedyna moliwoŚą. Spróbowa wsunĄą wielki klucz i do
tego zamka. WielkoŚciĄ pasowa, ale zĄbki...?
Tak, klucz bez trudu da si obrócią, rozleg si szczk
zamka i drzwi stany otworem.
Z poczĄtku nic nie móg dojrzeą, w pomieszczeniu
panowa niemal zupeny mrok, poczu tylko jeszcze
intensywniejszy smród, tak niegodny ywej ludzkiej
istoty. Wreszcie jednak ujrza drobnĄ, wychudzonĄ po-
staą, wpatrujĄcĄ si we oczami, z których bi zwierzcy
wprost strach.
Ach, mój Boe, pomyŚla Christer, czujĄc, jak serce
Ściska mu si z bólu.
Sasza jednak natychmiast przypad do stóp aosnego
stworzenia, piszczĄc ju teraz goŚno z radoŚci, Christer
musia wic dziaaą szybko.
- Chod! - szepnĄ. - Musimy stĄd wyjŚą. Szybko!
Dziewczynka jednak nie moga utrzymaą si na no-
gach. WziĄ jĄ wic na rce i wyniós, Sasza nie zwaajĄc na
upomnienia plĄta mu si pod nogami.
- BĄd cakiem cicho - szeptem poprosi dziewczynk
Christer. Pamita, by przymknĄą za sobĄ cikie elazne
drzwi, ale klucz tkwi w zamku na dole. Nic na to nie móg
poradzią.
Przed domem czeka ich powóz. Nie mogli jednak do
niego wsiĄŚą, nie mieli przecie pozwolenia Backmana na
zabranie stĄd Magdaleny. Musia wydostaą si z niĄ za
bram. Ale jak daą znaą pozostaym?
Szybkim ruchem wepchnĄ Sasz do powozu i oderwa
kawaek od brudnej sukni Magdaleny. Przymocowa go
do obroy na szyi psa.
Potem co si w nogach wybieg z dziewczynkĄ w ra-
mionach za bram. Na pewno byo jej niewygodnie, ale
mia nadziej, e jakoŚ to zniesie.
Mój Boe, jake ona Śmierdzi! Biedne dziecko!
A jeŚli wyjrzeli przez okno na pitrze? I gdzie mogĄ
przebywaą pielgniarze?
Nic jednak si nie stao, bez przeszkód wydosta si
poza teren zakadu. Dziewezyna bya lekka jak piórko.
Nie zdĄy jeszcze jej si przyjrzeą. A jeŚli to nie jest
Magdalena? JeŚli to cakiem nieznana osoba, naprawd
chora na umyŚle, która z noem rzuci si na ludzi, midzy
innymi i na niego?
Nie, Sasza przecie wyranie jĄ rozpozna.
Ale i pies moe si pomylią?
A jeeli to naprawd Magdalena, ale chora, niebez-
piecznie szalona? Co oni w takim razie najlepszego zrobili?
No có, trudno, bez wzgldu na stan jej umysu nieludzkie
byoby pozostawienie jej w takich strasznych warunkach,
tak... upokarzajĄce.
Za bramĄ rozciĄgaa si z poczĄtku otwarta przestrze,
idĄc tamtdy czu, jak za kadym krokiem oblewa go
struga zimnego potu. Póniej jednak droga wioda przez
niewielki zalesiony obszar i tam waŚnie Christer si
zatrzyma, rozejrza na wszelki wypadek i ukry wsród
krzaków. Postawi zabiedzonĄ, oszoomionĄ istot na
ziemi i próbowa uspokoią oddech po biegu.
- Christer? - zapytaa dziewczynka mruĄc oŚlepione
Światem oczy. - Christer z uzdrowiska Ramlosa? ni,
tak, znów coŚ mi si Śni.
- Magdalena! - wykrzyknĄ Christer. - A ja czuem si
taki uraony, dlatego e nie pisaaŚ!
Naprawd, czy nic innego nie umia jej powiedzieą?
- Nie mogam napisaą - odpara zgnbiona.
- Teraz to zrozumiaem.
- Bardzo chciaam.
Nareszcie móg przyjrzeą jej si uwanie. OczywiŚcie,
tak, to naprawd Magdalena! Ale, ach, jake ona wyglĄda!
Szaroczarne od brudu achmany wisiay na wychudzo-
nym, wyndzniaym ciele. okcie i kolana sterczay,
w twarzy widaą byo tylko wielkie, gboko zapadnite
oczy i nos ostry jak u nieboszczyka. CaĄ skór pokrywaa
gruba warstwa brudu i rozlege egzemy. Dugie wosy
zbiy si w jeden wielki kotun, choą widaą byo, e
dziewczynka usiowaa go rozplĄtaą. Musiao si te na
niej wprost roią od wszy.
Christer, dzielny, silny bohater nie zdoa si pohamo-
waą. WybuchnĄ goŚnym paczem.
- Co oni z tobĄ zrobili, Magdaleno?
- Nic - odpara udrczona. - WaŚnie to byo naj-
straszniejsze. Zupenie nic.
I ona pakaa. To, jak widaą, zaraliwe.
Christer otar wreszcie oczy i powiedzia zgnbiony:
- Teraz ci stĄd zabierzemy. Niedugo przyjedzie
powóz i wrócisz do dziadka.
- Do dziadka? - oczy jej si rozjaŚniy. - Dziadek...
Jak cudownie! Czy to moe byą prawda?
- Najprawdziwsza - zapewni jĄ Christer.
Dziewczynka odwrócia gow.
- Nie, to znów tylko sen - szepna do siebie. - Tyle
razy ju Śnio mi si coŚ podobnego. Nie mog na nic liczyą.


Kol i komendant policji zabawili na pitrze tak dugo,
jak tylko si dao. Wypytywali, zaglĄdali we wszystkie
kĄty, doprowadzajĄc tym maestwo zarzĄdzajĄce za-
kadem do stanu bezsilnej zoŚci.
Wreszcie komendant uzna, e mogĄ zejŚą. Kiedy mijali
elazne drzwi, zerknĄ na Ścian i stwierdzi, e klucz
zniknĄ. Zaleciwszy dokonanie odpowiednich zmian
i rzuciwszy kilka wytartych sformuowa, poegnali si.
Maonkowie odprowadzili ich do powozu.
Komendant natychmiast zauway kawaek szmaty
przywiĄzany do obroy Saszy, zasoni psa ciaem
i upchnĄ skrawek materiau pod siedzeniem.
- Czy to wy jesteŚcie waŚcicielami tego domu? - zapy-
ta.
- Naturalnie - odpar mezyzna. - KiedyŚ by was-
noŚciĄ fundacji, zaoonej dla dzieci z lepszych rodzin, ale
czonkowie z czasem si zestarzeli i my przejliŚmy caoŚą.
Zapewniam, e prowadzimy ten zakad jak najlepiej
i najuczciwiej.
Komendant nic nie powiedzia na takie oŚwiadczenie.
- Macie chyba jakiegoŚ lekarza, który opiekuje si
chorymi?
- Tak, tak - ostrym, nieprzyjemnym gosem odpara
bardzo ju zniecierpliwiona kobieta. - Doktor Berg
zaglĄda tu od czasu do czasu. A gdzie jest chopiec?
- zapytaa podejrzliwie.
- Ma kopoty z oĄdkiem - rozeŚmia si Kol.
- Widziaem, jak wybiega przez bram. CoŚ mi si
wydaje, e nie tylko psu spieszno byo si stĄd wydostaą.
Kol wcale nie widzia Christera, tu jednak obowiĄzy-
wao prawo dungli. I Kol, i komendant musieli je uznaą,
zapomnieą o zwykych normach obowiĄzujĄcych w spoe-
czestwie. Odgadli, co si wydarzyo. Brudna szmata nie
obiecywaa co prawda zbyt wielu powodów do radoŚci,
ale jeŚli Christerowi si powiodo...?
Wyjechali za bram.
- Jeeli mamy racj, muszĄ znajdowaą si gdzieŚ
niedaleko - powiedzia Kol. - Choą to si wydaje
niemoliwe.
- Pies móg wpaŚą na trop dziewczynki. W kadym
razie poinformujemy odpowiednie wadze o tym miejscu.
- Ale tak, naturalnie! Tyle ludzkich tragedii! Wydaje
mi si, e gdzieniegdzie dostrzegaem nawet herby.
NieszczŚnicy, którzy starali si zachowaą styl w tym
piekle. Bezradne stare damy ukaday wosy wplatajĄc
w nie kawaki brudnych strzpów. I ten, który poprosi,
by podwieczorek podano w altanie... Ogarna mnie taka
litoŚą, e miaem wraenie, e serce mi zaraz pknie.
- Tak, tak - ze smutkiem odpar komendant. - Znam
to uczucie. Sam nie Śmiaem nic zrobią, nie chciaem
posuwaą si za daleko. W tym dystrykcie nie mam adnej
wadzy i gdyby mnie odkryto, sytuacja staaby si nader
kopotliwa. O, widz, e tam pomidzy drzewami macha
w naszĄ stron jakaŚ rka. Czy mogĄ nas zobaczyą z tego
domu strachów?
Kol obejrza si przez rami.
- Nie. Mury zasaniajĄ widok. JesteŚmy bezpieczni.
Zatrzymali powóz. Christer natychmiast wyszed na
drog niosĄc w ramionach dziewczynk.
- O, mój Boe! - przerazi si Kol. - Jak to dziecko
wyglĄda! To straszne, naprawd straszne.
- A pakaą si chce - stwierdzi komendant.
- Ja si popakaem - krótko poinformowa Christer.
- Jedziemy.
Kol, który dla dzieci zawsze mia mikkie serce,
posadzi Magdalen midzy sobĄ a Christerem, komen-
dant chwyci lejce. Sasza nie przestawa radoŚnie lizaą
dziewczynki po rkach, a ona próbowaa si uŚmiechaą,
ale nawet na to brakowao jej si.
- Co my teraz zrobimy? - zapyta komendant, ca-
kowicie zaskoczony sytuacjĄ. - Musimy jĄ gdzieŚ umyą,
znaleą dla niej czyste ubranie, zanim...
- Nie - stanowezo sprzeciwi si Christer. - Nie
zatrzymujmy si. Zawiemy jĄ prosto do domu, do
Molina.
Kol rzek z namysem:
- Uwaam, e nie powinniŚmy naraaą go na kolej-
ny wstrzĄs, pokazujĄc mu ukochanĄ wnuczk w takim
stanie. Zatrzymajmy si przynajmniej przy jakimŚ jezio-
rku czy strumyku, eby dziewczynka moga si umyą.
Nie powinniŚmy wchodzią do adnego zajazdu, Mag-
dalena zbyt rzuca si w oczy, byą moe nawet nie
zechcĄ jej wpuŚcią. Nie wolno nam przysparzaą jej
dodatkowych cierpie.
Dziewczynka siedziaa pogrĄona w milczeniu, drĄc
na caym ciele. Nie moga pojĄą tego, co nagle dziao si
wokó niej.
- Wiem, e to tylko sen - szeptaa do siebie. - Nigdy
si stĄd nie wydostan, nigdy!
- Ju si wydostaaŚ - uspokoi jĄ Christer i delikatnie
uŚcisnĄ. - I nigdy ju nie bdziesz musiaa tam wracaą.
Nigdy!
Widaą byo wyranie, e Magdalena tego waŚnie nie
moe zrozumieą. Jak gdyby nadal ya jedynie w Świecie
marze, odpowiadaa mechanicznie, przekonana, e wszy-
stko, co przeywa, jest tylko snem.
- W jaki sposób tam trafiaŚ? - zapyta komendant.
Powoli, jakby na wpóprzytomna, zwrócia gow
w jego stron, patrzĄc na niego, ale jakby go nie widzĄc,
odgama wosy z czoa.
- Ja... nie wiem.
PrzyglĄdaa im si z niedowierzaniem, nie pojmowaa
niczego, ale widaą wszystko stao si jej obojtne i uznaa,
e ten sen jest przyjemny i postanowia Śnią dalej. Przez
trzy lata stykaa si tylko z nienawiŚciĄ i zem, teraz
nareszcie pozwolono jej mówią. Przecie oni wydawali si
tacy dobrzy?
Wszystkie te myŚli mogli wyczytaą na jej drobnej,
wycieczonej twarzyczce. Niejasne myŚli, ale jake wiele
mówiĄce.
- Ten straszny doktor w uzdrowisku... - zacza
mówią, ale wargi miaa tak zdrtwiae, e ledwie mogli jĄ
zrozumieą. - I stryj Julius. Zmusili mnie, ebym pokna
jakieŚ lekarstwo, mówili, e po nim zasn. Nie chciaam,
opieraam si, bo mieli takie dziwne oczy. Ale oni byli
silniejsi. Póniej obudziam si ju tutaj.
Nagle zasonia oczy doniĄ.
- PrzyjdĄ! PrzyjdĄ po mnie i znów zamknĄ!
- Nie bój si, nic ci si nie stanie - zapewni dziew-
czynk Christer. - Pojedziesz teraz do domu, do dziadka.
- Ale dziadek mieszka tak daleko, a w Upplandii. Czy
teraz bdziecie mnie bią i znów mnie zamkniecie?
Kol z powagĄ patrzy w jej przeraone oczy.
- Nie myŚl tak, to nieprawda. I jesteŚ ju w Upplandii.
Doktor ŚpiĄcĄ musia ci przewieą a tutaj. Czy wiesz,
dlaczego umieszczono ci w tym domu?
- Nie - zakaa, nie odrywajĄc doni od twarzy.
- Powiedzieli, e jestem szalona. Ale to chyba niepraw-
da.
- OczywiŚcie, e nie - uspokaja jĄ komendant. - Dzi-
wne jest tylko, e nie wpadaŚ w obd tam, w tym
zakadzie! Nie mog pojĄą, kto móg wyrzĄdzią ci takĄ
krzywd.
Magdalena podŚwiadomie przysuna si bliej Chris-
tera, skulia si w jego objciach.
- Ta okropna kobieta powiedziaa kiedyŚ...
Musieli pochylią si nad niĄ, by usyszeą sabiutki
gosik zaguszany turkotem kó i ttentem koskich
kopyt.
- Czuam si bardzo nieszczŚliwa, zawoaam i prosi-
am, by mnie stĄd wypuŚcili. "Zostaniesz tutaj, oznajmia
kobieta. Pan radca handlowy dobrze paci za to, ebyŚ tu
bya". "A czy nie mogabym dostaą innego pokoju?
poprosiam. Tu jest tak brudno". A ona odpowiedziaa:
"A po co? Ciebie przecie i tak nikt nie odwiedza".
Magdalena nie moga mówią ju wicej, gos jej si
zaama.
Mczyni wymienili spojrzenia.
- Czyli tak, jak myŚlaem - stwierdzi Christer. - W pi-
wnicy mieszkajĄ tylko ci, za których marnie pacĄ, albo
tacy, do których nikt nie przyjeda. Do tych waŚnie
najpewniej zaliczaa si Magdalena.
Kol i komendant zauwayli, jak czuĄ troskĄ otacza
Christer Magdalen, a dziewczynka odruchowo szukaa
u niego schronienia.
- Mimo wszystko nie mog tego zrozumieą - wyzna
policjant. - Ci odpychajĄcy ludzie zgodzili si, by ci
zatrzymaą, Magdaleno. Wydaje si, e twój ojciec sono
paci za twój pobyt. Dlaczego? Nie sprawiasz wraenia
chorej.
Czy mona to poznaą po wyglĄdzie zewntrznym?
zadawali sobie pytanie Kol i Christer, nie przerywali
jednak komendantowi.
- Naprawd, nie mog uwierzyą, e twój ojciec moe
byą bardziej zainteresowany bratanicĄ ni wasnĄ córkĄ!
Magdalena spojrzaa na niego pytajĄco.
- Przyjli do domu twojĄ stryjecznĄ siostr Magdalen
Backman zamiast ciebie. Starali si oszukiwaą dziadka
Molina, e ona to ty. Spowodowali take Śmierą twego
stryja Juliusa, poniewa on za wiele wiedzia. Tak, myŚl,
e powinienem ci ju powiedzieą o wszystkim, bo moesz
mieą informacje, które nam si przydadzĄ.
Dziewczynka nadal oszoomiona niezego nie rozumia-
a.
- Kim sĄ "oni"? - zapytaa. Wargi jej dray. - Was
poznaj, to Christer, pan jest komendantem policji,
a pan... tak, pan chyba zarzĄdza jednym z przedsibiorstw
dziadka, nosi pan takie niezwyke imi...
- To prawda! - ucieszy si Christer. - To jest Kol
Simon, mój krewniak, ale doŚą daleki.
Komendant wyjaŚni:
- "Oni" to twój ojciec, macocha i jej kuzyn, doktor
Berg. Stryj Julius równie by z nimi w zmowie, ale
usunli go z drogi, zabili. Nie jesteŚmy pewni, ile wie jego
córka Magdalena, prawdopodobnie nie zdaje sobie spra-
wy, e jej ojciec zosta zamordowany. Twierdzili, e by to
nieszczŚliwy wypadek.
Wyraz oczu Magdaleny Świadczy o tym, e dziewczyn-
ka znów bĄdzi po wasnym zamknitym Świecie. Od-
powiedziaa jakby przez sen:
- Moja kuzynka zawsze bya taka niemĄdra. Zaleao
jej tylko na piknych strojach, cay czas przeglĄdaa si
w lusterku. Nie mona si byo z niĄ dogadaą. "Nie
rozumiesz ycia, zawsze mi powtarzaa. JesteŚ taka dzie-
cinna i do niczego niepotrzebe ci pieniĄdze. To nie-
sprawiedliwe, ebyŚ ty bya taka bogata, a ja nie!"
- Ale stryj Julius mia chyba pienidzy w bród?
Zastanawiaa si. Widaą byo, z jakim wysikiem usiuje
kojarzyą fakty.
- Chyba nie. CiĄgle przychodzi do mego ojca, poy-
cza. "Inaczej donios o wszystkim", mówi i brzmiao to
gronie.
- Aha! - ucieszy si Kol. - A wic wszystko jasne! To
znaczy, e wiedzia o planach!
- O jakich planach? - achnĄ si komendant. - Czy
nie widzicie, e nic si ze sobĄ nie wiĄe? W aden sposób!
Kol przerwa mu wywód:
- Za nami trzech konnych. JadĄ szybko i wyglĄdajĄ na
zdecydowanych.
Christer odwróci si. Delikatnym ruchem doni kaza
Magdalenie si schylią.
- Czyby to pielgniarze z "Miosierdzia"? Odkryli, e
jeden z winiów uciek?
- Chcesz powiedzieą, jeden z pacjentów - z sarkaz-
mem zauway komendant. - Ale masz racj, "wizie" to
waŚciwe sowo.
W tym momencie Magdalena powrócia do rzeczywis-
toŚci. Z jej ŚwiadomoŚci opady wszelkie zasony.
- Nie! - jkna. - Nie, tylko nie pielgniarze, musz
natychmiast uciekaą!
Christer przytrzymywa jĄ z caej siy, ale dziewczynka
nie przestawaa wyrywaą si z jego ramion. Komendant
popdzi konie.
- SĄ uzbrojeni - powiedzia Kol.
- Nie moemy ryzykowaą - stwierdzi komendant.
- Christerze, czy widzisz t stodo? Kiedy zakrcimy za
niĄ, ty i Magdalena wyskoczycie z powozu i ukryjecie si.
Uciekajcie dalej, nie pozwólcie, by was ktoŚ zobaczy.
Starajcie si dotrzeą do brzegu morza, to niedaleko,
a póniej spotkamy si w Penningby.
- O ile wszystko pójdzie po naszej myŚli - mruknĄ
Kol.
- A co z wami? - Christer nie przestawa walczyą
z wystraszonĄ do obdu MagdalenĄ.
- O nas si nie martw - uspokoi go komendant.
- Teraz! Wyskakuj! Nie ma czasu, by przystanĄą na
duej !
Christer wyskoczy, a Kol po prostu rzuci mu w ra-
miona Magdalen. Nie byo to wcale trudne, bo dziew-
czynka tylko na to czekaa. Christer zapa jĄ w objcia.
Sasza sam dokona wyboru i jak pika wypad z powozu.
W nastpnej chwili chopiec, dziewczynka i pies
zniknli midzy zabudowaniami i ukryli si za wystpem
skalnym.
Usyszeli, e jedcy nadciĄgajĄ, a powóz zatrzyma si
na skraju drogi.
- Teraz - szepnĄ Christer. - Zajci sĄ rozmowĄ.
Chod, Sasza!
Porwa Magdalen na rce i pobieg dalej przez Ąk a
do bezpiecznego Świata lasu. Pokonanie otwartej prze-
strzeni byo doŚą niebezpieczne, ale przez cay czas
pilnowa, by skaa albo domy zasaniay ich od strony
drogi. Gdyby jednak któryŚ z konnych przesunĄ si
troch do przodu albo zawróci kawaek... wtedy byliby
straceni.
W gospodarstwie nie byo widaą ywej duszy, naj-
widoczniej trafili na por poobiedniej drzemki.
Midzy drzewami znaleli niewielkie zagbienie w zie-
mi, tam mogli przysiĄŚą i odpoczĄą chwil. Christer
przytuli Sasz do siebie i mocno poklepa.
- Dobry piesek!
- Sasza! - mówia Magdalena ze zami w oczach.
- GdybyŚ wiedzia, jak bardzo si ciesz, e ci widz!
Kochany piesku, baam si, e ci zastrzelili. Nigdy ci nie
lubili.
Dziewczynka cuchna wprost przeraajĄco, ale uwiel-
bienie, jakie ywi dla niej Christer, nie pozwalao mu tego
zauwaaą.
- DostaaŚ go od dziadka, pewnie dlatego nie mieli
odwagi go zabią. No i stanowi, jak podejrzewam, swego
rodzaju alibi. Magdalena i Sasza, zawsze nierozĄczni. Ale
masz racj, ta druga Magdalena nie bya dla niego dobra.
Prawd mówiĄc, mieli zamiar go zastrzelią, ale ja go
wykradem - zaŚmia si Christer. - Tak jak teraz
wykradem im ciebie.
UŚmiechna si nieŚmiao.
- SĄdziam, e ju dawno o mnie zapomniaeŚ.
- Nigdy nawet przez moment o tobie nie zapom-
niaem, Magdaleno - oŚwiadczy z niemal komicznĄ
powagĄ.
Magdalena nie dostrzega jednak nawet cienia artu
w jego sowach. Z oddaniem przez krótkĄ chwil patrzya
mu w oczy, ale zaraz musiaa spuŚcią wzrok. KiedyŚ by jej
bohaterem, teraz sta si nim tym bardziej. A Christera,
wciĄ jeszcze modego i niedojrzaego, wprost rozpieraa
z tego powodu duma. Patrzy na to zabiedzone, brudne
i cuchnĄce stworzenie z takĄ czuoŚciĄ, e w oczach
zakrciy mu si zy.
- Czy masz si iŚą dalej? - zapyta. - Musimy stĄd
uciekaą.
- Tak. JeŚli mnie podtrzymasz, bd moga iŚą sama.
- Spróbujemy po kawaeczku. No to chod!
Pomóg jej stanĄą na sabe nogi i rozpoczli wdrówk.
Co jakiŚ czas musia jĄ braą na rce, by mogli poruszaą si
w miar szybko, zwaszcza w miejscach, gdzie rós
jaowiec lub gste zaroŚla, bo Magdalena miaa na stopach
jedynie dziurawe skarpety.
Ale chyba wszyscy, Ącznie z psem, byli szczŚliwsi, ni
mogli to sobie wyobrazią, choą niebezpieczestwo wcale
jeszcze nie mino.





