82119 img117

82119 img117



—    Zaprowadźcie mnie do waszego wodza! — zażądałem.

Kiedy moje słowa zostały przetłumaczone, wyjaśniono mi,

że naczelnik już wraca z pola.

Zuuldibo. stał się później moim przyjacielem. Był trochę po czterdziestce, przy kości, niezmiennie szeroko uśmiechnięty. Prezentował się olśniewająco w stroju fulańskim z mieczem i w okularach przeciwsłonecznych. Teraz wiem, że w chwili gdy się pojawiłem we wsi, Zuuldibo mógł robić wszystko, ale z pewnością nie był na polu. Nikt nie uprawia roli w takim stroju; co więcej, Zuuldibo nigdy w swoim życiu nie tknął gracy. Cały ten interes z rolnictwem uważał za niewypowiedzianie nudny i zdawał się cierpieć męki, gdy tylko wspomniano przy nim o pracach polo wy ch.

Rozpocząłem przygotowaną uprzednio mowę, opowiadając, jak to pokonałem wiele kilometrów, aby przybyć z kraju białych ludzi, ponieważ słyszałem o Dowayach wiele dobrego, zwłaszcza zaś o uprzejmości i prawej naturze ludzi z Kongle. Miałem wrażenie, że nieźle mi idzie. Chciałem więc zamieszkać wraz z nimi przez pewien czas, by poznać ich obyczaje oraz język. Wyraźnie podkreśliłem, że nie jestem misjonarzem, w co z początku nie chcieli uwierzyć, bo mieszkałem w misji i przyjechałem samochodem, który rozpoznali jako należący do misji. Nie wierzyli także, że nie miałem nic wspólnego z rządem, ponieważ widziano, jak kręciłem się przy sous-prefecture. Tego, że nie jestem Francuzem, nikt nawet nie potrafił pojąć; w opinii Dowayów wszyscy biali są lacy sami. Słuchali jednak uprzejmie, potakując głowami i mamrocząc: „To dobrze” albo „To prawda”. Ochoczo przystali na to, że powrócę za tydzień, a tymczasem naczelnik przygotuje dla mnie chatę oraz zakwaterowanie dla mojego asystenta. Wypiliśmy piwo i dałem im trochę tytoniu. Wszyscy byli zachwyceni.

Gdy odchodziłem, jakaś stara kobieta padła na ziemię, obejmując mnie pod kolana.

—    Co ona mówi? — spytałem.

Matthieu chichotał:

—    Mówi, że Bóg pana zesłał, żeby mogli słuchać pańskiego głosu.

Początek był lepszy, niż ośmielałem się przypuszczać.

W następnym tygodniu odbyłem następną wyprawę do miasta po zaopatrzenie i tytoń. Czarny tytoń nigeryjski, który Do-wayowie tak bardzo lubią, sprzedawany jest w ich okolicach cztery razy drożej niż w Garoua. Kupiłem więc wielką paczkę, by mieć czym płacić informatorom. Moja sytuacja finansowa pozostawała nadal krytyczna. Załatwiłem sobie, by przesyłano moją angielską pensję na kameruński rachunek bankowy. Kiedy pieniądze przyszły z Anglii, wysłano je rzekomo do stolicy dawnego brytyjskiego Kamerunu, do Victorii, stamtąd do Jaunde, następnie do Ngaońndere i wreszcie do Garoua. W rzeczywistości było inaczęj; bank w Victorii potrącił sobie dziesięć procent tytułem opłaty manipulacyjnej i odesłał resztę sumy z powrotem do Anglii, pozostawiając mnie ssącego palec i zaciągającego coraz więcej długów w protestanckiej misji. Nie było sposobuma nawiązanie kontaktu z bankiem w Victorii — listy po prostu ignorowano, a telefony nie działały.

Podczas tej właśnie podróży dostąłem ataku malarii po raz pierwszy. Początkowe objawy, gdy wyjeżdżałem z miasta, miały postać lekkich zawrotów głowy. Zbliżając się do Poli, widziałem podwójnie i prawie nie dostrzegałem zarysu drogi. Wysokiej gorączce towarzyszyły napady dreszczy i rżnięcie w żołądku.

Jednym z najbardziej przykrych symptomów choroby jest utrata kontroli nad zwieraczami. Kiedy człowiek wstaje, mocz cieknie mu na stopy. Co gorsza, istnieje nieskończenie długa lista lekarstw, z których jednak tylko, niektóre należy stosować w czasie choroby, inne zaś przyjmuje się zapobiegawczo. Pigułki, które łykałem z tak wielką nadzieją, nie należały wszakże do leczących i mój stan pogarszał się coraz bardziej, a gorączka szybko uczyniła ze mnie majaczący wrak. Pastor Brown przyszedł, by mnie podnieść na duchu i użyczyć lekarstw, ostrzegając jednak, że „tutaj niczego nie można być pewnym”. Lekarstwa okazały się jednak „pewne” i postawiły mnie na nogi, drżące wprawdzie, ale mogłem wyruszyć do wioski zgodnie z planem. Zanim jednak do tego doszło, spędziłem kilka koszmarnych nocy w malignie, dręczony przez nietoperze, dostające się do domu przez dziury w suficie. Wiele napisano o doskonałości aparatu nawigacyjnego tych

55


Wyszukiwarka

Podobne podstrony:
ZAGUBIENI W LESIE 1 -    Zaprowadzisz mnie do domu? -poprosiłzmęczonyKrólik. - &nbs
Image02 93 bądź izbic umieścić mógł. Z wielką chęcią zaprowadził mnie do tego samego domu, gdzie sa
File0056 Zaprowadź rycerza do zamku.
File0076 (2) Która dróżka zaprowadzi królewnę do jej bucika?
img085 Tego lala przyjechała do mnie do Tokio Juliette. Witając się, wydawałyśmy zwierzęce wrzaski r
RZYM 10 3 Zdecydowanym ruchem przyciągnął mnie do sielit. i dopiero wtedy zrozumiałam, co się stało.
skanowanie0138 Z CHŁODÓW Zimno mi. Więcej futer na zmrożone ciało — Przysuńcie mnie do ognia i przyr
P1020817 (2) dę i odprowadziła mnie przez cały podjazd aż do saiw du. Ujęła obie moje dłonie i podzi

więcej podobnych podstron