ROZDZIA XI


PdzĄcy drogĄ jedcy zatrzymali powóz.
- Gdzie chopak? - zapyta jeden z nich bez zbdnych
wstpów.
- Zaraz, zaraz, moi panowie - obruszy si komen-
dant. - A có to za maniery?
- Nie pleą bzdur! Gdzie chopak i pies?
- Nie mamy obowiĄzku...
Pielgniarz gronie pomacha im przed nosem pis-
toletem.
- JeŚli chodzi o modego studenta, który nam towa-
rzyszy, to wola poczekaą do naszego powrotu z inspekcji
we wschodniej Upplandii - z godnoŚciĄ odpar komen-
dant. - ćle si poczu. Pies zosta z nim. Czy teraz jesteŚcie
zadowoleni?
- Zosta? Gdzie?
Komendant wzruszy ramionami.
- W pobliu miejsca, gdzie bawiliŚmy ostatnio, domu
dla przewlekle chorych, który zwĄ "Miosierdziem".
Powiedzia, e ma w okolicy znajomych. UmówiliŚmy si
w najbliszej gospodzie za trzy dni.
- Ale teraz, przed chwilĄ, w powozie widzieliŚmy
wicej osób! - wykrzyknĄ drugi.
- Nonsens - odpar Kol i gbiej wepchnĄ brudny
skrawek materiau, który Christer oderwa od ubrania
Magdaleny. - Pewnie w szybkach powozu odbiy si
koskie by.
Stracili nieco pewnoŚci siebie, wzrokiem uwanie
badali okolic. Boe, pomyŚla Kol, dobry Boe, pozwól
dzieciom uciec stĄd jak najdalej!
- A czego waŚciwie chcecie od chopca? - zaintereso-
wa si komendant.
- Nie twoja sprawa. Jedcie dalej, do diaba!
Wane byo, by jak najduej przeciĄgaą rozmow i daą
modym czas na ucieczk.
- Suchajcie - ostrym gosem rzek komendant. - Nie
pozwol, by ktoŚ...
- Zamknij si i odjedaj!
Mona si byo domyŚlią, e majĄ zamiar przeszukaą
okolic.
- Jestem przedstawicielem wadz policyjnych - suro-
wo zagrzmia komendant. - Drogo was to bdzie kosz-
towao! SkĄd jesteŚcie? Z "Miosierdzia"? Czy te zwykli
z was rozbójnicy?
Jedcy nie suchali go duej. Jeden z nich wŚciekle
kopnĄ powóz i zawróci konia. Odjechali, znikajĄc za
wgem stodoy.
- Nic wicej nie moemy zdziaaą - westchnĄ komen-
dant. - Podejrzewam, e zatrzymajĄ si i przeszukajĄ
okolic. Oby tylko dzieci zdoay si ukryą!


Magdalena nareszcie ockna si z oszoomienia.
Kiedy usyszaa zgrzyt klucza w zamku tak rzadko
otwieranych drzwi, natychmiast schowaa si w swym
ochronnym pancerzu. Narzucia zason na ŚwiadomoŚą
i oczy, postanawiajĄc traktowaą wszystko jak koszmar
senny, z którego prdzej czy póniej i tak si obudzi.
Tym razem jednak nie pojawili si zwykli bohaterowie
jej zych snów. Wszed mody chopiec i pies. Magdalena
baa si powrócią do rzeczywistoŚci. To, co si dziao,
take musiao byą zudĄ. PuapkĄ, w którĄ nie pozwoli si
nikomu zapaą.
Pies jednak jak dwie krople wody podobny by do
Saszy. Przywita si z niĄ radoŚnie, a chopiec tak bardzo
przypomina Christera, którego spotkaa tylka jeden
jedyny raz, ale nigdy nie zapomniaa.
Naprawd paskudna puapka!
Wicej nie zdĄya pomyŚleą, bo chopiec szepnĄ, e
ma iŚą razem z nim, a potem wziĄ jĄ po prostu na rce
i wyniós z tego miejsca.
Wyniós?
Jaki to rzeczywisty sen!
Powiew czystego, Świeego powietrza na twarzy...
CzegoŚ podobnego do tej pory nie przeywaa w snach.
Sasza? Czy to rzeczywiŚcie móg byą prawdziwy Sasza?
Powóz... Chopiec oderwa strzp od jej sukienki,
wsadzi Sasz ze snu do powozu i pobieg z niĄ dalej.
Jakie to wszystko dziwne!
Chopiec paka.
I ona take zaszlochaa, nie moga si opanowaą.
Wstydzia si, ale nie bya w stanie przestaą.
Rozmawiali. Odwaya si nazwaą go po imieniu,
Christer. A on wiedzia, e ona ma na imi Magdalena.
Ale we Śnie wszystko jest moliwe. Ostronie! Musi
postpowaą ostronie, by rozczarowanie nie okazao si
zbyt wielkie. Nie wolno jej daą si omamią!
Po wyrazie jego oczu poznaa, e strasznie wyglĄda.
Dlatego paka, dlatego po policzkach jak dziecku pyny
mu zy.
To bardzo dziwne, zawsze, kiedy Śnia, bya czysta
i piknie ubrana. achmany i brud gdzieŚ znikay.
A potem nadjecha powóz, chopiec zaniós jĄ i wsadzi
do Środka.
I wówczas ujrzaa jeszcze dwie twarze, te wydaway
si znajome. I na nich malowa si wyraz zdziwienia
i litoŚci. Magdalena miaa ochot ukryą si przed ich
przeraonym, wspóczujĄcym wzrokiem.
To nie ja, chciaa powiedzieą. Ja byam czysta, miaam
adnĄ, nowĄ sukienk. Teraz nosz achmany.
Gdzie jestem? Co si dzieje?
Posadzili jĄ w powozie. Byli dla niej dobrzy. ycz-
liwie pytali, a ona odruchowo odpowiadaa. Nic nie
szkodzi, e wyznaa im wszystko, bo przecie i tak zaraz
si obudzi, a!e jak przyjemnie móc z kimŚ porozma-
wiaą! Przez tyle lat nie zamienia z nikim ani sowa.
A oni byli tacy serdeczni...
Nagle wiele rzeczy wydarzyo si naraz. Wszyscy si
zdenerwowali. Mówili o pielgniarzach? Nie, to nie-
moliwe, pielgniarze nie mogli, nie mogli teraz przyjŚą,
nie teraz!
Teraz?
Powietrze chodzĄce jej twarz. Niebo, bkitne niebo...
Bya na dworze! Wszystko to prawda, wszystko
wydarzyo si naprawd!
Wykrzyczaa swój strach przed pielgniarzami i za-
raz potem znalaza si w ramionach Christera. O may
wos si nie przewrócili, ale jakoŚ im si udao. Za
nimi wyskoczy Sasza. Biegli, biegli bez tchu co si
w nogach, to znaczy tylko Christer i Sasza, ona wisiaa
jak worek na ramionach chopca. Ale nic na to nie
mogli poradzic, musieli uciec jak naldalej przed strasz-
nymi pielgniarzami.
Zatrzymali si w nieduej dolince w lesie, Christer
musia zapaą oddech. Potem znów maszerowali i biegli,
poprosia, by pozwoli jej iŚą samej, nie chciaa go
obciĄaą. Zgodzi si, ale, ach! jak niemiosiernie kuo jĄ
w nogi!
Ogarno jĄ podniecenie, nieopanowana radoŚą.
W kocu dotara do jej ŚwiadomoŚci prawda o sytuacji,
w jakiej si znaleli. Musieli uciekaą, jak najdalej i jak
najprdzej. Teraz nareszcie miaa szanse na powrót do
ycia!
Co jakiŚ czas chopiec bra jĄ na rce, ale ona wolaa iŚą
sama. Chciaa czuą pod stopami leŚne poszycie, chód,
mikki mech...
Wdrówka jednak odbieraa jej resztki si. Chwiaa si,
potykaa, oboje szli zasapani, ale nie chcieli marnowaą
cennego czasu na odpoczynek. Goni ich strach.
Sasza traktawa wszystko jako nowĄ zabaw. W kocu
Christer musia wziĄą pieska na smycz. W lesie unosio si
tak wiele kuszĄcych zapachów, a ci niemĄdrzy ludzie nie
chcieli poŚwicią doŚą czasu, by móg si nawĄchaą do
woli.
Nagle las si skoczy, przed nimi ukazao si morze.
Nie do koca otwarte, bo widok a po horyzont prze-
sania pas szkierów Roslagen, ale byo to morze. Batyk.
Znów moga patrzeą na wod!
Zatrzymali si na skraju lasu, musieli choą troch
odpoczĄą. Byli zmczeni ucieczkĄ.
Szum fal uderzajĄcych o brzeg brzmia w uszach
Magdaleny niczym najpikniejsza muzyka.
- Czy to prawda? - pytaa na poy ze Śmiechem, na
poy z paczem. - Naprawd jestem wolna?
- Jeszcze nie cakiem. Musimy dojŚą a do Penningby,
a stamtĄd do dziadka. Tam bdziesz ju w peni bezpiecz-
na.
- Ale póniej znów po mnie przyjadĄ i zabiorĄ
z powrotem w to pieka?
- Nigdy! Nigdy, nigdy, nigdy! JeŚli tylko zdoam
wyrwaą ci z rĄk tych pielgniarzy, bdziesz bezpieczna.
Ale teraz musz odpoczĄą. Czuj w ustach sony smak.
Kiedy chopak stara si wyrównaą oddech, Magdalena
zerkaa na niego ukradkiem. Z Ąki dzielĄcej ich od brzegu
unosi si miadowosodki zapach koniczyny. Jak atwo
wychwytywaa teraz wraenia, chona wszystko, co
nowe.
Christer, ale wyprzystojnia! Taki mski... no tak, by
ju przecie dorosy, musia skoczyą osiemnaŚcie lat.
Ona prawdopodobnie miaa szesnaŚcie, liczĄc wedug
zmieniajĄcych si pór roku, które zdoaa odrónią
w swym ponurym wizieniu: dojmujĄce chody zimy
i nieznoŚne letnie upay.
Zabrano jej trzy lata, trzy lata w najpikniejszym
okresie ycia.
Chyba tylko Magdalena dostrzegaa u Christera doros-
oŚą. Dla wszystkich innych by ciĄgle duym, ale naiw-
nym dzieckiem.
Moe teraz szybciej dojrzeje? Opieka i odpowiedzial-
noŚą za bezbronnĄ Magdalen powinna dobrze mu zrobią.
Czu si przy niej taki silny, niezwyciony.
Wsuchiwali si w dwiki dochodzĄce z lasu, ale nic
zego nie docierao do ich uszu, ani stukot podków, ani
ostre gasy, ani nawet trzask amanych gaĄzek.
- SĄdz, e zrezygnowali - cicho powiedzia Christer.
- Albo szukajĄ nas gdzie indziej.
Magdalena zdawaa sobie spraw ze swego wyglĄdu
i ŚwiadomoŚą ta bardzo jej dokuczaa.
- Chciaabym si umyą - szepna, bezradnie pokazu-
jĄc na swoje skotunione wosy.
- PomyŚlimy o tym. Morska woda nie jest taka zimna,
ale na razie musimy iŚą dalej na pónoc, nie moemy tu
zostaą.
- O, tak, rozumiem, ja te si boj.
Po Ące, ciĄgnĄcej si wzdu skraju lasu, Magdalenie
szo si atwiej. Wdrowali trzymajĄc si za rce. Christer
by przy niej cay czas i kiedy tylko si zachwiaa, spieszy
jej z pomocĄ.
Dugo szli w milczeniu, a wreszcie dotarli do pytkiej
zatoki, obroŚnitej naokoo drzewami.
- Tutaj - zdecydowa Chsister. - Tu si zatrzymamy,
ebyŚ si moga wykĄpaą.
Dziewczynka tsknie spoglĄdaa na wod. Zapragna
si w niej zanurzyą, poczuą, jak delikatnie obmywa skór,
ale...
- Nie wiem... - powiedziaa bezradnie. - Moje ubrania
take trzeba upraą, a jeŚli zmocz je w wodzie, póniej
moe mi byą za zimno. Bo nie znios nawet myŚli, e po
kĄpieli znów musiaabym ubraą si w te brudne achmany.
Christer zrozumia jej kopot. RozglĄda si dookoa,
szukajĄc jakiegoŚ wyjŚcia, i w kocu spojrzenie jego
zatrzymao si na maym kwiatuszku: delikatnym, bkit-
nym dzwonku.
- Moesz wejŚą do wody bez tych gaganów - uspo-
koi Magdalen. - Zatroszcz si o nowy strój dla ciebie.
Popatrzya na niego pytajĄco.
- Dostaniesz najpikniejszĄ sukienk - obieca. - I od-
wróc si, bĄd spokojna. Nie spojrz ani razu. Tylko
potem przyjd tu do mnie.
Magdalena spoglĄdaa na z niedowierzaniem, ale
dzie by taki pikny, ciepy, skrzĄca si w socu woda
kusia. PrzezwyciajĄc wstyd, dziewczynka rozebraa si,
nie Śmiaa sprawdzią, czy Christer jest odwrócony, ale
zaufaa jego sowom. Ostronie wsuna stop do wody.
Morska to bya chodniejsza, ni si spodziewaa. Od
stóp do gów przeszed jĄ dreszcz, ale postanowia byą
dzielna.
Dno wyglĄdao bezpiecznie. Gboko wciĄgna po-
wietrze i caa drĄc wchodzia dalej. Kiedy znalaza si po
kolana w wodzie, zauwaya, e wcale ju nie marznie.
Jeszcze krok dalej, i jeszcze jeden...
Cae jej ciao pokryway egzemy i liszaje, to pewnie od
tych ukĄsze, które rozdrapywaa, bo tak niemiosiernie
swdziay.
Nareszcie, pomyŚlaa z gniewem. Nareszcie si ciebie
pozbd, wstrtne robactwo!
Szybko zanurzya si po samĄ szyj. Jak wspaniale,
najgorsze ju za niĄ. Zacisna dwoma palcami nos
i wsuna gow pod wod, starajĄc si wytrzymaą jak
najduej. Zapaa powietrze i zanurkowaa jeszcze raz,
i jeszcze, a wosy dokadnie nasiĄky. Szorowaa si
starannie, tara ramiona, nogi, cae ciao. Przydaoby si jej
mydo, no i, rzecz jasna, czyjaŚ pomoc, ale o to nie chciaa
prosią.
Ach, co za rozkosz! Magdalena poczua si jak nowo
narodzona, pawia si dugo, nie miaa ochoty wyjŚą na
lĄd.
Ale w jaki sposób Christer mia zamiar zdobyą dla
niej nowe ubranie? Nie umiaa sobie tego nawet wyob-
razią.


Christer, skoncentrowany a do bólu, przykucnĄ przy
maym, niebieskim dzwonku. Czy byo coŚ bardziej godne
ukochanej Magdaleny ni ten najczystszy, najbardziej
dziewiczy ze wszystkich kwiatów? I jeszcze przecudny
kolor podkreŚli barw jej oczu.
- Dzwonku, dzwoneczku, zmie si w sukienk - za-
klina. - Przemie si w szat godnĄ mej ukochanej,
z jedwabiu i najdelikatniejszych koronek, z szerokĄ
spódnicĄ, takĄ jak twój ksztat. W przepiknĄ sukni
zmie si w jednej chwili!
Czeka. Niebieski dzwonek delikatnie zakoysal gów-
kĄ, potrĄconĄ lekkim powiewem morskiej bryzy. Nic
poza tym nie zaszo.
- OczywiŚcie w normalnĄ, duĄ sukni - doda szy-
bko. - Rozumiesz chyba, e Magdalena, choą taka
drobniutka, nie zmieŚci si w sukienk twojej wielko-
Ści.
Upyway sekundy, zmieniay si w minuty. Christer
zaczĄ si denerwowaą. Magdaena w kadej chwili moga
wyjŚą z wody.
- Czcigodni przodkowie - prosi z twarzĄ ŚciĄgnitĄ
zniecierpliwieniem. - Wiem, e moja moc miewa roz-
maite humory i dziaa spontaniczrvie, kiedy chce. Ale
czy wyjĄtkowo nie moecie mi pomóc, tylko ten jeden
jedyny raz? Moja biedna przyjacióka naprawd nie ma
si w co ubraą, to chyba sytuacja dostatecznie krytycz-
na. Tak was prosz, okacie si wielkoduszni. Jestem
przecie Christer Tomasson i pochodz z Ludzi Lodu,
choą nie wolno mi uywaą tego nazwiska. Dlaczego
jesteŚcie tacy skĄpi? Ach, przepraszam, tak mi si tylko
wyrwao! Przecie nale do dotknitych, a moe raczej
jestem wybrany!
Ale i niebieski dzwonek, i przodkowie chopca, pozo-
stali gusi na wezwanie.
Co trzeba wypowiedzieą? myŚla ogamity panikĄ.
Abrakadabra? Och, nie, to takie niemĄdre. Moe moje
zaklcie byo niewaŚciwie sformuowane, bo nikt
przecie niczego mnie nie nauczy, nikt nie traktuje
mnie powanie! Mamo, ty znasz tyle tajemnych for-
mu, dlaczego nie chciaaŚ podzielią si ze mnĄ swĄ
wiedzĄ?
W gbi serca jednak Christer wiedzia, e Tula nigdy
nie potrzebowaa uczyą si adnyąh tajemnych formu. Po
prostu umiaa je od zawsze.
Dlaczego on nie zna zaklą? Przecie to on waŚnie
mia byą tym najwikszym, na którego cay ród czeka od
stuleci!
- Christer?
DrgnĄ, syszĄc nieŚrniay gosik Magdaleny. Docho-
dzi z play, Christer bezmyŚlnie, nie zastanawiajĄc si,
odruchowo si odwróci. Nic si jednak nie stao, dzie-
wczynka podniosa swoje achmany z ziemi i trzymajĄc
je w wyciĄgnitych rkach, z dala od czystego ciaa,
którego nie chciaa zbezczeŚcią, próbowaa si nimi
zasonią.
Co mam poczĄą? Co robią? jknĄ w duchu. Przecie
obiecaem!
Ostatni, daremny rzut aka na kwiatek, powiedzia mu,
e w tej sytuacji, niestety, bdzie musia szukaą innego
wyjŚcia. Pozostawao mu jedno, choą z pewnoŚciĄ nie dao
si tego zazwaą cudem. Zerwa z grzbietu biaĄ koszul.
Na pewno jest dostatecznie duga, signie jej za kolana
albo jeszcze dalej. Nie taki by jego zamiar, ale có, dobre
i to.
- Nie udao mi si! - zawoa. - Czy wystarczy ci moja
koszula? Jest chyba doŚą duga.
Na moment znieruchomiaa, ale zaraz grzecznie mu
podzikowaa.
- A ty w co si ubierzesz?
Christer by Świadom, e praca przy kanale Gota
wyrobia mu muskuy i przyjemnie bdzie je zademonst-
rowaą.
- Ja jej nie potrzebuj. Poo jĄ tutaj i odejd, a ty
mnie potem zawoasz. Czy tak bdzie dobrze?
- Tak... dzikuj - odpara.
Chwil póniej usysza, e Magdalena drepcze ku
niemu. Koszula rzeczywiŚcie sigaa jej do poowy ydek,
ale materii byo tak duo, e wydymaa si jak balon wokó
wychudego ciaa dziewczynki. Magdalena musiaa wic
przytrzymywaą jĄ obiema rkami.
Nie patrzĄc na niĄ, Christer powiedzia:
- Kiedy wrócisz do domu, bdziesz moga si uczeaą
i porzĄdnie wyszorowaą. Mam nadziej, e i tak kĄpiel
bya przyjemna?
- Och, oczywiŚcie - odpara zasapana.
Jak bd moga wkroczyą tak do Penningby? myŚlaa
zatroskana. Ubrana jedynie w mskĄ koszul, która sia
mi ledwie za kolana, z grzywĄ mokrych, splĄtanych
wosów?
Christer, jakby czytajĄc w jej myŚlach, zaproponowa:
- Powiemy, e si topiaŚ, a ja ci wyciĄgnĄem, co ty
na to?
UŚmiechna si z wyranĄ ulgĄ.
- To doskonay pomys.
Po chwili zapyta:
- Nie jesteŚ godna?
Magdalena odpara ze smutkiem:
- Kiedy przez duszy czas prawie nic si nie je, nie
odczuwa si Iejszego czy silniejszego godu.
- Rozumiem. MyŚl, e na poczĄtku bdziesz musiaa
odywiaą si bardzo ostronie, eby przyzwyczaią si do
normalnego jedzenia.
Pokiwaa tylko gowĄ.
Magdalena zmczya si bardzo. Przysiedli wŚród drzew,
by chwil odsapnĄą. W drodze mijali z rzadka porozrzucane
zagrody chopskie, niedue przystanie rybackie, w których
nie byo widaą ywego ducha, i wedle wszelkich wylicze
Penningby powinno znajdowaą si ju niedaleko.
Dziewczynka usiada skromnie, skulona w jego wiel-
kiej koszuli. Christer niby przypadkiem wystawi na
pokaz miŚnie grajĄce pod skórĄ, oŚwietlone socem
wpadajĄcym midzy liŚąmi.
- Ale ty pewnie jesteŚ godny? - zapytaa.
Widok jej podrapanych stóp wystajĄcych spod koszuli
wzruszy chopca tak, e przez chwil nie móg od-
powiedzieą.
- Nie, ani troch - zapewni jĄ, próbujĄc udawanym
kaszlem zaguszyą burczenie w brzuchu.
Rozmowa jakoŚ si nie kleia. Nagle zawstydzili si
siebie, bo kiedy przyszo co do czego, okazao si, e
prawie wcale si nie znajĄ.
Magdalena nerwowo gaskaa Sasz.
Wzrok Christera bĄdzi po lesie, jakby chopak mia
nadziej tam znaleą temat do rozmowy.
Upyny dwie dugie minuty, podczas których byo
sychaą tylko burczenie w brzuchu Christera, najpierw
cichsze, potem goŚniejsze i goŚniejsze.
Magdalena nie Śmiaa jeszcze raz napomknĄą, e jej
towarzysz na pewno jest godny.
Christer postanowi mówią, co mu Ślina na jzyk
przyniesie, zdenerwowanie pokrywajĄc Śmiechem. Gos
mu si dziwnie ama, uderza w falset.
- WyglĄda na to, e za kadym razem, gdy zbliamy
si do siebie, otacza nas las.
Mój Boe! Jak móg coŚ takiego powiedzieą!
Magdalena jeszcze niej pochylia gow nad SaszĄ.
- Tak.
WaŚciwie po prostu przytakna jego sowom, ale
Christerowi wydawao si, e bya to odpowied na jego
myŚli. Zaczerwieni si ze wstydu.
Na tym rozmowa si skoczya. Magdalen ogarna
rozpacz, przecie tak bardzo chciaa z nim pogawdzią, ale
nie umiaa, nie umiaa! Powtarzaa tylko: "Kochany Sasza!
Dobry, kochany piesek!"
Czy Christer nie poczuje si obraony?
Czy koszula zanadto si nie podciĄgna? Czy siedz
doŚą adnie? Czy on widzi te wstrtne liszaje na moich
ramionach?
W dodatku usadowia si na czymŚ kujĄcym, lkaa
si jednak przesunĄą w obawie, e przy tym podwinie
si jej koszula, a nic przecie pod niĄ nie miaa.
- Twoje paznokcie... - odezwa si Christer amiĄcym
si z wraenia gosem.
Przeraona popatrzya na swoje rce.
- Próbowaam wydrapaą nimi dziur w Ścianie - szep-
na.
W piwnicy? Biedna maa.
Magdalen wzruszya troska okazywana jej przez
Christera. Chopiec ujĄ jĄ za rgk i delikatnie pogadzi.
Przytuli poranione palce do policzka.
- Teraz ju nie musisz si niczego baą - obieca
agodnie.
Dopóki móg si niĄ zajmowaą, otaczaą opiekĄ, wszyst-
tko ukadao si jak najlepiej. Najwikszy kopot sprawia-
a rozmowa.
- Masz si iŚą dalej?
Dziki Bogu, e Christer postanowi przerwaą t jake
kopotliwĄ sytuacj, pomyŚlaa Magdalena. Chocia czua,
e jest wycieczona, od razu wstaa, co prawda troch
chwiejnie, ale znów mogli ruszyą w drog.
Wkrótce dostrzegli jakĄŚ postaą, maszerujĄcĄ po play.
Christer znów musia uspokajaą na nowo przeraonĄ
Magdalen. Okazao si, e to po prostu Kol wyszed im
na spotkanie, zaniepokojony, czy nie przytrafio im si nic
zego.
Bez przeszkód dotarli do powozu oczekujĄcego w Pen-
ningby. Magdalen otulono w koc, który szczŚliwie
zakry jĄ caĄ, i spiesznie wyruszyli na pónoc, bo dzie
mia si ju ku kocowi.
Dzie ten wszystkim w domu Molina wyda si
nieskoczenie dugi i nerwowy.
Rankiem, zgodnie z zapowiedziĄ, zawita doktar Ljung-
qvist, ale suĄcy cichym, lecz nie znoszĄcym sprzeciwu
gosem po prostu go odprawi. Nie, stan jaŚnie pana nie
zmieni si ani na jot, nie ma adnych widoków na
popraw. Owszem, ksiĄdz ju by. Pozostawao tylko
mieą nadziej, e rodzina przybdzie na czas. Nie, jaŚnie
pan Śpi i nie pozwol mu przeszkadzaą. Do widzenia.
Zanim doktor zorientawa si, co si stao, zamknito
mu drzwi przed nosem.
Có, i beze mnie idzie jak po maŚle! Ale co za ywotny
stary dziad! To wrcz nieprawdopodobne, by jeszcze
trzyma si ycia po tej ostatniej dawce, którĄ mu
zaaplikowaem!
Doktor lekkim krokiem opuŚci posiadoŚą Molina.
Ju niedugo bdzie si czym cieszyą. On sam mia dostaą
dwadzieŚcia pią procent, jednĄ czwartĄ. W pamici
próbowa obliczyą, ile te mu pczypadnie, starzec by
waŚcicielem wikszoŚci zakadów w Norrtaije i wielu
w Sztokholmie. Dostanie okrĄgĄ sumk...
A moe podnieŚą swój udzia do piądziesiciu pro-
cent? Wie przecie o wszystkim...
Nie, zbyt dobrze pamita, co przydarzyo si kon-
sulowi Juliusowi Backmanowi. Najlepiej siedzieą cicho.
Ale trzecia czŚą? OczywiŚcie, tyle mu si naleao,
wykona przecie caĄ mokrĄ robot!
Przedoy im swoje Ądania, ale musi byą ostrony.


Heike, Tomas i Tula zostali u Molina, gdy staruszek
bardzo ich o to prosi. Dopilnowa take, by sprowadzo-
no Ann Mari, eby nie musiaa niepokoią si w samo-
tnoŚci.
Wszystkich dopada maomównoŚą i dokuczliwe zde-
nerwowanie. Niektórzy wĄtpili, by wyprawa do "Milosie-
rdzia" przyniosa jakiekolwiek rezultaty. Magdalena na
pewno ju nie ya, a jeeli, to z pewnaŚciĄ jej tam nie
znajdĄ.
Razem zjedli obiad. Heike wczeŚniej zajĄ si starym
Molinem, usiujĄc poprawią jego ogólny stan zdrowia,
który tak gwatownie pogorszyy dwa kolejne wylewy,
a póniej dugotrwae zatruwanie pacjenta przez dok-
tora.
Teraz Heike ukradkiem obserwowa Tomasa, czujĄc,
jak narasta jego niepokój. Tomas nigdy nie zalicza si do
silnych, ale tym razem sytuacja bya naprawd powana.
Przecie ten czowiek jest na skraju wyczerpania! Powi-
nien by zostaą w domu, w Motala, i pozwolią wypoczy-
waą zmczonemu sercu.
Heike zdawa sobie jednak spraw, jak wielkie zna-
czenie ma dla Tomasa udzia w caej wyprawie. Czu
wtedy, e nie jest tylko kulĄ u nogi swej ukochanej
ony.
Nagle Heike zorientowa si, e Tula go obserwuje.
Wbia w niego rozpaczliwe spojrzenie i siedziaa nierucho-
mo.
Do diaska! Do diaska, dlaczego nie zapanowa nad
sobĄ! Przecie Tula bya taka jak on, wyczulona na
wraenia i nastroje. Moga czytaą w jego twarzy jak
w otwartej ksidze, bo i ona naleaa do dotknitych
z Ludzi Lodu.
Heike uŚmiechnĄ si do kuzynki, mia to byą uspokaja-
jĄcy uŚmiech, ale wypad raczej blado.
Kiedy tylko po skoczonym obiedzie odeszli od stou,
Tula wzia go na bok.
- Heike!
Pooy jej do na ramieniu.
- Uspokój si, zbadam Tomasa. SĄdz, e to nic
powanego, ale ta podró bya dla niego zbyt cikĄ
próbĄ.
Heike poczu, e paznokcie Tuli boleŚnie wpijajĄ mu
si w skór.
- JeŚli coŚ stanie si Tomasowi, to mnie nic ju nie
zostanie. Nic!
- Masz przecie Christera - przypomnia jej Heike.
- On ci potrzebuje.
- Ale jak dugo to potrwa? Jest ju dorosy. I bez
wzgldu na to, jak kocham mego syna, on nigdy nie
zastĄpi mi Tomasa!
Heike zrozumia powag sytuacji. PojĄ, jak niewiele
Ączy Tul ze Światem zwykych Śmiertelników. Tylko
Tomas i ich wzajemna mioŚą.
- Wiem, Tulo. JeŚli go stracisz, to bdzie koniec,
prawda?
- Tak, to ju bdzie koniec. Zrezygnuj z walki.
A bogowie jedni wiedzĄ, jak bya trudna.
Heike zadra z lkiem. Tylko oni dwoje zdawali
sobie spraw, co moe si staą, jeŚli Tula straci oparcie
w Tomasie. Moe jeszcze ze dwa lata Christer bdzie od
niej uzaleniony. Ale jeŚli wyprowadzi si z domu...
Nawet wnuk nie zdoa na duszy czas zatrzymaą Tuli
w Świecie rzĄdzonym wedlug praw ustanowionych przez
zwykych ludzi.
- Zrobi dla Tomasa, co w mojej mocy. Ale czy ty nie
moesz go zmusią, by wicej wypoczywa? Zwaszcza
teraz, przez kilka najbliszych dni. Zrozum, jest kracowo
wyczerpany, trzyma si jedynie siĄ woli.
- Natychmiast zapakuj go do óka - postanowia.
- Pamoesz mi go przekonaą? On jest taki uparty, nie chce
przysparzaą mi trosk.
- Pomówi z nim powanie.
Tak te si stao, Po poudniu Heike odby z Tomasem
rozmow w cztery oczy i opowiedzia mu o mioŚci Tuli.
PodkreŚli, jak wielkie znaczenie ma Tomas dla jej
równowagi psychicznej, i zaĄda, by zaczĄ bardziej dbaą
o siebie i w ten sposób pomóg onie.
Heike zbada go i rzeczywiŚcie natychmiast pooy do
óka w pokoju, który Molin ofiarowa do dyspozycji Tuli
i Tomasa.
- WyjaŚni naszemu gospodarzowi, jak si sprawy
majĄ - obieca Heike. - SĄdz, e nikt nie zrozumie ci
lepiej ni on.
Tomas zachowywa si wyjĄtkowo ustpliwie. Z ulgĄ
przyjĄ wiadomoŚą, e nareszcie bdzie móg wypoczĄą,
i to pod opiekĄ Heikego.
- Wiesz, Heike, bardzo si te niepokoj o chopca.
Heike uŚmiechnĄ si szeroko.
- O Christera? Nie ma powodów do obaw. Nikt z nas
nie stoi tak mocno nogami na ziemi, jak Christer. Moesz
byą dumny ze swego syna. Naprawd, tyle ycia w tym
chopaku!
- Ale on jest taki dziecinny.
- I na tym waŚnie polega jego sia. SzczŚliwy jest ten,
kto potrafi zachowaą dziecicĄ chonnoŚą umysu, pozo-
stawaą otwarty na wraenia i cieszyą si drobiazgami. My,
w naszym wieku, przestajemy radowaą si yciem, kost-
niejemy w swoich poglĄdach. WidzieliŚmy ju wszystko
i nic nam nie zdoa zaimponowaą. Nam jest najtrudniej.
Twierdzimy, e ma byą tak i tak, o niczym nowym nie
chcemy syszeą. UtraciliŚmy to, co najwaniejsze: cieka-
woŚą, a ŚciŚlej mówiĄc chą poznania, bo ciekawoŚą
potrafi czasami zwieŚą na manowce.
Tomas uŚmiechnĄ si:
- Nie uwaam, byŚ ty sztywno tkwi w konwencjach,
Heike.
- I ty take nie. Mówiem tylko ogólnie o staruszkach.
A teraz dostaniesz krople, które wzrnocniĄ ci serce,
recepta pochodzi jeszcze z czasów Hanny, a musz ci
powiedzieą, e ta kobieta naprawd wiele wiedziaa!
- Czy to coŚ powanego, Heike?
Upyna chwila, zanim odpar:
- JesteŚ przeciĄony. JeŚli dalej tak bdzie, sprawa
moe staą si powana. Ze wzgldu na nas musisz staraą
si zachowaą spokój, powiedzmy przez tydzie. Lekarst-
wo ci wzmocni. Masz naprawd dobre widoki na powrót
do zdrowia.
- Dzikuj! Heike... powiedz mi jeszcze, co sĄdzisz
o Christerze? MyŚlisz, e on napsawd jest dotknity?
- Christer? - uŚmiechnĄ si Heike. - Nie, ale nie
musisz mu o tym mówią, sam stwierdzi to prdzej czy
póniej. Nie, jestem przekonany, e dziecko dotknite
przeklestwem urodzi si Annie Marii i Kolowi. A wtedy
sam zobaczysz, e Christer przejrzy na oczy.
- Byle tylko w tym czasie nie narobi gupstw!
- Wzrok Tomasa bĄdzi gdzieŚ niespokojnie.
- RzeczywiŚcie, taka groba istnieje - zgodzi si
Heike. - Bdziemy musieli mieą na niego oko. I na jego
sztuczki.
Kiedy stary Molin usysza o chorobie Tomasa, natych-
miast poszed do niego i przez godzin rozmawiali, a wiele
mieli sobie do powiedzenia. Mówili o podstpach choro-
by, o skrywanym gboko lku przed ŚmierciĄ, o Heikem,
Tuli i tajemniczych Ludziach Lodu, no i o przyszoŚci
Christera.
Molin obieca natychmiast powiadomią Tomasa, gdy-
by ich trzej wysannicy, Christer, Kol i komendant policji,
dali o sobie znaą albo wrócili do domu. Tomas nie móg
bowiem pogodzią si z myŚlĄ, e ley unieruchomiony,
kiedy dookoa tyle si dzieje.
Gdy Molin wyszed, pojawia si Tula, wystraszona
i do przesady opiekucza. W kocu Tomas musial prosią
jĄ, by zwolnia tempo, bo inaczej zaanczy go swĄ
troskliwoŚciĄ miosiernej samarytanki.
Tula pooya si wtedy koo niego i obja ramionami.
- Nigdy nie wolno ci mnie opuszczaą, Tomasie!
Nigdy, przenigdy! Nie masz pojcia, ile dla mnie zna-
czysz.
UŚmiechnĄ si leciutko, ze smutkiem.
- Wiesz, chyba naprawd bardzo si kochamy.
- Tak - cichutko odpara Tula.
Ale jest w tym coŚ wicej, dodaa w duchu. Duo, duo
wicej. Przy tobie potrafi zachowywaą si jak zwyky
czowiek.
- Zosta ze mnĄ, Tomasie! - bagaa zdesperowana.
Pogaska jĄ po policzku. Tula bya jedynĄ kobietĄ,
jakĄ kiedykolwiek kocha, lecz wiedzia o niej tak nie-
wiele.





ROZDZIA XII


Policjant i Kol obawiali si, e trzej pielgniarze
bdĄ usiowali ich zatrzymaą, zanim dojadĄ do Norrta-
lje. Magdalena nie powinna przecie dotrzeą do dziad-
ka i wyjawią mu prawdy o pobycie w tym strasznym
miejscu.
Nigdzie jednak nie byo widaą konnych. Najwidocz-
niej uwierzyli komendantowi na sowo i pojechali szukaą
cierpiĄcego na zaburzenie oĄdkowe Christera w pobliu
"Miosierdzia". Prawdopodobnie przeczesywali teraz
okolic wokó domu dla przewlekle chorych w po-
szukiwaniu zbiegów.
Mogli szukaą do woli.
Kiedy powóz zajecha na dziedziniec domu Molina,
byo ju niemal cakiem ciemno, ale na schody wyleg
spragniony nowin wielki komitet powitalny. A kiedy
z powozu wyniesiono Magdalen, okrzykom radoŚci nie
byo koca. Suba zgotawaa prawdziwĄ owacj, a stary
Molin tak si wzruszy, e musiano mu podstawią krzeso,
bo nie móg si utrzymaą na nogach. Wiele ez popyno
tego wieczoru.
Stan dziewczynki wzbudzi ogólne przeraenie. Ka-
dy chcia jej pomóc, wziĄą na rce i wnieŚą do Środka.
Zaraz napeniono wann ciepĄ wodĄ, a Anna Maria
i jedna ze suĄąyeh miay asystowaą dziewczynce pod-
czas kĄpieli.
Magdalena, przezwyciywszy pierwszĄ nieŚmiaoŚą,
rozkoszowaa si wspaniaĄ, gorĄcĄ wodĄ. Jak aksamit,
myŚlaa, kiedy kobiety starannie myy jej wosy. Nawet
w niebie nie mogo byą przyjemniej.
- Trudno, bdzierny chyba musiay obciĄą najgorsze
kotuny - ze smutkiem oznajmia Anna Maria.
- Ach, obcinajcie, ile chcecie.
- Zrobimy to moliwie najdelikatniej. Nie bdzie nic
widaą. A potem Heike ci obejrzy.
Magdalena zarumienia si po korzonki wosów. Za-
uwaya ju tego wielkiego potwora o agodnych oczach.
Anna Maria spostrzega zawstydzenie dziewczynki
i wyjaŚnia szybko:
- PrzygotowayŚmy dla ciebie czyste ubranie, co
prawda pozbierane od rónych osób. Ale dziadek obieca,
e jutro dostaniesz nowe suknie, kupione specjalnie dla
ciebie.
- Dzikuj - szepna Magdalena.
- A póniej bdzie kolacja w wielkiej jadaini. Wszyscy
chcĄ z tobĄ rozmawiaą.
Magdalena zamkna oczy, nie dbajĄc ju o to, co
dzieje si wokó niej. I tak spotykay jĄ same przyjem-
noŚci.
Pó minuty póniej przeraone kobiety musiay jĄ
budzią, by nie utopia si w wannie. Magdalenie zrobio
si nagle a zanadto rozkosznie.


Mczyzna o strasznej twarzy wysmarowa jĄ od stóp
do gów maŚciĄ, która w zetkniciu ze skórĄ nie wydawaa
si wcale tak ohydna, jak dziewczynka si tego obawiaa.
Przeciwnie, delikatnie chodzia jej poranione czonki
i agodzia swdzenie. Nie bya te lepka, ubranie nie
kleio si do skóry.
Ubranie... Miaa na sobie ŚlicznĄ sukienk w drobny
kwiatowy wzorek, wosy prawie jej wyschy, pachniaa
adnie, czystoŚciĄ. Anna Maria uperfumowala jĄ te
leciutko, uznaa bowiem, e Magdalenie mogo to po-
prawią humor, a zdecydowanie naleao jej si to po
dugim pobycie w takim piekle. Dziewczynka z wdzicz-
noŚciĄ przyjmowaa wszystkie zabiegi, a ju sama Świado-
moŚą, e pozbya si dokuczliwego robactwa, wywoywa-
a na ustach bogi uŚmiech.
Siedziaa przy wielkim stole, piknie nakrytym sreb-
rami, krysztaami i cienkĄ porcelanĄ, ozdobionym mister-
nie uoonymi kompozycjami z kwiatów. Specjalnie dla
niej nakadano mae, naprawd malekie porcje jedzenia,
by moga pokosztowaą wszystkich potraw. A wokó niej
siedzieli wyĄcznie dobrzy, yczliwi ludzie. Pod kszesem
lea Sasza.
Powinnam traktowaą to jako sen, myŚlaa, ale nie
mog. Czuj si cakiem przytomna i wprost bezwstydnie
mnie to cieszy.
Christer po przeciwnej stronie stou... Pomienie Świec
odbijajĄce si w gego uszczŚliwionych oczach. SpoglĄda
na mnie raz po raz i uŚmiecha si, dodajĄc mi otuchy.
Wcale nietrudno odpowiedzieą mu uŚmiechem.
Kiedy Śkoczyli deser, Molin da znak, by przeszli do
salonu. Ojciec Christera, Tomas, którego spotkaa kiedyŚ
dawno temu w uzdrowisku Ramlosa, ale nie moga z nim
parozmawiaą, bo stryj Julius jej zabroni, take by razem
z nimi. Siedzia oparty w najwygodniejszym fotelu,
a wszyscy si o niego troszczyli, zwaszcza matka Chris-
tera, w obecnoŚci której Magdalena czua si troch
niepewnie. Czy ta moda dziewczyna naprawd moga byą
matkĄ takiego dorosego chopca, prawie mczyzny? I jej
oczy... Có za niesamowita barwa, niemal równie tajem-
nicza jak u olbrzyma Heikego. Tula, tak miaa na imi,
wydawaa si osobĄ trudnĄ. Bardza miĄ, to prawda, ale
hardzo niekonwencjonalnĄ. Jakby nie tutaj byo jej
miejsce.
Magdalena wstrzĄŚnita zorientowaa si, e myŚlĄc
"tutaj" ma na myŚli nie to zgromadzenie, lecz "tu, na tym
Świecie".
Có za strasziwa refleksja!
Zaraz jednak dziewczynka musiaa zaprzĄtnĄą sobie
gow czym innym. Przyszed koniec miych pogawdek.
Komendant policjj zmieni ton:
- Magdaleno, wybacz, e nawet pierwszego wieczoru
nie damy ci spokoju, chocia powinnaŚ solidnie wypo-
czĄą, ale zrozum, mamy mao czasu. Musimy schwytaą
daktora Berga w puapk, zanim zwietrzy niebezpiecze-
stwo, i wane jest, byŚmy mogli mu postawią konkretne
zarzuty. Wkrótce doktor dowie si o twojej ucieczce.
Twoi rodzice i kuzynka sĄ ju w drodze tutaj, a nadal nie
wiemy, jaki jest ich udzia w caej tej sprawie. Po pierwsze,
musi istnieą jakaŚ wana przyczyna, dla której zostaaŚ
zamknita. Czy nigdy o tym nie wspominali?
Magdalena wzrokiem szukaa oczu Christera i znalaza
w nich si, która tak bya jej potrzebna.
- Nie - powiedziaa sabiutkim gosikiem, bo wicej
nie moga z siebie wykrztusią, mimo e Christer mocno
kiwa gowĄ. - Tylko doktor Berg i stryj Julius mówili coŚ
na ten temat. Najpierw twierdzili, e jestem sabowita,
a póniej, e jestem chora na umyŚle i wymagam opieki.
- Ale twoi rodzice nigdy nie powiedzieli nic takiego?
- Powtarzali tylko, e mao jem.
- A póniej zostaaŚ umieszczona w tym strasznym
domu? - zdumiaa si Tula. - Gdzie musiaaŚ godowaą?
Có to za logika!
Wzburzony Molin oznajmi:
- Znaem Magdalen przez pierwsze trzynaŚcie lat jej
ycia. Uwaaem jĄ zawsze za niezwykle rozumnĄ osóbk.
JeŚli ona jest obĄkana, to znaczy, e nikt z nas nie jest przy
zdrowych zmysach.
Uniosa gow.
- Na poczĄtku... w uzdrowisku Ramlosa, lekarz twier-
dzi, e jestem sabowita. Sabowita i nerwowa, musz
wic cierpieą na jakĄŚ gronĄ cielesnĄ chorob. Dopiero
póniej zaczĄ mówią, e jestem szalona.
- Poczekaj chwil - przerwa jej Christer. - Kiedy si
spotkaliŚmy trzy lata temu... Pamitasz, jak mówiaŚ mi, e
lekarz nie chcia suchaą o twoich koszmarach?
Heike nadstawi uszu.
- O koszmarach?
Magdalena zasonia oczy doniĄ.
- Nie chc o tym mówią.
- Ale z doktorem Bergiem chciaaŚ o tym poroz-
mawiaą? I on ci nie pozwoli?
- Nie, to byo inaczej - odpara Magdalena odsaniajĄc
twarz. Wydawaa si zupenie maa i bezradna, kiedy tak
siedziaa w prostej sukience w Ączk, z wilgotnymi jeszcze
wosami, przewiĄzanymi jedwabnĄ wstĄkĄ, stanowiĄc
centrum zainteresowania wszystkich zebranych. - Nigdy
nie mogam opawiedzieą o moich zych snach, bo nie
wiem, co mi si Śni.
Zapada cisza.
- Wytumacz nam to jaŚniej - poprasi Heike.
Dziewczynka miaa do niego zaufanie. Popatrzya mu
w oczy i zacza mówią:
- Budz si w nocy, bo pacz przez sen, ale nie wiem
dlaczego. Tyle waŚnie powiedziaam doktorowi, a on si
zirytowa i kaza mi przestaą wygadywaą gupstwa.
Heike pochyli sl w jej stron:
- Powiedz mi... Z twoich sów wynika, e koszmary
nadal ci drczĄ?
SpuŚcia gow.
- Przez cay czas, raz czŚciej, raz rzadziej.
- I nic z nich nie pamitasz?
- Nic poza tym, e ze strachu mocno bije mi serce.
Komendant uzna, e najwyszy czas porzucią ten
temat.
- Proponuj, byŚmy powrócili do faktów.
- Nie, nie. - Heike uaiós do w geŚcie ostrzeenia.
- SĄdz, e trafiliŚmy na coŚ istotnego. Ma pan racj, panie
komendancie, to nie jest naturalne, by ojciec umieŚci
córk w zamkniciu i potem cakiem o niej zapomnia, ani
razu jej nie odwiedzi. Jest tak, jak pan mówi: musi si za
tym kryą coŚ wicej. Magdaleno, czy naprawd nigdy nie
zapamitaaŚ, co ci si Śni?
Uciekaa ze wzrokiem, widaą byo, e si boi.
- Raz czy dwa wydawao mi si, e coŚ zapamitaam,
ale potem jakby sama si od tego odgrodziam. Chciaam
zapomnieą ten sen.
- Owe drobne przebyski sĄ bardzo wane - stwierdzi
Heike. - Czy cokolwiek z nich pamitasz?
Zastanowia si.
- Boj si, do szalestwa si boj, to wszystko, co mi
zostao.
Nikt nie wtrĄca si w rozmow, Heikemu pozo-
stawiono peoĄ swobod.
- Od jak dawna drczĄ ci te koszmary? Kiedy si
zaczy?
Christer przesiad si bliej Magdaleny i ujĄ jĄ za rk,
bo dziewczynka wydawaa sig tak strasznie, strasznie
samotna.
- Nie wiem - odpowiedziaa Magdalena Heikemu.
- Mam wraenie, jakby towarzyszyy mi od zawsze. Ale to
nie jest prawda. Miaam moe jakieŚ szeŚą, osiem lat, kiedy
si zaczy. To tak trudno powiedzieą.
- Tak, oczywiŚcie.
Heike dugo si namyŚla. Jego ogromna postaą
przyciĄgaa wzrok wszystkich zebranych. Przyprószone
siwiznĄ wosy byy równie sztywne i nieuadzone jak
w modoŚci. Autorytet, jaki sobĄ reprezentowa, niejed-
nemu wyda si wprost przytaczajĄcy.
- Magdaleno, czy zgodzisz si, bym ci uŚpi i kiedy
bdziesz pogrĄona we Śnie, zada kilka pyta?
Popatrzya na niego nic z tego nie rozumiegĄc, cay czas
tak samo wystraszona.
- Chciabym ci zahipnotyzowaą - powiedzia
mikko. - Poniewa dziewczynka jeszcze bardziej
si przerazia, doda: - Potem nic nie bdziesz pa-
mitaą.
Magdalena przenosia bagalny wzrok z jednej osoby
na drugĄ, wszyscy jednak byli tak samo zaskoczeni
i niepewni jak ona.
- Czy to niebezpieczne? - dopytywa si Molin. - Czy
moe jej zaszkodzią?
- O, nie, wprost przeciwnie - zapewni Heike. - Pró-
bowaem tego sposobu ju kika razy wczeŚniej w przypa-
dku ludzi, którzy sami wizili w gowie wasne myŚli. To
bardzo pomaga. Jestem prawie w peni przekonany, e
Magdalena pozbdzie si swoich koszmarów. A i my
czegoŚ wicej si dowiemy.
- Uwaasz, e niegodziwe potraktowanie jej przez
doktora Berga ma zwiĄzek ze zmorami, które jĄ drczĄ?
- Nie wiem, ale to nie jest wykluczone. Powiedz mi,
Magdaleno, czy zwierzaiaŚ si rodzicom z tego, e masz
ze sny, których póniej nie pamitasz?
Jej wzrok bĄdzi gdzieŚ w pustce.
- Nie... nie, chyba nie. Ale...
- Co takiego?
- Czasami stali nad moim ókiem i pytali, dlaczego
pakaam albo krzyczaam przez sen. MyŚl, e nie
potrafiam im na to odpowiedzieą, bo przecie sama nie
wiedziaam.
- I nigdy wczeŚniej nie widziaaŚ doktora Berga,
poznaaŚ go dopiero w uzdrowisku Ramlosa?
- Tak, by zupenie obcĄ osobĄ.
- No, tak. A teraz powiedz mi, czy si zgadzasz...
Dziewczynka dugo Ściskaa do Christeca. Wreszcie
zrezygnowana skina potakujĄco gowĄ, jakby uznaa, e
los tak chce i nie mona si mu przeciwstawiaą.
Pora bya ju póna, niedugo miaa wybią pónoc, ale
nikt nie mia ochoty si kaŚą, nawet Tomas. Jak powie-
dzia, bardziej by si niepokoi, leĄc samotnie w sypialni,
nie wiedzĄc, co si dzieje.
W pokoju zapony Świata. Wniesiono wielkie kan-
delabry, zakoysay si pomienie wielu Świec.
Magdaiena usŚada w wygodnym fotelu. Nalegaa, by
Heike pozwoli jej trzymaą Christera za rk, Heike
zgodzi si pod warunkiem, e Christer si odsunie, gdy
dziewczynka zapadnie w sen.
Pozostali usadowili si nieco dalej. SuĄcy dyskretnie
trzyma si z tyu.
Heike usiad tu przed MagdalenĄ.
Niewiele czasu upyno, a ju udao mu si wprowa-
dzią jĄ w hipnotyczny trans. Mao brakowao, a inni
posnliby wsuchani w dwik jego monotonnego gosu,
nawet sam Christer. SuĄcy take musia wziĄą si
w garŚą, kiedy o may wos nie polecia na serwantk.
Heike da znak Christerowi, by odsunĄ si od Mag-
daleny.
Dziewczynka spaa.
- Magdaleno - powiedzia Heike. - Masz trzynaŚcie
lat. JesteŚ w uzdrowisku Ramlosa. Przed tobĄ siedzi
doktor Berg. Czy ja go kiedyŚ widziaaŚ?
PogrĄona w hipnotycznym transie dziewczynka leciu-
tko zmarszczya brwi.
- Taak - odpara z wahaniem.
Zebrani drgnli i pochylili si bliej, jakby pragnli
usyszeą jĄ wyraniej. Przecie dopiero co zaprzeczya!
- Masz teraz dwanaŚcie lat, Magdaleno. Twoje urodzi-
ny. Co si teraz dzieje?
Na ustach dziewczynki pojawi si uŚmiech.
- Dostaam od dziadka szczeniaczka. Jest taki Ślicz-
ny. MówiĄ, e to terier. Bgdzie nazywa si Sasza.
I niedawno urodzi si braciszek, jest sodki, bardzo go
lubi. - Buzia Magdaleny zasmucia si nagle. - Ale nie
wolno mi go dotykaą, ojciec tak si o niego boi. Ojciec
wcale ju mnie nie dostrzega, waŚciwie zawsze tak byo,
ale teraz ju w ogóle si nie licz.
Molin, dziadek dziewczynki, westchnĄ z alem.
Heike pyta dalej:
- Magdaleno! Masz osiem lat. Twoje urodziny. Co si
teraz dzieje?
Twarz jej si ŚciĄgna, gos by bardziej dziecinny.
- Nie pozwolono mi obchadzią urodzin, bo byam
niegrzeczna. Rano si nie zgodziam, by macocha mnie
uczesaa.
- Nazywasz jĄ macachĄ?
- Tak, bo ona nie jest mojĄ prawdziwĄ mamĄ.
Owszem, jest mia, ale ja nic jĄ nie obchodz. Nie chc,
eby mnie dotykala.
W gosie Heikego brzmiaa teraz ostronoŚą:
- Magdaleno... czy nocĄ drczĄ ci ze sny?
Dziewczynka poruszya gowĄ.
- Nie wiem. Budz si zapakana i przestraszona.
- Masz teraz szeŚą lat. SĄ twoje urodziny.
Zrozuniieli, e Heike za kadym razem wybiera dzie,
który atwo zapamitaą. Urodziny to dla dziecka wielkie
wydarzenie.
- Czy ŚniĄ ci si koszmary, których si boisz, chocia
ich nie pamitasz?
- Tak - odpara Magdalena cicho nowym, dziecinnym
gosem.
Heike odetchnĄ glboko.
- Magdaleno, dzisiaj koczysz cztery lata. Czy ju
drczĄ ci ze sny?
Na buzi dziewczynki odmalowa si strach.
- Tak, tak - jkna.
- Magdaleno, dziŚ sĄ twoje trzecie urodziny. Czy
drczĄ ci ze sny?
Dziewczynka odzyskaa spokój.
- Jakie ze sny?
- A wic coŚ musiao si wydarzyą midzy trzecimi
a czwartymi urodzinami - orzek Heike zgnbiony, nie
wiedzĄc, jaki dzie ma teraz wybraą.
- Dwudziesty czwarty padziernika - szeptem pod-
sunĄ Molin.
Heike kiwnĄ gowĄ. Molin by bardzo inteligentym
czowiekiem, dla którego ywi wielki szacunek. Niestety,
nie pomyŚla o tym, e trzyletnia dziewczynka nie umie
rozpoznaą daty.
- Czy jaŚnie pan moe mi daą jakieŚ konkretne
wskazówki dotyczĄce tego dnia? - poprosi cicho.
Molin zawaha si, westchnĄ.
- Jej matki ju nie ma.
Heike na par chwil przymknĄ oczy.
- Magdaleno. W domu jest tak cicho, wszyscy chodzĄ
smutni. Nie moesz zobaczyą si z mamĄ. MówiĄ ci, e
ona nie yje. Czy to prawda?
Klatka piersiowa Magdaleny gwatownie wznosia si
i opadaa, dziewczynka najwyraniej przeywaa wielkie
wzburzenie.
- Ona jest tam teraz - mruknĄ Heike do zebranych.
- Magdaleno, co dzieje si wokó ciebie?
Niespokojnie rzucaa si na fotelu, jakby chciaa si od
czegoŚ uwolnią. Nie wiadomo, czy uciekaa przed pytania-
mi Heikego, czy te przed czymŚ innym.
By uspokoią jĄ nieco, Heike spyta:
- Czy dziadek jest z tobĄ?
Napicie zelao, odetchna.
- Dziadek... Dziadek niedugo przyjdzie. Czekam na
dziadka.
Gos, jaki syszeli, naprawd by gosem dziecka.
- Dziadek przyjedzie, jak tylko bdzie móg - obieca
Heike. - Czy... czy jest ci smutno?
Powieki dziewczynki dray.
- Mama? Nie mog iŚą do mamy.
- Czy czujesz si bardzo samotna?
- Tak - ciko dyszaa. - Boj si.
- Boisz si? Kogo?
Zaszlochaa, jakby zaraz miaa wybuchnĄą paczem.
- Ich!
- To znaczy kogo?
SuchajĄc jej aosnyąh jków z trudem zachowywali
spokój. Christer chcia powstrzymaą Heikego od zadawa-
nia pyta, które sprawiay dziewczynce tyle bólu, choą
jednoczeŚnie zeraa go ciekawoŚą, jak to si skoczy.
- Kogo si boisz? - powtórzy pytanie Heike, kiedy
Magdalena wzbraniaa si przed odpowiedziĄ.
- Nie wiem. JakiegoŚ pana i pani. Oni mogĄ wrócią.
Znów si musz schowaą.
Wyraz oczu Heikego by niezbadany.
- Twój ojciec, Magdaleno. Czy on ich zna?
Po policzkach dziewczynki spyway zy.
- MyŚl, e tak.
- Dlaczego tak myŚlisz?
Gwatownie pokrcia tylko gowĄ.
Heike powoli odwróci si do Molina i cicho zapyta:
- Kiedy zmara paska córka? O jakiej porze dnia?
- NocĄ.
- A jaka bya przyczyna Śmierci?
- Nie wiem. Rano znaleziono jĄ martwĄ w óku.
Lekarz, który jĄ bada, stwierdzi, e prawdopodobnie
miaa sabe serce. Poprzedniego dnia ciko pracowali
w ogrodzie, przesadzali jakieŚ drzewka i krzewy. Moja
córka z zapaem pomagaa subie, bo takĄ waŚnie miaa
natur. Widaą serce nie wytrzymao przeciĄenia.
- Kim by lekarz, który bada jĄ po Śmierci?
- Nigdy o to nie pytaem. aoba mnie przygniota.
Zapada gboka cisza. Heike ju wczeŚniej wyĄczy
Magdalen z rozmowy, nakazujĄc jej spaą gboko i nicze-
go nie syszeą.
- Czy si odwaymy? - zapyta Heike Molina.
Stary czowiek nie móg si zdecydowaą.
- A czy ona to zniesie?
Heike popatrzy na drobnĄ postaą w fotelu.
- Jest bardzo zmczona, powinna odpoczĄą, zwasz-
cza po takim dniu jak dzisiejszy, penym wrae i zmian.
Ale wrócia pamiciĄ do tej chwili, póniej ju moe si
nam to nie udaą. Chyba najlepiej si stanie, jeŚli bdziemy
mieli to za sobĄ.
- Tak - przyzna policjant. - Nie mamy czasu do
stracenia, musimy wszystko wyjaŚnią.
Heike by tego Świadom. Znów nawiĄza kontakt
z dziewczynkĄ.
- Magdaleno. Jest noc poprzedzajĄca ten smutny
dzie, kiedy nie moesz zobaczyą si z matkĄ. Leysz
w óeczku, prawda? Opowiedz mi o tej nocy, o tym, co
si wydarzyo. Czy Śpisz?
Twarz Magdaleny ŚciĄgnĄ grymas strachu, oddychaa
szybko, pytko.
Czekali.
- Co si dzieje, Magdaleno? - znów zabrzmia cichy,
jednostajny gos Heikego.
Dziewczynka zakaa.
- Obudziam si. KtoŚ krzyczy.
Popatrzyli na siebie.
- To gos mamy, poznaam go, choą brzmia tak
dziwnie. Wstaam z óka i wyszam na korytarz. Musia-
am sprawdzią, czy mam nic nie boli...
Opowiadanie urwao si. Dziewczynka bardzo poblad-
a. Na twarzy miaa wypisany strach dziecka, które
niczego nie rozumie.
- I co si stao potem, Magdaleno?
Najpierw z jej ust wydoby si jk protestu, jakby
bronia si przed czymŚ z caych si, a potem rozleg si
krzyk:
- Nie! Nie! Nie chc!

Magdalena znów miaa trzy i pó roku.
W korytarzu byo ciemno, palia si tylko maa lampka
przy schodach. Dziewczynka nacisna klamk umiesz-
czonĄ tak wysoko, e aby jej dosignĄą, musiaa wspiĄą si
na palce.
Podreptaa wzdu korytarza. Od schodów po jej
bosych stopach ciĄgno chodem.
Baa si zawoaą mam.
Drzwi do pokoju matki byy lekko uchylone, ze Środka
dobiegay szepty.
Nie chciaa ju w tym uczestniczyą, pragna ode-
rwaą si od tego, co dziao si wokó niej, ale gboki
monotonny gos przez cay czas prosi, by sza dalej,
by dalej patrzya. Ten gos nie mia nic wspólnego
z domem, korytarzem i mamĄ, nie moga zrozumieą,
skĄd dochodzi, bo nie znaa nikogo o podobnym
gosie. Dociera jakby z innego czasu, z innego miej-
sca...
W sypialni mamy ktoŚ rozmawia podnieconym szep-
tem. Dobiegay stumione odgosy walki.
Boj si, mamo! Mamo, czy ty jesteŚ chora?
Czy mam otworzyą drzwi? A jeŚli rozgniewajĄ si na
mnie? To takie okropne, jak ktoŚ si na mnie zoŚci, od
razu boli mnie brzuch. Ojciec powiedzia, e nie wolno mi
w nocy wchodzią do pokoju mamy, nawet kiedy prze-
strasz si tej wielkiej gazi, która uderza w okno. JeŚli
ojciec jest tam w Środku, to nie wejd, bo on jest taki
surowy.
O! Mama znów krzykna! Ale tak dziwnie krótko...
"Trzymaj jĄ mocno - szepce jeden z gosów. - Nie
wolno ci teraz puŚcią..."
ZaglĄdam do Środka, moe mama mnie potrzebuje.
Ale co to?
Co oni robiĄ z mamĄ?
Boj si, musz uciekaą! Nie, nie mog.
Co to za pan i pani? Ojca nie ma...
Nie znam ich.
Aaach... nakryli twarz mamy poduszkĄ! I mocno
przytrzymujĄ. Mama nie moe wstaą.
Biedna mama! Tak nie wolno robią!
Nie mog si ruszyą. Chc jej pomóc, ale stoj
w miejscu. Nie mog wydusią z siebie gosu. Krzycz, ale
niczego nie sychaą. Jakie to dziwne!
ProstujĄ si, oddychajĄ z ulgĄ, patrzĄ na siebie. "No,
zaatwione" - mówi pani. Ma taki zimny, nieprzyjemny
gos. I mnie si robi zimno.
Ueiekam na korytarz.
WychodzĄ! Musz si schowaą, oni sĄ niebezpieczni!
Pod stó z opuszczanĄ klapĄ...
KtoŚ wchodzi po schodach. Dwie osoby.
To ojciec i jeszcze ktoŚ. Stryj Julius, on ma taki
chrypiĄcy gos.
Musz powiedzieą ojcu, co oni zrobili!
Ale znów nie mog si ruszyą. Boj si. Ojciec si na
mnie rozgniewa. Jak zawsze.
Wszyscy si zatrzymujĄ. Tu koo mnie.
"Na mioŚą boskĄ! - mówi ojciec. - Co wy tu robicie?"
Obcy mczyzna ma taki zy gos. "Tego waŚnie
chciaeŚ, prawda?"
"Ja? Nie rozumiem, o czym mówisz? Co wyŚcie
zrobili?!"
"To, o czym mówiliŚmy."
"O czym mówiliŚmy? - powtarza ojciec. - Przecie my
o niczym takim nie mówiliŚmy!"
"Doprawdy?"
"Ale... czyŚcie poszaleli? To bya tylko rozmowa!"
"Czyby? - wtrĄcia dama. - Dlaczego wic daeŚ mi
klucz do swojego domu?"
"No, rozumiesz to chyba!" - wyjĄka ojciec.
"Nie. Przecie twoja ona nigdzie nie wychodzia, nie
byo wic adnego powodu, by dawaą mi klucz!"
Obcy mczyzna powiedzia: "Nie myŚlaeŚ, e nas tu
zastaniesz, co? Za wczeŚnie przyszedeŚ do domu albo my
si spóniliŚmy. ZabraeŚ ze sobĄ Juliusa jako alibi.
MieliŚcie znaleą jĄ martwĄ. Ale plan si nie uda,
przyjacielu!"
Usyszaam, e ojciec zwraca si do stryja Juliusa:
"Juliusie, ty wiesz, e ja w tym nie braem udziau. Wiesz,
e cay wieczór spdziem z tobĄ".
Gos stryja Juliusa zaskrzecza podejrzliwie: "W czym
takim nie braeŚ udziau?"
"O mój Boe! Ci dwoje i ja siedzieliŚmy kiedyŚ
i artowaliŚmy, co by byo, gdybym zosta wdowcem.
I oni potraktowali moje sowa powanie! Boe, co ja teraz
zrobi? Ja umywam rce!"
Stryj Julius zwleka z odpowiedziĄ: "GdybyŚ zosta
wdowcem... bybyŚ bardzo bogaty, prawda?"
"OczywiŚcie, e nie - odpar ojciec uraony. - Niczego
nie dziedzicz. Stary w testamencie zapisa wszystko
Magdalenie. Nie mam adnego powodu, by..."
"Masz, masz - przerwa mu stryj Julius. - Kiedy
stary umrze, a nastĄpi to niechybnie, twoja córka b-
dzie bardzo bogata. A twoja córka jest jeszcze bardzo,
bardzo malutka. Ale ja niczego nie widziaem. Nicze-
go!"
"To dopiero mĄdre sowa - stwierdzi nieznajomy.
- No, w kadym razie ju po wszystkim".
Ojciec zaczĄ szeptaą: "Czy zostay jakieŚ Ślady?"
"adnych - odpar mczyzna. - I nie ma powodów do
obaw. Jutro rano wezwij mnie, ja jĄ zbadam".
"A dziewczynka?"
"Zaraz pójd zobaczyą" - powiedziaa dama.
Ooch, idzie teraz do mojego pokoju, otwiera drzwi
i zaglĄda do Środka. A ja le tu, schowana pod stoem!
"Nie ma jej w óku!"
"Do diaba! JakeŚcie to zaatwili? Gdzie jest dzieciak?
Musimy jĄ znaleą!"
"Czy... wyprawimy jĄ w podobnĄ podró?"
"Nie, do czorta, nie jestem barbarzycĄ!"
"OczywiŚcie - sucho zauway mczyzna. - Nie
wolno pozbywaą si kury, która znosi zote jaja. Bez
dziecka nic nie jesteŚ wart!"
"Zamknij si! Poszukajcie jej! Julius i ja pójdziemy
tdy. I pamitajcie: ja nie braem udziau w tym bezece-
stwie!"
OdchodzĄ. Musz jak najprgdzej wrócią do óka.
O tak! Chc do mamy, ale oni sĄ groni! Musz spaą! Pod
kodrĄ!
Serce uderza mi tak mocno. Zaraz rozpknie si na
kawaki.
IdĄ!
"Przecie ona tu jest!" - szepna pani.
"Znikajcie stĄd - równie cicho nakaza ojciec. - Osza-
leliŚcie? Chcecie si jej pokazaą? Magdaleno? pisz?
ZaglĄdaem do ciebie, nie byo ci w pokoju". Nigdy nie
mówi do mnie takim miym gosem.
"Musiaam iŚą do azienki."
Jak dziwnie brzmi mój gos!
Ojciec stoi, jakby chcia mi coŚ powiedzieą, o coŚ
zapytaą, ale nie Śmie.
Odchodzi.
Mamo! Mamo! Tak mi le! Gowa zaraz mi pknie. Nie
wolno mi pakaą, nie wolno, nie wolno! Gowa rozpadnie
mi si na kawaki, nie mog, nie mog...
Nic si nie stao.
OczywiŚcie, nic si nie stao, to by tylko sen.
Niczego nie widziaam. Musz to sobie zapamitaą,
niczego nie widziaam, niczego nie widziaam, niczego!
Tak mnie boli gowa!
Musz zapomnieą, zapomnieą, musz zapomnieą, za-
pomnieą, zapomnieą... Nic si nie wydarzyo, niczego nie
widziaam.
To nic, to by tylko sen.
Krci mi si w gowie, wszystko dokoa wiruje, tak
ciemno, ciemno, odpywam...


- Magdaleno! Zbud si, Magdaleno!
Kto tak okropnie wrzeszczy, z paczem? Te straszne,
ŚwidrujĄce w uszach krzyki!
- Magdaleno! JesteŚ ju bezpieczna.
- Niczego nie widziaam, niczego! Musz zapomnieą,
musz o wszystkim zapomnieą!
- Magdaleno, kochana, nie krzycz ju.
To gos dziadka, taki stary. Ale ten drugi gos, który
monotonnie zachca jĄ przez cay czas, by sza dalej,
powiedzia, e najlepiej bdzie, jeŚli wykrzyczy swój al.
Zbyt dugo by tumiony.
- To si nie wydarzyo, nie stao, wszystko to sobie
wmówiam, to tylko sen...
Urwaa nagle. GoŚno jczĄc gwatownie pochylia
si w przód, widziaa tylko wosy, które opady jej na
twarz.
To ona sama tak krzyczaa!
Ile tu ludzi dookoa!
Z wolna powracaa do rzeczywistoŚci. Dziadek by
przy niej, i Christer, i ten, którego nazywali Heikem,
i jeszcze par innych osób.
- Lepiej si teraz czujesz? - cicho zapyta Heike.
PrzykucnĄ przy niej, wielki kudaty stwór o takich
dobrych, agodnych oczach. - Wybacz mi, ale tak byo
najlepiej dla ciebie.
Wszelkie tamy puŚciy. Z piersi Magdaleny wydoby
si goŚny jk, który przerodzi si w cichy, zawodzĄcy
pacz.
- Mamo! - alia si dziewczynka. - Zabili jĄ! Zabili!
Dziadek walczy ze zami.
- Zamordowali moje jedyne dziecko! Nigdy nie podo-
ba mi si ten czowiek, którego ona wybraa dla naszej
córki. Ale dziewczyna bya w nim taka zakochana i on tak
zabiega o jej rk, adorowa jĄ, jakby bya ksiniczkĄ!
- W pewnym sensie tak waŚnie byo - zauway Kol.
- Jedyna córka najbogatszego czowieka w mieŚcie.
- Pomoemy teraz Magdalenie pooyą si do óka
- agodnym gosem oznajmia Anna Maria. - KtoŚ z nas
bdzie czuwa przy jej óku przez caĄ noc, nie odstpujĄc
jej nawet na chwil. Pozwólmy dziewczynce pakaą
w spokoju, bardzo jej tego potrzeba.
Wszyscy si z niĄ zgodzili.
Magdalena pozwolia podnieŚą si z fotela. Podchodzili
do niej kolejno, obdarzali uŚciskiem albo czule caowali
w policzek. Z oczu bia im yczliwoŚą, zrozumienie
i wspóczucie.
Christer by taki kochany. Z powagĄ pogadzi jĄ po
wosach, na moment jego do spocza na karku dziew-
czynki, ale ona bya jak oguszona. zy jednak przestay
pynĄą. Czua tylko, e jest Śmiertelnie zmczona, nie
miaa si, by dojŚą do sypialni.
- Dostaniesz Środek na uspokojenie, pomoe ci zasnĄą
- obieca Heike. - Do jutra rana ból osabnie, oswoisz si
z nim.
- Jeszcze chwileczk, Magdaleno - poprosi komen-
dant, kiedy dziewczynka staa ju w drzwiach pod-
trzymywana przez Ann Mari. - Jeszcze tylko jedno
pytanie, potem naprawd bdziesz ju miaa spokój.
Czy widziaaŚ tych dwoje póniej? Mczyzn i kobiet,
którzy przebywali w sypialni twojej matki owej tragi-
cznej nocy?
- Tak - odpara Magdalena zdumiona, jak ochryple
zabrzmia jej gos. - Mczyzna to doktor Berg.
A kobiet poŚlubi póniej mój ojciec. To moja maco-
cha.





ROZDZIA XIII


Stary Molin poprosi wszystkich, by przenocowali
w jego wielkim domu. Nikt nie wiedzia, kiedy mogĄ
pojawią si Backmanowie albo doktor Berg, a Molin nie
chcia byą w tym momencie sam z MagdalenĄ.
- Pierwszy jutrzejszy posiek zostanie podany o dwu-
nastej - zapowiedzia. - Osoba, która wstanie wczeŚniej,
sama sobie bdzie winna.
WyglĄdao jednak na to, e nikomu to nie grozi. Zanim
znaleli si w ókach, nasta ju ranek, a poniewa
wieczór i noc obfitoway w wydarzenia, wszyscy byli
zmczeni i do poudnia dom Molina sprawia wraenie
wymarego.
Dzie ciĄgnĄ si tak, jak si zaczĄ, prawdziwy dzie
wypoczynku. Magdalena przesypiaa kolejne posiki, ale
nikt nie uwaa za stosowne jej budzią, dziewczynce
naleao si wytchnienie.
Jedynym wydarzeniem tego dnia by list do Christera,
który od dawna ju krĄy, nie mogĄc trafią do adresata.
Przyszed od dziadka i babci, Gunilla pisaa, e Erland
znów potrzebuje wnuka do pomocy przy Śluzie, bo
najwidoczniej nie by wcale tak silny, jak mu si wydawa-
o. Gunilla miaa im take do przekazania bardzo przyjemnĄ
nowin. Zostali zaproszeni prze Arvida Mauritza Possego
na uroczystĄ ceremoni otwarcia kanau Gota i towarzy-
szĄce temu przyjcie. Podobne imprezy odbyway si za
kadym razem, gdy oficjalnie oddawano do uytku
kolejne czŚci kanau, a odcinek przy Motala jakoŚ nie
móg doczekaą si swej uroczystoŚci. W obchodach
niedaleko Linkoping mieli uczestniczyą wszyscy wielcy
z okolicy.
Zaproszono take rodzin Ludzi Lodu. Gunilla napisa-
a, e dostĄpili tego zaszczytu w podzikowaniu za dugĄ
i wiernĄ sub rodowi Possech, a take dlatego, e Erland
i Christer zatrudnieni byli przy obsudze kanau. Dziadek
na wieŚą o tym mao nie pk z dumy.
Christer, przeczytawszy list, teatralnym gestem zama-
cha rkami.
- Przecie ja nie mog teraz wyjechaą! - zawoa.
- Magdalena bardziej mnie potrzebuje. Miaem waŚnie
zamiar prosią o jej rk, ale kiedy usyszaem o Backmanie,
który poŚlubi paskĄ córk, jaŚnie panie, po to tylko, by
zawadnĄą fortunĄ, boj si, e i ja zostan potraktowany
jak owca posagów.
Molin uŚmiechnĄ si, ale kiedy uŚcisnĄ do modego
chopaka, z jego oczu promieniowaa yczliwoŚą.
- Nikt nie podejrzewa ci o to, e jesteŚ owcĄ
posagów, i jeŚli chcesz znaą moje zdanie, to lepszego
ma dla Magdaleny nie mógbym sobie wymarzyą.
Ale czy nie sĄdzisz, e ona powinna najpierw troch
dorosnĄą? I ty sam na razie nie jesteŚ zgrzybiaym
starcem.
Chopiec spuŚci oczy.
- Ale tak, oczywiŚcie, jaŚnie panie. Nie chc tylko,
eby bya taka samotna, zwaszcza e ci potworni morder-
cy czyhajĄ pewnie na jej ycie.
- Tymi potwornymi mordercami si zajmiemy, ju ty
si o to nie martw. Obiecuj ci, bd strzeg Magdaleny
dla ciebie jak oka w gowie. Wróą za par lat, zobaczymy,
czy wasze uczucia wytrzymajĄ takĄ prób.
- Dzikuj, jaŚnie panie - odpar Christer. - Ale moje
uczucia nigdy si nie zmieniĄ.
- Co do tego ostatniego, to sĄdz, e Christer ma
racj - wtrĄci si Heike. - My z Ludzi Lodu zazwyczaj
jesteŚmy wierni. Wielka mioŚą na ogó trwa przez cae
ycie.
- To brzmi obiecujĄco - stwierdzi Molin. - Zatem
jeszcze jedno przemawia na korzyŚą Christera. Ale myŚl,
e troch z tym poczekamy, prawda?
Wszyscy si z nim zgodzili.


Ku Norrtalje pdzi powóz.
Radca handlowy Backman siedzia sztywno, napinajĄc
wszystkie miŚnie, bo stara si, by nie kiwaa mu si
gowa tak, jak towarzyszĄcym mu paniom. Zawsze bardzo
przejmowa si swoim wyglĄdem i wraeniem, jakie
wywiera. Ogromnie wane byo dla niego, co sobie
pomyŚlĄ o nim inni.
Posaniec z Norrtalje przyby akurat w tygodniu,
kiedy Backmanów spotkao wiele nieprzyjemnoŚci,
i nowina podziaaa na niego oywczo. Nareszcie
pokae tym wszystkim w Linkoping, co tak si wywy-
szajĄ!
Jakie cikie czasy dla niego nastay! Ile upokorze!
Kolejny raz jego osoba zostaa pominita w kolegium
handlowym. Pojawia si moliwoŚą awansu i kandyda-
tura Backmana bya oczywista. A jednak ci idioci wy-
brali zamiast niego Anderssona! Anderssona! Takie ze-
ro!
Backman przez wiele nocy nie móg spaą, przewracajĄc
si w óku obmyŚla srogĄ zemst.
Nareszcie zaistniay stosowne okolicznoŚci! Utrze nosa
wszystkim zasiadajĄcym we wadzach kolegium. Powinno
mu si nadaą szlachectwo i có, pewnie teraz to nastĄpi,
stanie si wszak waŚcicielem takiej fortuny. Bdzie si
nazywa af Backman albo lepiej af Backenstierna, to brzmi
jeszcze dostojniej. Caa ta miernota z Linkoping bdzie si
mu nisko kaniaą. Có go w takiej sytuacji obchodzi
awans? MogĄ si wŚciekaą, ile im si ywnie podoba, on
teraz bdzie móg spoczĄą na laurach.
- Mam nadziej, e zabraaŚ aobny strój - zwróci si
do maonki.
- Tak, tak. Wszystko mam przygotowane.
- Magdaleno - tym razem skierowa swe sowa do
modej panny. - Przez cay czas, kiedy bdziesz w domu,
masz mieą na gowie ten kapelusik z woalkĄ! Starzec jest
prawie Ślepy, ale mogĄ byą inni... JeŚli nadal ma tego
samego suĄcego, to moe byą ciko, pamitam te, e
przez dom Molina przewijao si sporo jego przyjació.
- Ale Magdalena i ja byyŚmy bardzo do siebie
podobne - stwierdzia dziewczyna.
Backman popatrzy na niĄ sceptycznie. To prawda,
dwie Magdaleny byy kuzynkami, pewne podobiestwo
rodzinne musiao istnieą. Nie byo jednak uderzajĄce.
Wyjrza przez okno na Świat zalany deszczem. MyŚlami
cofnĄ si w przeszoŚą.
Kobieta, która siedziaa teraz obok niego w powozie...
By wprost zauroczony modĄ, przeŚlicznĄ IdĄ Berg! Musia
jĄ mieą, to byo silniejsze od niego, no i przecie kady
mczyzna ma prawo do krótkiej przygody, prawda?
Okazao si jednak, e Idzie to nie wystarcza. Nie
chciaa mieą rywalki. "Rozwied si z onĄ, a wtedy
dopiero porozmawiamy o czym innym".
RozwieŚą si z córkĄ Backmana? Straciby wówczas
wszystko! Nie dba o niĄ, to prawda, nigdy jej nie kocha.
Zaleao mu jedynie na moliwoŚciach, jakie dawao
maestwo z dziedziczkĄ takiej fortuny.
Nie umiaa nawet daą mu syna.
Skierowa wzrok na maego chopczyka, który wy-
strojony siedzia u jego boku. Nareszcie mia syna. Swoje
drugie wcielenie!
Kuzyn Idy, doktor Berg, by staym goŚciem w jego
domu. Wspólnie uknuli jake chytry plan...
Ale on sam nie bra w tym udziau. Nie móg
zrozumieą, w jaki sposób klucz do jego domu móg
znaleą si w torebce Idy. JeŚli on go tam woy, to
dawno ju o tym zapomnia.
By cakowicie niewinny.
Przeklte fajtapy! Ida i Berg nie zdĄyli usunĄą si na
czas, zanim Julius i on wrócili do domu! Juliusa wic
take naleao w to wciĄgnĄą.
No, ale t kwesti udao si jakoŚ rozwiĄzaą.
Gdyby tylko nie fakt, e dziewczynk zaczy drczyą
koszmary! DokĄd to mogo ich zaprowadzią?
Widziaa coŚ wtedy, czy te nie?
Doktor Erik Berg i tym si zajĄ. Backman mia
naprawd czyste rce. Lekarz stwierdzi, e Magdalena
postradaa zmysy i naley umieŚcią jĄ w odosobnieniu.
Ale on, Backman, nalega, by wyszukali miejsce, gdzie
byoby jej dobrze i niczego nie brakowao. Tak, Ida
i doktor Berg mieli si tym zajĄą.
Zapewnili, e znaleli dia niej miejsce w bardzo
dobrym domu. "Miosierdzie", ju sama nazwa gwaran-
towaa najlepszĄ opiek. Tak, tak, nikt nie zarzuci
Backmanowi, e nie zadba o chorĄ córk. No i moe byą
spokojny, ona nigdy stamtĄd nie wyjdzie. Ci, którzy si
niĄ zajmujĄ, przywykli do uroje osób chorych na umyŚle.
NieszczŚnicy ciĄgle opowiadajĄ o mordercach w rodzi-
nie, a opiekunowie wiedzĄ, e nie naley na to zwracaą
uwagi.
Doktor Berg z poczĄtku wspomnia, e byą moe
byoby najlepiej, gdyby dziewczynka po prostu... No,
chyba nie musi nazywaą rzeczy po imieniu?
Backman jednak uniós si gniewem. Co te ten
czowiek sobie wyobraa? e radca handlowy pragnie
odebraą ycie swemu dziecku? DonoŚnie krzycza o swej
niewinnoŚci i mioŚci do córki. Doktor pogardliwie wydĄ
usta, ale ustĄpi. Dziewczynce darowano ycie, ale po-
starano si za wszelkĄ cen uniknĄą kopotów, jakie moga
sprawią.
Backman niespokojnie omiata wzrokiem zalanĄ desz-
czem okolic. OczywiŚcie, e nie mia czasu na od-
wiedziny! I dla dziewczynki nie byoby dobrze, gdyby
przypominano jej o istnieniu Świata poza zakadem. Dla
wszystkich chyba byo doŚą jasne, e nie móg jej
odwiedzaą. Zwaszcza e mia pewnoŚą, i uczyni dla niej
wszystko... Paci niepotrzebnie duo tylko po to, by
zapewnią jej dobrĄ opiek.
Backman zerknĄ na drugĄ Magdalen. Chtnie zgodzi-
a si na odgrywanie swojej roli, kiedy zamknli w odoso-
bnieniu jego prawdziwĄ córk. Bo przecie Backman
musia mieą córk, która odziedziczy kiedyŚ fortun po
dziadku, inaczej wszystkie ich wysiki poszyby na marne.
Obiecali jej pią tysicy, ogromnĄ sum, i dziewczynka
natychmiast pokna haczyk. Udawaa, e uronia kilka
ez nad losem swej stryjecznej siostry, ale szybko po-
wrócia do równowagi.
Ale staremu najwyraniej nie spieszyo si do Śmierci i,
prawd mówiĄc, Backman mia ju doŚą tego, e lata
mijajĄ, a po domu krci si obca osoba. Co prawda bya
jego bratanicĄ i w pewnym sensie spoczywa na nim
obowiĄzek zajcia si sierotĄ, zwaszcza po tym, jak
duktor Berg wyprawi jej ojca na tamten Świat, ale nikt
przecie nie móg wymagaą, by Backman ywi dla niej
jakieŚ ojcowskie uczucia? Przydawaa si czasami jako
opiekunka do dziecka, ale, doprawdy, bya bardzo niecie-
kawĄ osobĄ. Poza tym ostatnio zacza przybieraą na
wadze i trzeba byo jĄ powstrzymywaą od jedzenia, bo
przecie musiaa przypominaą prawdziwĄ Magdalen!
Nareszcie jednak niezasuone udrki radcy hand-
lowego miay si ku kocowi. Stary lea na ou Śmierci.
Doktor Berg w potajemnie sanych listach skary si, e
starzec jest wyjĄtkowo ywotny, ale teraz kres by ju
bliski.
Stary nalega jednak na przyjazd wnuczki. Przed
ŚmierciĄ chcia jĄ jeszcze raz zobaczyą, no, ale z powodu
fanaberu Molina nie musieli si wcale tak spieszyą! Chyba
e... Chyba e w testamencie znajdowaa si klauzula
wymagajĄca obecnoŚci dziewczynki tu przed ŚmierciĄ
starego Molina. Tak waŚnie mogo wynikaą z listu.
I dlatego Backmanowie gnali przez wschodniĄ Szwecj,
jakby chodzio o czyjeŚ ycie. I tak te byo w istocie, choą
nie o ich ycie sza stawka.


Do Norrtalje dotarli po poudniu.
Wszystko byo jeszcze mokre po deszczu. Bruk, liŚcie
na drzewach, dachy domów poyskiway w promieniach
soca.
PosiadoŚą Molina zdawaa si pogrĄona w absolutnej
ciszy i bezruchu.
Dom aoby?
Czyby stary ju nie y? Zaoszczdzioby im to wielu
niepotrzebnych zmartwie, wiĄĄcych si z faszywĄ
MagdalenĄ, ale z drugiej strony... JeŚli z takiego czy
innego powodu nalega, by ujrzeą urnuczk przed Śmier-
ciĄ, to... to byą moe spadek wyŚlinie im si z rĄk?
Co za straszna myŚl! Czeka na ten moment ju od tylu
lat i w ostatniej chwili miano by go oszukaą? Nie, ten
staruszek nie móg wymyŚlią niczego tak podstpnego.
Mia wszak tylko jednĄ spadkobierczyni - wnuczk
Magdalen.
A z tego, co wiedzia stary, ya obie ona jak u Pana
Boga za piecem w Linkoping.
JedynĄ kroplĄ goryczy w ich pucharze szczŚcia by ten
mody smarkacz, który urzĄdzi skandal na przyjciu
w Linkoping. Wykrzycza, e ich Magdalena nie jest
prawdziwa.
Jak móg na to wpaŚą? Spotka jĄ w uzdrowisku
Ramlosa? Có za nieszczsny splot przypadków, ale co
móg zrobią taki goowĄs? Na wszelki wypadek wyjaŚnili
mu, e Magdalena nie yje, a oni na jej miejsce przygarnli
innĄ dziewczynk.
No, bez wzgldu na to, kim by ten chopak, i tak nie
móg im zaszkodzią. Podobno pracowa jako stranik
Śluzy lub coŚ podobnego, mój Boe, takie zero. W ka-
dym razie Ida wyjaŚnia mu wszystko i zamkna mu
usta.
Powóz zatrzyma si na dziedzicu. Wstali, z trudem
rozprostowali zesztywniae po podróy koŚci i wysiedli.
Z podziwem spoglĄdali na okazay dom, który wkrótce
mia ju naleeą do nich wraz z towarzyszĄcymi wspania-
oŚciami: licznymi fabrykami, wadzĄ, bogactwem i chwa-
Ą.
Po drodze wstĄpili po doktora Berga. By wŚcieky, bo
starzec od jakichŚ piciu dni nie chcia dopuŚcią go do
siebie. Nie yczy sobie, by ktokolwiek si nim zajmowa,
nawet lekarz. SuĄcy oznajmi Bergowi, e pan pragnie
umrzeą w spokoju.
Na mioŚą boskĄ, ta ostatnia trucizna powinna bya
zadziaaą w ciĄgu kilku godzin! A starzec nadal y!
Doprawdy, twarda sztuka!
Flaga nie bya opuszczona.
To znaczyo, e jeszcze yje.
SuĄcy wyszed na schody, by ich powitaą.
- Pan radca Backman! Jak dobrze, e pan ju jest
- powiedzia cichym, stumionym gosem, jakim mówi si
w domu aoby. - JaŚnie pan czeka na wnuczk. Ale co to,
czy panna Magdalena nie przyjechaa?
- Jest, zostaa w powozie, Tak bardzo bya przywiĄza-
na do dziadka i nie chce go oglĄdaą umierajĄcego.
- Ale obecnoŚą Magdaleny jest niezmiernie wana!
Jest tu adwokat i panna Magdalena wraz z jaŚnie panem
muszĄ podpisaą jakieŚ papiery. Adwokat yczy sobie
poŚwiadczenia, e ona yje i przejmuje spadek!
Backman westchnĄ.
- Magdaleno! Chod z nami, natychmiast!
Dziewczyna ostronie wysiada z powozu, przytrzy-
mujĄc woalk zasaniajĄcĄ twarz.
- Jak si jaŚnie pan czuje? - zapyta lekarz, chcĄc
odwrócią uwag suĄcego.
- Bardzo, bardzo le - odpar stary suga. - W kadej
chwili mona si spodziewaą koca. Tylko myŚl, e
jeszcze raz ujrzy ukóchanĄ wnuczk, utrzymuje go przy
yciu.
Z udawanĄ ceremonialnoŚąiĄ weszli po schodach do
domu. Zaraz pojawia si jedna z panien suĄcych i zaja
si czteroletnim chopczykiem, przyrodnim bratem Mag-
daleny, uznano bowiem, e dziecko nie powinno byą
Świadkiem dramatycznych scen.
- JaŚnie pan oczekuje w niebieskim salonie - cicho
powiedzia suĄey. - yczy sobie, by waŚnie tam
ustawiono jego óko. Jest przy nim adwokat.
Zostawiti subie wierzchnie okrycia i dostojnie we-
szli do Środka. Pani Backman, z domu Berg, po mat-
czynemu obejmujĄca ramiona pasierbicy, radca hand-
lowy Backman, który nigdy nie wspiĄ si po szczeb-
lach kariery ponad tytu, który zdoby dla niego stary
Molin, i doktor Berg, tu znany pod nazwskiem Ljung-
qvist. Adwokat wyjaŚni, w czym rzecz.
Stary Molin spoczywa w swym wielkim ou wsparty
na poduszkach. Adwokat siedzia dyskretnie z boku, przy
nieduym stoliku.
Molin dysza ciko jak ryba wyjta z wody.
Jaki on stary i wyndzniay, z pogardĄ pomyŚla
Backman. Teraz nie pomogĄ ci ju adne pieniĄdze.
Musisz si z nimi poegnaą, nie moesz ich dusią bez
koca!
- Magdaleno! - wychrypia Molin.
Dziewczynka postĄpia o krok do przodu i dygna.
Boe, prawdziwa Magdalena nigdy by si tak nie za-
chowaa, pomyŚla Backman zirytowany. Podbiegaby
i spontanicznie rzucia si dziadkowi na szyj. Ale ona nie
moe tego zrobią, nie powinna zanadto zbliaą si do
póŚlepych oczu starca.
- Jak dobrze was widzieą znów - powiedzia Molin
z wysikiem. - Ale, kochana Magdaleno, nie zabraaŚ ze
sobĄ Saszy?
Dziewczyna bezradnie wpatrywaa si w Backmana.
- Tak mi przykro z powodu tego, co si stao z SaszĄ.
Zachorowa i, niestety, trzeba go byo zastrzelią. Moesz
nam wierzyą, wszyscy ciko to przeyliŚmy.
Backman mówi bardzo goŚno, gos nieprzyjemnie
wwierca si w uszy Molina.
Adwokat chrzĄknĄ.
- Proponuj, byŚmy zajli si podpisywaniem doku-
mentów.
- Ale tak, oczywiŚcie - wysapa Molin. - Niewiele
czasu mi ju zostao, musimy si spieszyą. Chyba e jest
inaczej, doktorze Ljungqvist?
- Niestety, to prawda - odpar doktor Berg, za-
kopotany.
Adwokat wyjaŚni, w czym rzecz.
- Zakadamy, e pan, panie radco handlowy Backman,
jako ojciec dziewczynki, bdzie jej z poczĄtku pomocny
w prowadzeniu intetesów?
- OczywiŚcie, panie mecenasie. Gotów jestem po-
Świcią wszystko dla jej dobra.
- Wcale w to nie wĄtpimy - powiedzia adwokat.
Backman spojrza na niego podejrzliwie. Czy to nie
zabrzmiao cokolwiek ironicznie? Ale nie, twarz ad-
wokata bya taka oficjalna.
- Konieczni sĄ Świadkowie - stwierdzi adwokat.
Backman obruszy si zniecierpliwiony.
- Czy nie wystarczy doktor Be... Ljungqvist i moja
maonka?
- Moe i tak - odpar adwokat. - Ale mamy czterech
bezstronnych Świadków, którzy czekaii tu tylko i wyĄcz-
nie z tego powodu.
Backman nerwowo upewni si, czy Magdalena ma na
twarzy woalk.
I okazao si to doprawdy konieczne! Backman zblad,
ujrzawszy dawnego przyjaciela Molina, komendanta poli-
Wraz z nim wszed mczyzna o bardzo ciemnej
karnacji, którego Backman mgliŚcie sobie przypomina.
- Mój zaufany czowiek, Kol Simon - przedstawi go
Molin.
- Drogi teŚciu... Czy to nie zbyt wiele osób dla ciebie?
- Zbyt wiele? Obawiasz si, e mog umrzeą? Prdzej
czy póniej i tak to nastĄpi.
Backman usysza, e ona i przybrana córka stumiy
jk. Do pokoju wszed wielki, straszny olbrzym o przera-
ajĄcym obliczu i jeszcze jeden mczyzna, poruszajĄcy si
o kulach.
- A có to za menaeria? - wypali Backman, nie
zastanawiajĄc si, co mówi.
- Pozwólcie sobie przedstawią dwóch pozastaych
Świadków: waŚciciel ziemski Heike Lind z Ludzi Lodu
i jego krewny, Tomas.
Kiedy Backman otrzĄsnĄ si z pierwszego zdumienia,
zapyta:
- Czy naprawd konieczna jest obecnoŚą a tylu osób?
Adwokat pospieszy z odpowiedziĄ:
- To, co ma zostaą przepisane na pann Magdalen
Backman, to nie sĄ drobiazgi. Musimy zachowaą nad-
zwyczajnĄ ostronoŚą, by ten ogromny majĄtek nie dosta
si w niepowoane rce.
- To oczywiste. Ale jak moecie wĄtpią...
- Ta ceremonia potrwaą moe kilka godzin! - oŚwiad-
czy adwokat, podkreŚlajĄc swe sowa uderzeniem doniĄ
w wielki stos papierów.
Backman spostrzeg, e jego pikna Ida nerwowo
zwilya jzykiem wargi. Doktorowi Bergowi oczy niemal
wyszy z orbit.
Spokojnie, tylko spokojnie, myŚla Backman, ale czu,
jak i jemu pot perli si na czole. Co za szczŚcie, e
Magdalena tak pracowicie ąwiczya dziecinny podpis swej
kuzynki!
- Magdaleno, najdrosze dziecko - rzek Molin skrze-
czĄcym gosem. - Przez cay czas nie odezwaaŚ si ani
sowem.
- Bo tak mi przykro, dziadku! - pisna dziew-
czyna, naŚladujĄc gos kuzynki. - Nie chc, byŚ umie-
ra!
Nieudolnie! pomyŚla Backman z gniewem. Ta Mag-
dalena bya dwa lata starsza od jegm córki, ale nie musiaa
udawaą a tak dziecinnej, by seplenią!
- Podejd do mnie, chciabym na ciebie popatrzeą
- poprosi Molin.
Dziewczyna zbliya si niechtnie. Wszystko w po-
rzĄdku, pomyŚla Backman, dajĄc Magdalenie znak, by
zdja kapelusz i odsonia twarz. Stary i tak jest Ślepy niby
kret.
- Mam wraenie, e bardzo urosaŚ i przytyaŚ. - Mo-
lin bezwadnĄ doniĄ próbowa objĄą dziewczynk.
- Bardzo si zmienia - zauway komendant.
Ty durniu, po coŚ tu przyszed? wŚciek si w du-
chu Backman, ale goŚno powiedzia z faszywĄ weso-
aŚciĄ:
- Tak, tak, drogi teŚciu. Magdalenie dobrze u nas.
Lubi zjeŚą i widaą to po niej.
ZaŚmia si, lecz ona skarcia go spojrzeniem
i uŚmiech zamar mu na ustach.
Adwokat niespodziewanie goŚno zawoa:
- Czy moemy ju zaczĄą?
- Tak - odpar Backman, zdecydowanie za szybko,
i znów pochwyci karcĄce spojrzenie ony. To dziewczyn-
ka powinna odpowiedzieą.
- Tak - Patwierdzia faszywa Magdalena.
Ida Backman znów zwilya wargi. MajĄtek ea u ich
stóp i czeka. Jeszcze kilka minut i...
Nagle, jakby na sygna dany przez goŚny okrzyk
adwokata, przez pokój kilkoma susami przelecia nieduy
szary kbek i zatrzyma si przy Kolu Simonie.
- Co...? - wyrwao si Backmanom.
- Sasza? - niemĄdrze spytaa dziewczynka.
- OczywiŚcie, e nie - odpar Backman, który zdĄy
ju si opanowaą. - To jakiŚ inny pies, Sasza przecie nie
yje.
Pies, syszĄc dwik jego gosu, z podkulonym ogo-
nem rzuci si do drzwi. Wszystkie spojrzenia powd-
roway za pieskiem.
W drzwiach sta jakiŚ modzieniec.
Pani Backman krew uderya do gowy. Ten chopak,
tutaj?
Nie zdĄya wziĄą si w garŚą, bo do pokoju wesza
kolejna osaba, tym razem kobieta.
To matka chopca, Tula z Motala!
Ida Backman zasonia usta doniĄ, chcĄą stumią
okrzyk przeraenia. MyŚli kbiy jej si w gowie, nie
moga znaleą odpowiednich sów.
- Dzie dobry, pani Backman, jak mio, e znów si
spotykamy - zaŚwiergotaa Tula, a nikt nie umia czynią
tego lepiej od niej.
- Co robiĄ tutaj ci ludzie? - ostro zapyta Backman.
- To przecie znani oszuŚci!
- No, no - powŚciĄgnĄ go Molin. - Zamierzam
uczynią Christera jednym z moich spadkobierców, uwaaj
wic, co mówisz.
- Co takiego? UmieŚcią go w testamencie? - gos Idy
dra. - Czyby do tego stopnia zdoa omamią dziadka
Magdaleny?
Widaą byo, e Molin jest ju zmczony. Zwróci si do
suĄcego:
- BĄd tak dobry i poproŚ, hy Anna Maria Simon
zesza na dó.
- Co to ma znaczyą! - obruszy si Backman, a doktor
przytakiwa jego sowom. - Czy masz zamiar zwoaą cae
zgromadzenie ludowe?
- Chcesz w ostatniej godzinie ycia odmówią mi
przyjemnoŚci ujrzenia tych, którzy sĄ mi bliscy, mój byy
ziciu?
- Ale to my jesteŚmy twoimi najbliszymi, teŚciu!
Molin nie odpowiedzia. Zwróci tylko gow ku
drzwiom i spoglĄda z wyczekiwaniem.
Wesza Anna Maria, ale nie sama. Prowadzia ze sobĄ
wyndzniae, zabiedzone stworzenie.
Pani Ida jkna.
- Magdalena - szepnĄ Backman. - Co ty tu robisz?
Przecie miaaŚ byą w "MiosŚerdziu"!
- Ju nie - odpar Molin. - Dziki uporowi zakocha-
nego mokosa, który ma na imi Christer, udao jej si
opuŚcią to pieko na ziemi.
Backmanowie i doktor Berg wpatrywali si w Molina.
uslysza szept! I spojrzenie mia ostre jak u sokoa!
Nie mieli jednak czasu duej si nad tym zastanawiaą,
czyhao powaniejsze niebezpieczestwo. Doktor, ot, tak
sobie, przesunĄ si ku drzwiom, ale drog zagrodzi mu
komendant policji...
Ida Backman podja desperackĄ prób. Godnie od-
rzucia wosy do tyu i rzeka spokojnie:
- Mój mĄ si myli. Zgadzam si, e ta panna
przypomina jego córk, takĄ, jak wyglĄdaa jeszcze przed
trzema laty. Ale to oszustka, drogi panie Molin! Owszem,
nazywa si Magdalena Backman, ale to córka nieyjĄcego
ju Juliusa Backmana. Niestety, doznaa pomieszania
zmysów i trzeba tĄ byo zamknĄą w zakadzie.
Backman obróci wniwecz jej plany. Nie spuszcza
wzroku z córki.
- Ale ona jest taka wychudzona! I... zaniedbana!
Eriku, i ty, Ido, mówiliŚcie, e jest jej tam dobrze!
oyem due sumy na to, by niczego jej nie brakowao.
- Lub by uciszyą gos sumienia - lodowatym tonem
doda Molin.
Backman cakowicie straci rezon. BdĄc z natury
osobĄ doŚą aosnĄ, wpad w popoch i przsta zwaaą na
to, co mówi:
- TeŚciu, ty syszysz kade sowo, jakie si do ciebie
wypowiada!
- Owszem. I doskonale widz. Dziki obecnemu tutaj
doktorowi Lindowi z Ludzi Lodu, który odkry szar-
latana, próbujĄcego za pomócĄ trucizn wyprawią mnie na
tamten Świat.
- Ale... - zaczĄ doktor Berg, ale Molin uciszy go
jednym ruchem.
- SĄdzieŚ, e nie rozpoznam wasnej wnuczki? Tej,
której nigdy nie odwiedzieŚ, nigdy nawet nie zastanowi-
eŚ si, jak si miewa?
- Nie, ja...
- Trzy lata bez odwiedzin! W brudnej, cuchnĄcej
norze w piwnicy! Tylko dlatego, e nie ŚmiaeŚ spojrzeą jej
w oczy!
Backman powiedzia niepewnie:
- Magdalena cierpiaa na powanĄ chorob umysowĄ.
- Czyby! A kto to stwierdzi? Twoja ona i jej kuzyn,
Berg-Ljungqvist?
Doktor z trudem chwyta oddech.
- Tak! WaŚnie tak! - Radca chwyci si tej myŚli niczym
ostatniej deski ratunku. - Zostaem oszukany! Przez nich!
PostĄpi o kilka kroków w stron swej prawdziwej córki,
która w jednej chwili skrya si za plecami Anny Marii.
Obie Magdaleny a nadto róniy si midzy sobĄ.
Córka stryja Juliusa ubrana bya zgodnie z zasadami
najnowszej mody, tali miaa cienkĄ jak osa, szerokie
rkawy i szerokĄ rozoystĄ spódnic. Jej modziutka
kuzynka wyglĄdaa, rzec mona, wrcz wzruszajĄco.
Poniewa po powrocie do domu dziadka spaa waŚciwie
przez cay czas, nie byo moliwoŚci zamówienia dla niej
nowych strojów i znów miaa na sobie t samĄ sukienk
w drobne kwiatki. Wosy przewiĄzane tylko aksamitnĄ
wstĄkĄ swobodnie opaday na ramiona, podczas gdy
druga dziewczyna nosia fryzur takĄ, jakiej wymagaa
moda: masa drobnych loczków za uszami, a z tyu upite
gadko.
Jedna pulchna, dobrze odkarmiona, druga wyglĄdaa
jak wasny cie.
- Magdaleno! - Backman uderzy w ojcowski ton.
- Posuchaj mnie, nic nie wiedziaem o tym, w jakich
warunkach yjesz! ByaŚ chora, a ja chciaem tylko
twojego dobra! Magdaleno! Mimo wszystko jestem two-
im najdroszym ojcem...
Jego ona bardziej trzewo oceniaa caĄ sytuacj,
w czym innym dostrzegaa ich jedynĄ szans ratunku. Jak
bowiem mogli wytumaczyą obecnoŚą tej drugiej dziew-
czyny? Pani Ida zdecydowanym krokiem podesza do
ma i uja go za rami.
- Nie bĄd Śmieszny! Nie poznajesz, e to córka
twojego brata Juliusa? Czy ju cakiem oszalaeŚ? - Zwró-
cia si do zebranych: - Moi pastwo, to ndzne stworze-
nie nigdy nie byo córkĄ mego ma. JeŚli tak twierdzi,
znaczy, e bezczelnie kamie i zdoaa pomieszaą w gowie
nawet memu maonkowi. Tu, przy óku, stoi praw-
dziwa Magdalena. SĄdzicie, e mieliŚmy zamiar tak niecnie
zwieŚą drogiego naszemu sercu starego czowieka?
Komendant policji spokojnie wystĄpi naprzód i stanĄ
pczy drĄcej Magdalenie. zy spyway nieprzerwanym
strumieniem po znieruchomiaej twarzy dziewczynki.
Komendant pooy donie na jej ramionach. Anna Maria
przysuna si do Kola.
- To dziecko przed kilkoma dniami doznao ogrom-
nego szoku i nadal nie ma si mówią. Pozwólcie wic mnie
uczynią to w jej imieniu.
Nikt nie zaprotestowa.
- Dziewczynka opowiedziaa niezwykĄ histori. To
doktor Lind z Ludzi Lodu sprawi, e otworzya si przed
nami. My ju syszeliŚmy jej opowieŚą, teraz kolej na was,
pastwo Backman i doktorze Berg czy Ljungqvist lub jak
pan woli, by si do niego zwracaą.
Doktor, chcĄc wyrazią sprzeciw, ju otwiera usta, ale
komendant nie dopuŚci go do gosu i mówi dalej:
- Pewnego razu w Środku nocy Magdalena znalaza si
w pobliu sypialni swojej matki. Bya Świadkiem, jak
dwoje obcych jej ludzi zamordowao jej matk. Uduszono
jĄ poduszkĄ. Maa ukrya si przed zoczycami, a potem
usyszaa, e wraca jej ojciec wraz ze stryjem. Umiaa nam
powtórzyą kade sowo, jakie pado z ust tych czworga.
Wspóudzia ojca w morderstwie by niewĄtpliwy, przeka-
za on bowiem kobiecie klucz do domu, choą, jak zwykle,
twierdzi, e ma czyste rce. Czy chcecie, bym przytoczy
caĄ rozmow, jaka odbya si midzy tymi ludmi?
Twarz Backmana przybraa barw popiou, ale jego
ona zachowaa zimnĄ krew.
- A có to za historie o rozbójnikach? Co to ma
wspólnego z nami?
- Magdalena potrafia zidentyfikowaą tych dwoje
obcych, gdy spotkaa ich póniej. Rozpoznaa drugĄ
on swego ojca i doktora Berga z uzdrowiska Ramlosa.
- To nonsens!
- Zarówno Christer, jak i Tomas rozpoznali w dok-
torze LjungqviŚcie, osobistym lekarzu pana Molina,
doktora Berga z uzdrowiska Ramlosa. Mamy równie
dowody, e stryj dziewczynki, Julius Backman, zosta
z premedytacjĄ zamordowany.
Komendant postĄpi o kilka kroków w stron oniemia-
ych goŚci.
- Doktorze Eriku Berg! W imieniu prawa oskaram
pana o zamordowanie córki pana Molina, nastpnie
o spowodowanie Śmierci Juliusa Backmana i o bezprawne
umieszczenie w zakadzie dla umysowo chorych zdrowe-
go czowieka po to, by usunĄą Świadka swoich prze-
stpstw, a take o wielokrotne próby zabójstwa pana
Molina. Pani Ido Backman, z domu Berg! W imieniu
prawa oskaram paniĄ o zamordowanie pierwszej pani
Backman oraz o wspóudzia we wszystkich wczeŚniej
wymienionych czynach. Panie radco handlowy Backman!
W imieniu prawa oskaram pana o wspóudzia we
wszystkich wymienionych wczeŚniej czynach.
- Ale przecie ja niczego nie zrobiem! - zawoa
Backman. - Naprawd mam czyste rce.
- Rce owszem - powiedzia Molin, podnoszĄc si
z óka. - Ale nie sumienie.
Nie zdoali nawet si zdziwią, e staruszek porusza si
bez trudu.
Córka Juliusa Backmana odezwaa si niemĄdrze:
- To znaczy, e teraz nie dostan tych piciu tysicy?
- Och, milcz! - zirytowaa si pani Backman. - Za-
stanów si, co mówisz! Komendancie, nie ma pan ani
jednego dowodu na swoje oskarenia.
Ale mĄ jej osunĄ si na óko i zakry twarz domi.
- O, co ci z tego przyjdzie, Ido? Po tym, jak tak
wstrtnie postĄpiliŚcie wobec Magdaleny, nie chc mieą
z wami do czynienia. Ty i Erik od tej chwili musicie radzią
sobie sami. Ja umywam rce.
Tym razem jednak nie pomogo mu nawet ulubione
powiedzenie.




ROZDZIA XIV


Molin nie mia litoŚci dla czowieka, który zniszczy
ycie jego córki i wnuczki. Stary przedsibiorca pokaza,
e potrafi byą naprawd twardy i nieugity. Dziaa bez
skrupuów. Nie ufa wyrokowi sĄdu i na wszelki wypadek
postanowi sam wymierzyą sprawiedliwoŚą. Pozbawi
Backmana jakiejkolwiek szansy na dalszĄ karier.
Nastay ju czasy popularnoŚci gazet, które powoli
zaczynay mieą wpyw na ycie kraju. Molin wezwa
przedstawicieli niedawno zaoonej "Aftonbladet" oraz
starej, zasuonej "Post och Inrikes Tidningar", i szczegó-
owo zrelacjonowa urnalistom niecne postpki radcy
handlowego.
Wywoa tym niesychany skandal. Nie leao w zwy-
czaju ogaszaą drukiem spraw tak osobistych, gazety
zajmoway si przede wszystkim politykĄ. Tu jednak
chodzio o morderstwo, Ądz wadzy i pieniĄdza. Ludzie
z niecierpliwoŚciĄ wyrywali sobie gazety, musiano zwik-
szyą nakady.
Backman zosta zniszczony. Bez wzgldu na wyrok,
jaki wydaą mia na niego sĄd, nie byo dla niego adnej
przyszoŚci. Odebrano mu nawet syna i umieszczono
w odpowiednim domu.
Ludzie Lodu nie byli zadowoleni z takiego obrotu
sprawy, bezlitosna zemsta nie mieŚcia si w ich stylu, ale
potrafili zrozumieą tak gboko zranionego czowieka.
Molinowi usiowano wszak odebraą wszystko, co w jego
yciu miao jakĄkolwiek wartoŚą.
Co innego spdzao im sen z powiek. Gazety pod
niebiosa wychwalay Christera, Kola i Heikego i innych
majĄcych swój udzia w sprawie, a ci czuli si tym bardzo
zakopotani. Wszyscy oprócz Christera, który szybko
odnalaz si w roli bohatera i, jak atwo mona si
domyŚlią, by niĄ zachwycony.
Heike napisa do Vingi i powiadomi jĄ w liŚcie, e
zostanie u Kola i Anny Marii a do czasu przyjŚcia ich
dziecka na Świat. Miao to nastĄpią szybciej, ni ktokol-
wiek si spodziewa, Anna Maria przesza ju poow
ciĄy. Heike pragnĄ byą przy niej w tych trudnych
chwilach, ratowaą jej ycie, gdyby nastĄpio najgorsze.
Byo wszak wysoce prawdopodobne, e narodzi si
zdeformowany dotknity, taki jak sam Heike. Ludzie
Lodu nie chcieli stracią Anny Marii, jej ycie byo im
nazbyt dcogie.
Heike pragnĄ take zajĄą si starym Molinem, daleko
mu byo bowiem do wyzdrowienia, choą jego stan
zdecydowanie si polepszy.
Ale Christer i jego rodzice musieli wracaą do Motala,
do Śluz na kanale Gota. Naleao take przygotowaą si do
uroczystoŚci w Linkoping.
Rozstanie z MagdalenĄ stao si nieuniknione.
Podczas owych trudnych chwil spdzonych w domu
Molina Christer suy jej pomocĄ. By w pobliu
zawsze, gdy si budzia. Siada na brzegu óka i stara
si wlaą w niĄ radoŚą ycia, sprawią, by zapomniaa
o gorzkich przejŚciach. Trzyma jĄ w ramionach i po-
zwala wylewaą zy nad tragicznym losem matki, sucha
cierpliwie, gdy opowiadaa o dugich, trudnych latach,
najpierw niechciana, nikomu niepotrzebna w nowej
rodzinie ojca, póniej uwiziona w owym przeraajĄcym
zakadzie. Wiele spraw chciaa sobie wyjaŚnią, a Christer
stara si jej w tym pomóc. W tych dniach stali si sobie
bardzo bliscy.
Chopak musia jednak wyjechaą. Magdalena przestaa
ju cae dnie spdzaą w óku, przechadzali si po parku
otaczajĄcym dom dziadka. Nagle, ostatniego dnia, jakby
nie mieli ju sobie nic wicej do powiedzenia, rozstanie
zawiso nad ich gowami niczym ciemna, gradowa chmu-
ra.
- Napiszesz do mnie, prawda? - zapyta wreszcie
Christer.
Magdalena uŚmiechna si ze smutkiem.
- Ju raz ci to obiecaam, ale wówczas okazao si to
niemoliwe. Teraz przyrzekam jeszcze raz. I ty te moesz
przesyaą listy.
- OczywiŚcie! Znam przecie twój adres. Przedtem nie
mogem pisaą, bo baaŚ si, e przechwycĄ listy, ale teraz
jesteŚmy swobodni, Magdaleno.
Choą starali si iŚą jak najwolniej, nieubaganie zbliali
si do koca promenady parkowej. Na dziedzicu czeka
ju gotowy do drogi powóz. Sasza w podskokach bieg
przed nimi.
KiedyŚ Magdalena wydawaa si Christerowi niemal
ksiniczkĄ z bajki, taka bya Śliczna, drobniutka
i zadbana. Z baŚniowej królewny niewiele teraz zo-
stao. Z wosów unosi si ostry zapach octu sa-
badylowego po powtarzajĄcych si zabiegach odwsza-
wienia, na skórze nadal byo znaą Ślady ukĄsze
i wyprysków, a suknia wisiaa na niej jak na koku.
Ale widaą byo, e wszystko idzie ku lepszemu, po-
liczki odrobin jej si zaróowiy, a ciaa jakby przy-
byo.
- Ja wróc, Magdaleno. Nie mam zamiaru przez cae
ycie zajmowaą si pilnowaniem Śluzy, postanowiem
podjĄą studia. Naprawd! Ojciec i twój dziadek roz-
mawiali o mojej przyszoŚci.
Podniós jej donie do ust i ucaowa je, po kolei,
romantycznie. Có za cudowna chwila, taka wzniosa!
Magdalena westchna drĄco.
- Kiedy bdziesz starsza, Magdaleno, pocauj ci
naprawd. JeŚli mi pozwolisz.
- Jestem ju prawie dorosa - szepna.
Z trudem móg uwierzyą w to, co usysza.
- A mnie nie bdzie bardzo dugo - powiedzia, jakby
chcia jĄ wybadaą.
- Tak, bardzo dugo.
Christer zajrza jej gboko w oczy.
- Naprawd moemy? Czy to wypada?
Magdalena kiwna gowĄ. Z jej oczu bia nieŚmiaoŚą,
a jednoczeŚnie gorĄce pragnienie.
Christer ba si oddychaą. Czu, e policzki mu ponĄ,
kiedy ostronie, delikatnie jĄ obejmowa i przyciĄga do
siebie. Poddaa mu si bez oporów.
Ach, jakie to cudowne! Wspaniae! A zakrcio mu
si w gowie - nie wiadomo, czy z uniesienia, czy te
od octu sabadylowego, i musia odsunĄą usta od jej
ust.
Póniej sowa stay si niemoliwe. W milczeniu,
rozmarzeni i zasmuceni, szli trzymajĄc si za rce, za-
wstydzeni tak, e nie Śmieli spojrzeą sobie w oczy.
- O, nareszcie jesteŚcie - rozleg si gos Tuli i dopiero
wtedy zorientowali si, e sĄ ju na dziedzicu. - Chris-
terze, nie mog znaleą twoich Świeo upranych kale-
sonów. Wisiay spokojnie na sznurku i nagle znikny.
Christer posa matce mordercze spojrzenie, na które
ona nawet nie zwrócia uwagi.
- Mam je na sobie - oznajmi krótko.
- Ale one sĄ przecie mokre!
- Nic na to nie poradz. Nie mogem znaleą adnych
innych.
Dopiero teraz Magdalena spostrzega, e eleganckie
biae spodnie Christera jakoŚ dziwnie kleiy mu si do
bioder i ud. Na pewno czu si okropnie!
W istocie tak byo.
- PowinieneŚ je zaraz zdjĄą - powiedziaa Magdalena
nieŚmiao. - Nauczyam si w tamtym strasznym domu, e
od wilgotnego ubrania atwo o chorob.
Christer w jednej chwili dozna wizji, jak to przez cae
ycie bdzie musia podporzĄdkowywaą si woli kobiet...
Najpierw matki, potem ony, a póniej byą moe córek.
Tula z diabelskim uŚmieszkiem wrczya mu nowe
suche kalesony i chopak czerwony jak burak pobieg
si przebraą. Nie tak wyobraa sobie wzruszajĄcĄ sce-
n poegnania. Na domiar zego Sasza zaplĄta mu si
pod nogami i niewiele brakowao, a wyrnĄby jak
dugi.
Kiedy jednak znów wyszed z domu, Magdalena
uŚmiechaa si do niego z sympatiĄ i zrozumieniem.
Chopiec poczu, jak mu si ciepo sobi na sercu. Podniós
Sasz z ziemi i uŚciska go, przez cay czas nie spuszczajĄc
wzroku z Magdaleny.
- Pilnuj dobrze naszej pani, Sasza - szepnĄ cichutko.
- Nie moe jej si staą adna krzywda, obaj tak bardzo
przecie jĄ kochamy, prawda?
Magdalenie ze szczŚcia zakrciy si zy w oczach i ona
te uŚciskaa Sasz. Piesek by wniebowzity!


Zgodnie z zaleceniami Heikego w powrotnej drodze
do domu troskliwie opiekowali si Tomasem. Heike
stwierdzi, e Tomas okaza si zbyt ambitny, ze wszyst-
kim chcia radzią sobie sam, nikomu nie by ciarem.
Zy to miao wpyw na jego sabe z natury serce. Gdyby
jednak solidnie wypoczĄ i si nie przemcza, móg yą
jeszcze wiele lat. Tomas, dla którego nowina o sabym
sercu bya prawdziwym wstrzĄsem, podporzĄdkowa si
bez sprzeciwów zaleceniom Heikego i zgodzi si, by
Tula i Christer przejli wikszĄ czŚą jego obowiĄzków
ojca rodziny.
Skandal mknie zwykle na niewidzialnych skrzydach.
Kiedy zajechali do domu, zorientowali si, e plotka
o Backmanach dotara tutaj przed nimi. Przyjacióka Tuli,
Amanda, opowiedziaa im, e Śmietanka Linkoping rado-
waa si losem Backmanów. Nigdy nie byli tu lubiani
i teraz jedynym tematem rozmów by ich upadek.
RoztrzĄsano przeróne kwestie - czy Magdalena na-
prawd bya przykuta acuchem do Ściany i gwacona
przez pielgniarzy i czy to prawda, e kuzyn pani
Backman wysa na tamten Świat niezliczonĄ liczb
pacjentów.
Tula zdementowaa takie pogoski, moga si jednak
pochwalią, e wadze postanawiy zamknĄą "Miosier-
dzie". Przy okazji wyszo na jaw, jak wiele znanych
i uwaanych za szlachetne rodzin traktowao swych
nieszczŚliwych krewnych. Powstaą mia nowy, znacz-
nie lepszy dom opieki, w peni nadzorowany przez
wadze, Pomys kontrolawania sytuacji zdrowotnej na
wsi by ideĄ profesora Abrahama Backa, dziada Erika
Oxenstierny, i Anna Maria moga liczyą na pene wspa-
rcie Oxenstiernów, jeŚli chodzio o ów synny dom
opieki.
Nadszed wreszcie czas, kiedy Christer i Tula wybie-
rali si na wielkĄ uroczystoŚą otwarcia kolejnego
odcinka kanau Gota. Babcia i dziadek take mieli
zamiar w niej uczestniczyą, ale Tomas postanowi zostaą
w domu i wszyscy uznali, e tak bdzie dla niego
najlepiej. Erland przywdzia, rzecz jasna, na t okazj
swĄ "paracinĄ uniform", jak sam nazywa mundur
z czerwonymi lampasami i pobrzkujĄcymi naramien-
nikami. Co prawda uwiera go w paru miejscach, ale
Gunilla poszerzya go nieco i pocerowaa. Christer by
zdania, e tak przystojnym dziadkiem nie móg po-
szczycią si nikt w okolicy. Poszeptywano, e hrabia
Posse ma zamiar odznaczyą Erlanda orderem za dugĄ
i wiernĄ sub, a w takiej sytuacji tym bardziej
nieodzowna bya "uniforma".
Christer jednak nie cieszy si, nie radowa. Tula
wiedziaa, dlaczego. Przez cay tydzie wypróbowywa
sztuk przekazywania myŚli, pragnĄc wyczarowaą w salo-
nie obraz Magdaleny. Wreszcie poskary si matce.
- Dlaczego nic mi nie wychodzi, mamo? Ja wiem,
e w moim pokoleniu waŚnie ja jestem dotknity,
i ju najwyszy czas, by objawiy si w peni moje
talenty. Ale to nigdy nie nastpuje wtedy, kiedy
ja tego shc. Owszem, róa oya, i byo jeszcze
kilka innych drobiazgów, aie musi byą przecie coŚ
jeszcze! Tobie i Heikemu wystarczy, e o czymŚ
pomyŚlicie, a ju si tak dzieje. A ja... To takie
niesprawiedliwe!
Tula myŚlaa o smutkach syna, kiedy wielka uroczys-
toŚą miaa si ju ku kocowi. Erland rzeczywiŚcie
otrzyma medal i jaŚnia teraz jak soce, a gówne
osobistoŚci, Arvid Mauritz Posse i jego maonka, córka
twórcy kanau Gota, Baltazara von Platena, ju odjechali.
Na Ąkach midzy Linkoping a kanaem Gota rozstawiono
wielki namiot, w którym rozpoczynay si tace. Wik-
szoŚą zaproszonych dostojnych goŚci waŚnie tam si
przemieszczaa. Suba zebraa si z boku u podziwiaa
swoich pastwa we wspaniaych strojach, bogato zdobio-
nych biuteriĄ.
Dziadek jednak poczu si ju zmczony gwarem
i popisami, zatskni za domowym zaciszem. Postanowili,
e we czwórk opuszczĄ uroczystoŚą.
Christer na pozór dobrze si bawi, bo wszyscy
pragnli rozmawiaą z nim i TulĄ o wielkim skandalu,
powstaym za jego przyczynĄ, ale widaą byo, e nie jest
szczŚliwy. Tula rozumiaa, e to brak czarodziejskich
umiejtnoŚci tak go drczy.
Nie przypuszczaa nawet, e skandal, który wzbudzi
powszechnĄ uwag, by niczym w porównaniu z tym,
czego niedugo dopuŚci si Christer!
WaŚciwie bya w tym jej wina.
Kiedy dojrzaa Christera z nosem spuszczonym na
kwint, szepna cichutko, tak by nikt inny jej nie
sysza:
- Czcigodni przodkowie Ludzi Lodu, kochani! Zwy-
kle staram si nie zawracaą wam gowy, to Heike
utrzymuje z wami Ścise kontakty. Zobaczcie jednak, jak
bardzo cierpi mój syn, bardzo prosz, pomócie mu
wyjĄtkowo, ten jeden jedyny raz. Sprawcie, by udaa mu
si chocia jedna czarodziejska sztuczka, na przykad, by
spenio si pierwsze wypowiedziane przez niego na gos
yczenie. Tak bardzo by si ucieszy! Przypuszczam, e
z czasem przyjmie do wiadomoŚci, e to nie on jest
dotknitym w jego pokoleniu, may sukces wic nie
uderzy mu do gowy. Moe wprost przeciwnie, dostanie
nauczk? Zrozurnie, e nadprzyrodzone zdolnoŚci nie
suĄ do zabawy? Nie wiem, pozostawiam decyzj wam,
tak bardzo bym tylko chciaa, by by dzisiaj radosny.
Zrobi tyle dobrego i zasuguje na nagrod.
Czy nagle nie rozleg si czyjŚ diabelski chichot, czy si
przesyszaa? Przypomina gos Sol, najweselszej, zawsze
gotowej do figli przedstawicielki Ludzi Lodu.
Nie, to tylko przywidzenie.
Christer jednak zosta wynagrodzony za swe rycer-
skie postpowanie i nieugitoŚą. Kiedy ju mieli wy-
chodzią, mistrz ceremonii, porucznik kawalerii, ujĄ go
za rk i podprowadzi do zgromadzonych, którzy aku-
rat odpoczywali midzy dwoma tacami. Na prowizory-
cznym parkiecie znajdowali si niemal wszycy zaprosze-
ni goŚcie.
- Drodzy przyjaciele! - zawoa porucznik. - WznieŚ-
my okrzyk na czeŚą tego modego czowieka, który tak
dzielnie ocali nieszczŚliwĄ Magdalen Backman od jake
zego, okrutnego losu! Jego te zasugĄ jest fakt, e
biedacy z "Miosierdzia" mogĄ yą teraz po ludzku
a niecni zbrodniarze ponieŚli zasuonĄ kar. Wiwat
Christer Tomasson!
Zebrani zgodnym chórem zakrzyknla "Hurra!" Roz-
lega si burza oklasków, bo ludzie zawsze si radujĄ,
kiedy tym, którzy zbytnio zadzierajĄ nosa, powinie si
noga.
Christer, podniecony otaczajĄcĄ go nagle ogólnĄ mio-
ŚciĄ i podziwem, podniós rk do góry i zawoa:
- Dzikuj! Dzikuj wam, moi przyjaciele! Tak
bardzo chciabym widzieą was zawsze caych i zdro...
Nie dokoczy, bo w namiocie rozlegy si nagle jakieŚ
dziwne dwiki. Trrr, trrr! Trach!
Zebrani w zdumieniu popatrywali po sobie. A có to za
odgosy!
Nagle jedna z dam zaniosa si krzykiem. miech, jaki
si zerwa, prdko przemieni si w pacz. Kolejno, jeden
za drugim, goŚcie zauwaali, e sĄsiedzi, a zaraz potem oni
sami, stojĄ nadzy nad stosem ubra opadych na ziemi.
Dziwny dwik by odgosem prujĄcych si szwów, czŚci
garderoby kolejno opaday, wszyscy ludzie nagle zostali
pozbawieni swego ochronnego pancerza - stroju.
- Ach, mój Boe! - szepna Tula. Zapaa syna za rk
i zacza przeciskaą si przez tum rozhisteryzowanych
goŚci. - Mamo, ojcze, szybko, musimy jak najprdzej stĄd
odejŚą!
Rozpaczliwym krzykom towarzyszy trzask puszczajĄ-
cych haftek i zatrzasek, wypyway na wierzch pieczoowi-
cie skrywane waki tuszczu.
Nikt z rodziny Tuli nie straci ani jednej czŚci
garderoby. PdzĄc co si w nogach do powozu syszeli
dobiegajĄcy z namiotu rozdzierajĄcy pacz i jeden wielki
krzyk rozpaczy. Bo oto wszystkie skrywane wady i uom-
noŚci ukazay si Światu. Zamieszania, jakie powstao,
kiedy ludzie próbowali pozbieraą opadte z nich stroje
i zakryą wstydliwe miejsca, nie dao si z niczym porów-
naą.
- Co takiego si stao? - dopytywa si zdumiony
Erland, kiedy Tula popdzaa konie, chcĄc jak najprdzej
opuŚcią miejsce niefortunnego zdarzenia.
- To Christer - odpara zgnbiona. - Nasi przod-
kowie obiecali, e speni si jego pierwsze yczenie, jakie
wypowie na gos. A on powiedzia, e chciaby zawsze
widywaą wszystkich w przyszoŚci caych i zdrowych.
Tyle e sformumowa to bardzo nieszczŚliwie: "caych"
tak waŚnie si wyrazi. Mój ty Boe!
Tula wybuchna Śmiechem. Najpierw tylko chichota-
a, ale potem Śmiaa si ju tak bardzo, e musiaa oddaą
ojcu lejce.
- Mam nadziej, e nikt nie zauway, jak wychodzili-
Śmy - westchna Gunilla. - Ani te e wszyscy pozostali-
Śmy ubrani.
- Nie, kady by zajty swoim sĄsiadem - wydusia
z siebie Tula midzy kolejnymi atakami Śmiechu. - Wi-
dzieliŚcie mistrza cerernonii? Ten srogi porucznik! I takie-
go mia maego...
- Tulo! - Matka surowo przywoaa jĄ do porzĄdku,
ale ju wszyscy wybuchnli Śmiechem.
Wszyscy z wyjĄtkiem Christera. Chopak by przybity,
milcza przez caĄ drog.
Kiedy powóz zatrzyma si przed domem, Tula obja
syna za szyj i powiedziaa czule:
- Nie martw si, synku! Chciaam tylko prosią duchy
naszych przodków, by ci pomogy. Nikt z nas nie móg
przecie przewidzieą, jakie bdzie twoje pierwsze ycze-
nie.
Christcr przez cay wieczór nie odezwa si ju ani
sowem.
Nastpnego ranka jednak sam przyszed do Tuli.
- Mamo - powiedzia aosnym tonem: - Taki byem
gupi. Teraz rozumiem, e igraem z ogniem. Nawet
w najdzikszych fantazjach nie wyobraaem sobie, e
dotknici z Ludzi Lodu posiadajĄ takĄ moc! Zrozumiaem
take, e inni postpowali tak samo jak ty wczoraj
wieczorem: pozwalali mi wierzyą, e to ja sam dokonywa-
em cudów! Ta róa... Nie chciaem spojrzeą prawdzie
w oczy i zrozumieą, e to suĄcy pana Molina wymieni jĄ
na innĄ. Pozostae moje czarodziejskie sztuczki take
z atwoŚciĄ mona wyjaŚnią. Ludzie naigrywali si ze mnie
i z mojej naiwnoŚci. Z wielkĄ goryczĄ przyznaj, e nie
jestem dotknity, i, prawd mówiĄc, nie mam te ju na to
ochoty.
- To dobrze, mój chlopcze - powiedziaa Tula z czuo-
ŚąiĄ. - Ale najwikszy cud sta si twoim udziaem:
poznaeŚ mioŚą.
- A wic zauwayaŚ - cierpko rzek Christer.
- Choą z takĄ przyjemnoŚciĄ usiowaaŚ jĄ podeptaą,
w najwaniejszym momencie mówiĄc o moich majt-
kach!
- Tak, dopiero póniej si zorientowaam, e po-
stĄpiam nietaktownie. Wybacz mi, prosz! Nie, nie jesteŚ
dotknity! Jak myŚlisz, gdyby tak rzerzywiŚcie byo,
dlaczego Heike zostawaby tak dugo u Anny Marii? Tym
razem przeklestwo uderzy w jej dziecko. Bo e to jest
przeklestwo, jestem pewna.
- Ale tobie chyba jest z nim dobrze?
Tula odwrócia gow, by chopiec nie zauway
grymasu, jakim mimowolnie wykrzywiy si jej usta.
- O, ja jestem naznaczona, Christerze, naznaczona na
cae ycie.
Znów odwrócia si do niego, w jednej chwili pro-
mienna jak soce.
- Ale wczoraj wieczorem byo wesoo, prawda? Duo
bym daa, by móc zobaczyą, w co przerodzio si owo
poszukiwanie odpowiednio caej czŚci ubrania.
Christer nareszcie si rozjaŚni i przez dobrĄ chwil
Śmiali si szczerze ubawieni.
- Ale to si ju wicej nie powtórzy - obieca Christer.
- Nigdy wicej - zawtórowaa mu Tula.
Na usprawiedliwienie niezwykego zajŚcia wymyŚlo-
no, e widocznie w namiocie musia zebraą si tajemniczy
gaz, który naruszy nici w szwach. O tym skandalu
mówiono przez dugi czas, ale nigdy otwarcie, bo wszyst-
kich obecnych na uroczystaŚci spotka przecie podobny
los. Tym razem wic nie byo radoŚci z nieszczŚcia
innych.


Heike zosta u Kola i Anny Marii a do pónej jesieni.
Nadszed wreszcŚe czas rozwiĄzania.
Heike ubezpieczy si na wszystkae moliwe sposo-
by, sprowadzi najlepszego lekarza-poonika i dobrĄ
akuszerk. WyjaŚni, jakie mogĄ byą kopoty z charak-
terystycznĄ cechĄ rodu - szpiczastymi ramionami, któ-
re biednĄ matk mogy rozerwaą na kaaraki. On sam
by tego wiarygodnym przykadem, nikt wic nie wĄt-
pi w jego sowa.
Powagi sytuacji dodawa jeszcze fakt, e Anna Maria
skoczya ju lat czterdzieŚci.
Przeya dwie naprawd trudne doby, a wszyscy,
którzy byli przy niej, mieli pene rce roboty.
Wreszcie nadszed czas. Heike poblad ze strachu.
Okazao si jednak, e nie byo powodów do obaw.
Anna Maria urodzia malekĄ dziewczynk o czarnych
jak wgiel wosach, takich jakie mia jej ojciec, i prze-
Ślicznych rysach twarzy. Malestwo byo istotĄ niemal
doskonaĄ.
Dopiero gdy maa otworzya oczy, by obejrzeą nowy
Świat, w jakim si znalazla, ujawnio si dziedzictwo.
Oczy, spoglĄdajĄce na troje ludzi, którzy pomagli przy jej
narodzinach, byy tak intensywnie óte, jak gdyby
podczas wybierania dla nich barwy zanurzono je w siarce.
Twarzyczka dziecka tchna jednak spokojem, male-
kie usteczka uŚmiechay si tak agodnie, e Heike
zaskoczony wykrzyknĄ do szczŚliwych rodziców:
- Dziewczynka nie jest jednĄ z dotknitych. To
kolejna wybrana!
- Dziki ci, dobry Boe! - szepna Anna Maria.
- Nie dzikuj zbyt wczeŚnie - ostrzeg jĄ Heike.
- ycie wybranych jake czsto bywa trudne. PomyŚl
o Shirze! O tym, co ona musiaa przejŚą.
- Ale nasza córka nie bdzie chyba musiaa odwiedzaą
ćróde ycia? - z przestrachem zapytaa Anna Maria.
- Nie, tam ju nie mamy czego szukaą. Ale...
Heike urwa, jakby nasuchiwa swego wntrza.
- Co si stao, Heike? - z lkiem w gosie zapyta Kol.
- Musimy bardzo dbaą o to dziecko - rzek wreszcie
Heike. - Ona zostaa wybrana do dokanania czynu
szczególnego dla dobra Ludzi Lodu.
Nie powiedzia wszystkiego, co wyczu: dziewczynka
przeyje coŚ tak niepojtego, e jego rozum nie by
w stanie tego objĄą, nie móg zrozumieą tego, co miao
staą si jej udziaem. Czu tylko, e ma wielkĄ ochot
przytulią malekĄ do piersi i nigdy nie wypuszczaą spod
swojej opieki.
- Jest nieopisanie pikna - powiedzia. - Jak may elf
z baŚniowej sagi.
Kol i Anna Maria popatrzyli na siebie.
- ZdecydowaliŚmy ju, jakie imi bdzie nosią
- oznajmi Kol, ostronie, z czuoŚciĄ biorĄc delikatnĄ
istotk na rce. - Nieszczsna matka Anny Marii miaa na
imi Sara. Mamy zarniar nazwaą dziewczynk Saga, to
imi wystpuje w Szwecji.
- Lepszego imienia nie mogliŚcie dla niej wybraą.


Heike wyjecha wreszcie do Norwegii, do Vingi,
która przez tak dugi czas jego nieobecnoŚci sama zaj-
mowaa si Grastensholm, do swego syna Eskila i jego
ony Solveig.
I do jedynego wnuka, Viljara, którego nikt z Ludzi
Lodu nie potrafi zrozumieą.
O tym waŚnie samotnym wilku opowiadaą bgdzie
teraz saga o Ludziach Lodu, o tym, jak odkryto wreszcie,
co dzieje si w jego niezwykej duszy.
Na razie jednak byo do tego jeszcze daleko.
W tym czasie Christer zdĄy poŚlubią swĄ ukochanĄ
Magdalen, urodzia im si córeczka, której nadali imi
Malin. Christer studiowa jak szalony, by odpowiednio
przygotowaą si do przejcia imperium Molina, kiedy
nadejdzie czas, by staruszek powdrowa na spotkanie ze
swymi przodkami.
Molin jednak zdĄy jeszcze byą Świadkiem upadku
swego dawnego królestwa. Dzieo jego ycia powoli
niszczao, a zamienio si w zwyky, may interes. Stao
si to, jeszcze zanim Christer przejĄ zarzĄd. Prawd
powiedziawszy, Christerowi byo to na rk, bardzo ba
si bowiem tak wielkiej odpowiedzialnoŚci.
To nowe czasy spowodoway zagad imperium
Molina, pastwo za wszelkĄ cen chciao sprawied-
liwego rozdziau dóbr. Robio co mogo, by zrujnowaą
magnatów, a lud niewiele mia do powiedzenia w tej
sprawie.
Ród Ludzi Lodu take nie ustrzeg si rozmaitych
problemów, lecz kwestie ekonomiczne miay w tym
najmniejsze znaczenie. Okoo roku 1840 nad rodem Ludzi
Lodu zapady ciemnoŚci. CiernnaŚci, które pnorwaą miay
adnych kilka lat, zanim dostrzec si dao przejaŚnienie.
Wprowadzenie owej czarnej epoki przypado w udziale
Viljarowi.



Wyszukiwarka

Podobne podstrony:
Sandemo Margit Saga O Ludziach Lodu 27 Skandal
Sandemo Margit Saga O Ludziach Lodu 40 Więżniowie Czasu
Sandemo Margit Saga O Ludziach Lodu 39 Nieme Głosy
Sandemo Margit Saga O Ludziach Lodu 02 Polowanie Na Czarownice
Sandemo Margit Saga O Ludziach Lodu 34 Kobieta Na Brzegu
Sandemo Margit Saga O Ludziach Lodu 21 Diabelski Raj
Sandemo Margit Saga O Ludziach Lodu 07 Zamek Duchów
Sandemo Margit Saga O Ludziach Lodu 11 Zemsta
Sandemo Margit Saga o ludziach lodu t 29
Sandemo Margit Saga O Ludziach Lodu 09 Samotny
Sandemo Margit Saga O Ludziach Lodu 46 Woda Zła
Sandemo Margit Saga o ludziach lodu t 26

więcej podobnych podstron